Maciej
Pinkwart
Życie pozaczłowiecze
Przynajmniej o kilku moich narzeczonych mogłem powiedzieć to samo, co bohater
powieści Love story Ericha Segala: że kochała Mozarta i Bacha. I
Beatlesów. I mnie. Tolerancja wobec różnego rodzaju gatunków muzyki
cechowała nie tylko mnie i moje narzeczone, także właściwie wszystkich moich
ówczesnych przyjaciół. Co do mnie, najczęściej słuchałem Koncertów
Brandenburskich Bacha, V symfonii Beethovena, XL symfonii g-moll
Mozarta, Koncertu fortepianowego b-moll Czajkowskiego, Poranku w
górach Griega i Błękitnej Rapsodii Gershwina. Znałem na pamięć
większość tekstów piosenek Beatlesów, ale także Maryli Rodowicz, Edith Piaf i
Bułata Okudżawy. Identyfikowałem po kilku słowach teksty Agnieszki Osieckiej,
Jeremiego Przybory, Wojciecha Młynarskiego i Andrzeja Sikorowskiego.
I czytałem. Manna, Kästnera
i Maya, Hemingwaya, Salingera i Faulknera, Dumasa, Hugo i Verne’a, Szekspira,
Dickensa i Milne’a, Kafkę, Haška
i Čapka…
Ale niemal na pamięć znałem twórczość trzech polskich autorów, z trzech różnych
półek, choć z tych samych czasów, czasów wrednego PRL-u: Joe Alexa, Sławomira
Mrożka i przede wszystkim Stanisława Lema. Jak widać, nie ma wśród tych autorów
polskich pisarzy współczesnych, owszem – czytam, podziwiam, zazdroszczę. Chętnie
słucham rozmaitych anegdot na ich temat, spośród których podoba mi się
najbardziej ta:
W księgarni:
- Przepraszam, czy jest najnowsza książka Remigiusza Mroza?
- Niestety, mamy tylko wczorajszą…
A książki Stanisława Lema zawsze są jutrzejsze. Co do jego twórczości, wśród
moich przyjaciół nie było zgody. Wszyscy, co prawda, uważali, że jest to jeden z
najważniejszych pisarzy polskich, choć nie wszyscy uważali, że jeden z
najlepszych. Kobiety przeważnie mawiały, że Lem jest trudny, zapewne
dlatego, że za bardzo techniczny. Ale to pozory, tylko niekiedy pojawiał się tam
język branżowy, którym w tamtych czasach należało się posługiwać w utworach –
jak to mawiano – futurologicznych (terminu science-fiction używano rzadko
albo wcale). Był to też swojego rodzaju kamuflaż, służący do odwrócenia uwagi
cenzury, bo przecież wiele dzieł Lema to bajki, w których zamiast zwierząt, jak
u Ezopa czy Lafontaine’a, występują roboty czy postacie z innych światów. A tak
naprawdę są to opowieści o ludziach i społeczeństwach, zwłaszcza działających w
warunkach realnego socjalizmu.
Jednak sprowadzanie twórczości Lema do międzywierszowej krytyki ustroju
demoludów – być może jako ekspiacja za apologetykę tego ustroju w pierwszych
powieściach tego autora – to nieporozumienie. Bo tak naprawdę są to niekiedy
bardzo głębokie moralitety i opowieści o sprawach ludzi, ich umysłowości, o
kondycji współczesnego świata i perspektywach rozwoju świata. I
niebezpieczeństwach, jakie możemy przewidzieć i próbować im zapobiec.
Co do mnie, przynajmniej raz na dwa-trzy lata muszę przeczytać kolejny raz
najważniejsze dla mnie jego dzieła: Cyberiadę i Dzienniki gwiazdowe
oraz kapitalne moim zdaniem powieści: Eden, Niezwyciężony i
Solaris, którą stawiam na pierwszym miejscu wśród wszystkich przeczytanych
przeze mnie książek (na drugim miejscu jest Czarodziejska góra Tomasza
Manna). Do tego Lemowskiego rankingu, przyznaję: nie specjalnie oryginalnego –
dodam jeszcze dwie, całkowicie różne pozycje. Pierwsza z nich to Powrót z
gwiazd, powieść opisująca świat przyszłości, oglądany oczami astronauty,
który właśnie powrócił z gwiezdnego rejsu. Podróż dla niego i jego towarzyszy
trwała dziesięć lat, podczas których, zgodnie z Einsteinowskim paradoksem
bliźniaka, na Ziemi upłynęło lat 127. I przyszło mu znaleźć się w świecie, który
był dla niego bardziej obcy niż planety wokół gwiazdy Fomalhaut. Obcy
technologicznie, językowo, a przede wszystkim obyczajowo. Świat, opisany w
powieści, opublikowanej w 1961 r. musiał wtedy wydawać się tak odsunięty w
przyszłość, tak nierealny, że niemal bajkowy. Kto wtedy myślał o powszechnej
obecności komputerów, robotów, sztucznej inteligencji, o niezrozumiałym języku
skrótów i metafor, nawet o hologramach czy książkach, utrwalonych nie na
papierze, tylko na niewielkich kryształkach, wkładanych do czytników
elektronicznych…
Druga niezwykła, a nawet nietypowa dla Lema powieść to coś w rodzaju kryminału,
powieści sensacyjnej z elementami thrillera – Śledztwo, opublikowane w
1959 r. Jest w niej detektyw, zwłoki, nawet w sporej liczbie, niesamowita
atmosfera – tylko nie wiadomo, czy w ogóle popełniono jakieś przestępstwo, a
śledztwo nie doprowadza do rozwiązania zagadki…
Jeśli ktoś do tej pory nie zaczął swojej przygody z twórczością Stanisława Lema
i boi się, że wyleci na wirażu po kontakcie z czymś grubszym i zbyt
filozoficznym czy technologicznym – niech sięgnie po zabawne Dzienniki
gwiazdowe, czy dość konwencjonalne Opowieści o pilocie Pirxie. Z
łatwością pokona wtedy pierwszy odcinek tej wspinaczki i założy pierwszą bazę w
drodze na Lemowski Everest. Ale jeśli nadal boicie się Lema, a chcecie poznać go
ciekawie i bez większego wysiłku umysłowego – w Wydawnictwie Literackim ukazała
się książka dla Was. To antologia cytatów z powieści, opowiadań, artykułów i
wywiadów, opatrzona piętnastoma rysunkami autora.
Czy to w ogóle ma sens? Przecież z najcelniejszych nawet fragmentów nie da się
zestawić nawet wyobrażenia o wielkości Lema i jego profetycznej twórczości. Ale
publikując tę książkę, autor wyboru Wiktor Jaźniewicz (tłumacz dzieł Lema na
rosyjski i białoruski) stworzył jakby nowe dzieło: syntezę poglądów autora
Solaris na kluczowe zagadnienia, ujęte w dziesięciu rozdziałach: Świat,
Człowiek, Nauka, Technologie, Kultura, Literatura, Polityka, Religia, Humor, Lem
osobiście.
Oczywiście bez sensu byłoby gdybym teraz z tego wyboru Jaźniewicza dokonał
kolejnej preselekcji, cytując tu te cytaty, które podobały mi się najbardziej –
choć przyznam się, że czytałem książkę z ołówkiem w ręku i stawiałem znaczki
przy zdaniach szczególnie poruszających. Jednak, w kontekście czytanych ostatnio
(i rekomendowanych) książek i artykułów o sztucznej inteligencji i jej
ewentualnej przyszłości w kontekście ewolucji życia rozumnego, jeden cytat
wybieram:
Życie powstaje i trwa na planetach miliardami lat, lecz
jest wtedy nieme. Cywilizacje wyrastają zeń nie aby sczeznąć, lecz
przepoczwarzyć się w to, co pozaczłowiecze. [Fiasko]
Świetnie się czyta – wciąga szalenie! Ale trzeba sobie dozować, bo za dużo
Lemowskich mądrości może nam jeśli nie zaszkodzić, to na pewno wpędzić w
kompleksy. A więc – kilkanaście przy porannej kawce i kilkanaście przy five
o’clock tea. A nazajutrz następne.
Książka zapewne jest jeszcze w księgarniach, a na pewno w internecie. Czy
powinna znaleźć się wśród prezentów podchoinkowych – oto jest pytanie! Na pewno
nie dla wszystkich będzie to prezent trafiony, ale w końcu ilu jest w ogóle
czytelników Lema? A może ta książka otworzy drogę do jego dzieł? Warto by było.
Bo przecież to on kiedyś trafnie stwierdził, że po pierwsze: nikt niczego nie
czyta; po drugie: jeśli nawet czyta, to nie rozumie, po trzecie: jeśli nawet
rozumie, to natychmiast zapomina. A antologia cytatów Lema zawsze w razie
potrzeby może komuś posłużyć jako proteza znajomości twórczości
najpopularniejszego w świecie polskiego pisarza. O którym wśród jego czytelników
na Zachodzie opowiadano, że to nie jest człowiek, tylko wymyślony przez
współczesną technologię robot do pisania arcydzieł. Kiepski dowcip… Lem już to
opisał, w Cyberiadzie, gdzie konstruktor Trurl zbudował elektronicznego
poetę, który szybko zdystansował wszystkich literatów na świecie. Tylko zużywał
strasznie dużo energii i były problemy z jego zasilaniem. Znam to dobrze. Gdybyż
energia twórców była tańsza i dostępna bez problemów…
----------------------------
Lem, W strachu przed antymaterią. 1381 cytatów. Z rysunkami autora, wybór
i układ Wiktor Jaźniewicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024, 278 stron.
15 grudnia 2024