Maciej Pinkwart
Zachodzenie
Może jest ktoś, kogo nie bardzo lubicie, a będzie u Was na
Wigilii i wypada dać mu prezent? Najlepiej, żeby był to kinoman, miłośnik
Seksmisji, Vabanku, Kingsajzu, Killerów, Vinci,
Volty i innych doskonałych filmów. I może też twórczości Olgi Tokarczuk,
koniecznie naraz. To kupcie mu najnowszą powieść Juliusza Machulskiego
Nikczemny narrator.
Ale jeśli spodziewacie się, że będzie u Was na Wigilii ktoś, kogo lubicie i kto
też jest miłośnikiem wspomnianych dzieł – najnowsza powieść Machulskiego też
będzie dobrym prezentem.
Bo Nikczemny narrator (dość czytelne przeciwstawienie się wykładowi
noblowskiemu Olgi Tokarczuk, która tam namawiała ludzi, by stali się czułymi
narratorami) jest zarazem kiczem, jak i pastiszem, powieścią kryminalną i
erotykiem, interesującym spojrzeniem od wewnątrz na środowisko polskich
filmowców, jak i wspomnieniem z szalonych lat 90-tych, kiedy to powstawał polski
kapitalizm… A jeśli w swojej książce pisarz chce zawrzeć wszystko, zwykle takie
wszystkoistyczne dzieło będąc dla wszystkich zazwyczaj będzie dla nikogo. Ale
w tym przypadku jednak jest inaczej.
Przyznaję się do tego, że o Machulskim-pisarzu dowiedziałem się stosunkowo
niedawno. Lubiąc i znając niemal na pamięć wiele jego filmów z wielkim
zainteresowaniem sięgnąłem po Nikczemnego narratora, choć tytuł mocno
mnie zniechęcał przez swoją sztuczność i poniekąd archaiczność: kto dziś jeszcze
używa słowa nikczemny? Poza mną i jeszcze paroma starymi filologami? Ale
w reklamowych informacjach podawano, że to celowy zabieg, a tak naprawdę, to
jest po prostu powieść kryminalna, środowiskowa, ukazująca od środka społeczność
polskich filmowców, doskonale znaną autorowi, który jest w niej jedną z czołowych
osobistości.
No i z tym przeświadczeniem sięgnąłem po powieść. Tytułowy narrator obficie
czerpie z biografii Juliusza Machulskiego, choć oczywiście nie jest to w
najmniejszym stopniu zapis autobiograficzny. Fakty mieszają się tu z fikcją,
prawdziwe i doskonale znane postacie ze światka filmowego współistnieją z
osobami realnymi, ale z dalekich planów, znanymi tylko przedstawicielom tego
środowiska oraz z bohaterami całkowicie fikcyjnymi. I już to jest bardzo
ciekawe.
Młody scenarzysta, mający za sobą dopiero dwa zrealizowane filmy i starający się
o pozyskanie reżysera do trzeciego kończy pierwszy semestr pracy jako wykładowca
nauki pisania scenariuszy w jednej z uczelni w Nowym Jorku. Jest połowa lat
90-tych, Polska dopiero wchodzi w okres transformacji. Komputerów prawie nie ma,
Internet raczkuje, telefony komórkowe w postaci ogromnych cegieł mają tylko
niektórzy, bardzo bogaci ludzie. Pisarz na kilka tygodni wraca do Warszawy,
zmotywowany telefonem zaprzyjaźnionego reżysera, obiecującego mu ewentualną
współpracę przy filmie o wdzięcznym tytule Torsje. Spodziewa się, że ów
reżyser będzie na niego czekał na Okęciu, ale zamiast Eryka pojawia się jego
przepiękna i bardzo młoda asystentka.
Jest agresywnie bezpośrednia, scenarzysta stara się za nią nadążyć w
młodzieżowości, w efekcie ten pierwszy dialog jest taki nędzny i taki drewniany,
jakiego dawno nie widziałem w żadnej powieści.
– Może mówmy sobie po imieniu? – zaczęła z innej beczki.
– O! Szybka pani… szybka jesteś! Okej! – zgodziłem się, żeby nie wypaść na
zgreda.
– Nelia jestem – powiedziała, wyciągając rękę.
– To już wiem. – Podałem jej swoją. – Nelia to to samo co Noëlia?
– Nie. To zdrobnienie od Kornelii.
– No dobra. Jestem Kamil.
– Wiem, jak masz na imię. Za mną, Kamil! – zakomenderowała.
(…)
– Eryk prosił, żebyś tylko zostawił bagaż i dołączył do niego.
– Aha? A mogę chociaż umyć ręce?
Przyznam się, że chciałem nieco zaszpanować bystrymi ripostami, jak na
scenarzystę przystało.
– Jasne! – Nelia była wspaniałomyślna. – Mogę poczekać z pięć minut.
– Naprawdę? O! To super, ale może to potrwać dłużej, bo pewnie żona na mnie
czeka.
– Spoko wodza! Pani Krystyna też tam będzie.
W tym momencie chciałem rzucić książkę w kąt i nigdy już do niej nie wracać. Ale
po pierwsze – czytałem to w postaci e-booka na komputerze, no a rzucanie
komputerem w kąt nie było dobrym pomysłem. Po drugie – nie mogłem uwierzyć, że
twórca Seksmisji, Vabanku czy Kilerów mógł nieświadomie
napisać taki zły tekst. A jeśli napisał go świadomie, to musi w tym być jakiś
głębszy cel, którego na razie nie widać, ale może się z czasem ujawni. W dodatku
w czymś co wydawało się niestrawnym zakalcem pojawiały się zabawne rodzynki,
przypominające o tym, że jednak mamy do czynienia z Machulskim. Oto urzeczony
urodą Nelii, Kamil myśli o niej: Fuckable, jak by powiedział mój student
Dimitri. Zaś wspominając Eryka ocenia, że reżyser ma ego przerośnięte jak
prostata. Szczególnie podobało mi się to:
Po nowojorskiej różnorodności w kolorze skóry wszyscy dookoła wydawali
mi się jednakowi. Płaskie, słowiańskie twarze, często z wąsami. Takie same
owczarki nizinne! „Jak oni się rozpoznają?” – pomyślałem.
Sporo było też związków intertekstualnych i oczywistych w tym przypadku
anegdotycznych nawiązań do filmów, także tych naprawdę zrealizowanych przez
Machulskiego. Tropienie ich było interesującą zabawą.
Więc czytałem dalej. Kolejne dialogi, narratora z żoną Krystyną, a potem z
reżyserem Erykiem były już trochę lepsze, choć i tu znajdowały się takie
kwiatki:
– No mów, Krysiu. Wydobądź wreszcie ten sekret enigmy z oparów tajemnicy.
- Wszyscy są tacy trochę nikczemni. Te kobiety, które kupczą swoim ciałem…
Ale potem akcja zaczyna przyspieszać, dialogi stają się bardziej strawne, a
powieść wciąga tak, że trudno się od niej oderwać, choć co jakiś czas irytowało
mnie coś, co nazwałbym nowoczesnością na siłę. Już nie tylko chodzi o epatowanie
wulgaryzmami, które w latach 90. nie były jeszcze takie popularne, jak dzisiaj.
Podobnie jak skrótowce, które pojawiły się dopiero gdzieś tak koło 2010 roku,
kiedy to zaczęto jeździć do Zako, znajomym mówiono cze, a nie
cześć, zamiast do zobaczenia mówiono dozo, zamiast na razie – nara,
a chcący być aprobowani przez młodzież katecheci podobno mawiali No to
pochwa…
Irytowały mnie też sztuczności, które nie były oczywiście błędami, ale raziły:
mej zamiast mojej, gdyż zamiast bo… I kilkakrotnie użyte słowo
zachodź! będące udawanym prowincjonalizmem lub archaizmem, które
przypomniało mi, jak to Stefan Siara-Siarzewski witał się z Jurkiem Kilerem…
Jednak już niebawem narracja stała się szybsza i bardziej naturalna, więc
odłożyłem myszkę i przestałem elektronicznym mazakiem zaznaczać to, co mnie
irytowało, albo odwrotnie – co mnie rozśmieszało.
Po prawie pięćdziesięciu stronach wyjaśnia się, czemu Eryk Mokronowski wezwał
narratora do Polski. Otóż w zamian za spore honorarium i obietnicę nakręcenia
Torsji Kamil, zdolny autor scenariuszy filmów kryminalnych ma pomóc w
rozwiązaniu niezwykłej zagadki: w odstępie kilku miesięcy w dość niejasnych
okolicznościach zginęło blisko dziesięć osób z ekipy, która przeszło dwadzieścia
lat wcześniej realizowała kaszana historycznego Zabić króla – film
opowiadający o ucieczce króla Henryka Walezego z Polski. Eryk, który też był w
tamtej ekipie, obawia się o swoje życie, tym bardziej, że motywy osoby, która
aranżuje te morderstwa z pozoru wyglądające na zwyczajne wypadki są zupełnie
niezrozumiałe. A on dostaje anonimy z pogróżkami.
Próby rozwiązania zagadki, na co po długich namowach Kamil przystaje, autor
bardzo zgrabnie wiąże z osobistymi perypetiami narratora, który w tym samym
czasie zostaje opuszczony przez żonę, traci mieszkanie, kilkakrotnie się
zakochuje (przeważnie z kiepskim rezultatem), dostaje się do zespołu filmowego
Jerzego Kawalerowicza, odwiedza kilka bardzo interesujących miejsc w Warszawie,
Łodzi i na Mazurach, a w końcu znajduje wymarzoną kandydatkę na nową żonę, ale
wraca do Nowego Jorku z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i nadzieją na
szczęśliwy ciąg dalszy.
Ciekawe, że film pod tytułem Zabić króla istnieje naprawdę, ale jest to
zrealizowany w 2003 r. film angielski, którego akcja toczy się w XVII wieku, a
więc w sto lat po Walezym, w czasach króla Karola I, a głównymi bohaterami są
Thomas Fairfax i Olivier Cromwell.
Powieść Juliusza Machulskiego zawiera interesujące post scriptum: to pełny
scenariusz filmu Torsje, który nijak się ma do akcji Nikczemnego
narratora (choć jest tam wielokrotnie wspominany), ale warto go przeczytać,
choć informacja o tym, że film taki nie został przyjęty do realizacji zapewne
nie zdziwi żadnego z czytelników.
Aha, nadal zachodzę w głowę, dlaczego powieść zaczyna się tak drewnianymi
dialogami, jeśli w dalszych jej częściach już ich nie dostrzegłem. Musi to być
jakiś środowiskowy dowcip.
------------------------------------
Juliusz Machulski, Nikczemny narrator, Wydawnictwo Sonia Draga,
Katowice 2024, 592 strony.
22 grudnia 2024