Maciej
Pinkwart
Kwestia smaku
Na seminarium z reportażu, prowadzonym przez Krzysztofa
Kąkolewskiego, uczestniczyłem w dyskusji na temat tego, czy reporter, nastawiony
negatywnie do swoich bohaterów, może napisać o nich obiektywny reportaż.
Kąkolewski właśnie szykował się do pracy nad zbieraniem materiałów na temat
aktualnych losów zbrodniarzy hitlerowskich, którzy przeżyli wojnę i Norymbergę.
Efekt tych jego prac, w tym własnych rozmów z działającymi w polityce nadal w
Niemczech nazistami, ukazał się w 1975 roku, pod tytułem Co u pana słychać?
My, studenci, uważaliśmy wtedy, że jeśli reporter przed przystąpieniem do pracy
jest przekonany o podłości swojego bohatera, to nigdy nie napisze obiektywnego
tekstu.
- A jeśli żywi do niego sympatię, to napisze obiektywnie? –
polemizował Kąkolewski.
Na Studium Dziennikarskim mieliśmy też spotkania z maestro
(jak go nazywał G.G. Marquez) Ryszardem Kapuścińskim. Tylko co (1970) ukazał się
jego reportaż Dlaczego zginął Karl von Spreti?, dotyczący działalności
partyzantów w Gwatemali. Na jego przebojowego Cesarza trzeba było czekać
jeszcze kilka lat.
- W zasadzie nie istnieje obiektywny reportaż, zwłaszcza
opisujący polityków czy osoby powszechnie znane. Ale dziennikarz, nawet
subiektywnie wybierając opis faktów do publikacji, nie powinien wyrażać własnych
ocen w swoich bezpośrednich wypowiedziach.
Przeszło pół wieku później skończyłem czytać wielką, reportażową
biografię Jerzego Urbana, pisaną przez kilka ostatnich lat przez Dorotę Karaś i
Marka Sterlingowa. Temat niełatwy, ale czyta się świetnie. Niewiele się
dowiedziałem z niej nowego, jeśli chodzi o sprawy ogólne, ale sporo o samym
Urbanie, zwłaszcza o jego dzieciństwie, młodości i początkach kariery
dziennikarskiej. Źródłem większości informacji jest sam bohater autobiografii,
co samo w sobie jest ciekawe. Bo jego podejście do wielu znanych powszechnie
faktów z naszej najnowszej historii zapewne różni się od poglądów większości
czytelników książki. Oczywiście, wiadomo powszechnie, że Urban nie tylko
gorliwie wspierał władze stanu wojennego i w ogóle działaczy komunistycznych –
ale równie gorliwie dbał o swój wizerunek wiecznego warchoła, obrażającego
wszystko i wszystkich – od własnych żon, przez przyjaciół i wrogów do
czytelników. Którzy przez większość jego czynnego życia uwielbiali go czytać i
słuchać. Nie zawsze przysparzało to im, czytelnikom, chwały.
Ale ani Urban, ani jego dziennikarstwo i pisarstwo, ani jego
postępowanie, ani, mutatis mutandis, jego biografia nie poddają się
jednoznacznej ocenie. Sam tej niejednoznaczności doświadczyłem. W czasie mojej
krótkiej i nie najlepiej zakończonej współpracy z „Polityką”, do której wciągnął
mnie Jacek Maziarski, a moim bezpośrednim zwierzchnikiem był Michał Radgowski –
Jerzego Urbana spotkałem raz. Teoretycznie był wtedy kierownikiem działu
krajowego, więc moje reportaże podlegały jego ocenie, ale nie rozmawiałem z nim
ani razu, choć mijaliśmy się na korytarzu redakcyjnym. Czasem go słuchałem. Był
cichy, skromny, uprzejmy i kulturalny. Nie mogłem uwierzyć, że to ten sam
człowiek, który pod pseudonimem Jerzy Kibic pisuje krwawe, a czasem
skandalizujące artykuły w sobotnim wydaniu „Expressu Wieczornego”, które
ukazywało się pod nazwą „Kulisy”.
Gdy został rzecznikiem rządu i w stanie wojennym stał się twarzą
tego reżimu, którego szczerze nienawidziłem za to, że pozbawił mnie złudzeń,
które towarzyszyły mi w okresie karnawału „Solidarności”, kiedy to
naiwnie uważałem, że Polak z Polakiem nie tylko mogą się porozumieć, ale i mogą
razem zrobić coś dobrego dla wszystkich – zaciskając pięści oglądałem jego
konferencje prasowe dla dziennikarzy zagranicznych i z wściekłością przyznawałem
sam przed sobą, że były to perły zawodowej kompetencji. Atakując – w imieniu
władz – ludzi opozycji tym samym mówił Polakom (bo dla korespondentów
zagranicznych nie była to żadna rewelacja), że opozycja istnieje i wkurza
władze, ile może. Atakując amerykańskie sankcje informował, że Zachód próbuje
coś w sprawie polskiej zrobić. Ironizując na temat pomocy ludzi Zachodu dla
Solidarności – przekazywał wiadomości, że pomoc ta do wrogów ustroju dociera. I
tak dalej.
Był wredny, obleśny, chamski. Ale warsztatowo przeważnie
znakomity. I znów, przy lekturze biografii Urbana, powraca odwieczna kwestia:
jak rozdzielić opinię o autorze, jego moralności, praworządności, kulturze
osobistej – od jego dzieła? Odpowiedzi na to pytanie, takiej ostatecznej,
rozstrzygającej – nie ma. A raczej jest ich tyle, ilu pytających.
Autorzy biografii człowieka, który będąc jednym z najlepszych
dziennikarzy polskich przez niemal całe życie usilnie starał się o to, by
stworzyć, a następnie utrzymać opinię o sobie jako o wiecznym buntowniku (od
niegrzecznego bachora przez bojownika o wolność słowa, także tego
niecenzuralnego - po obleśnego starca-milionera, wylewającego wiadrami gnój na
wrogów, przyjaciół, nawet rodzinę) – dokonali dzieła niemal niemożliwego:
napisali 600-stronicową książkę, która sprawia wrażenie obiektywnej. W dodatku
świetnej do czytania. A zarazem – wkurzającej jak mało która biografia. Dla mnie
najbardziej oburzające (choć, właściwie, co to słowo dziś znaczy?) są opisane
fakty z przedwojennego dzieciństwa Urbana (ur. 1933), spędzonego w lewicującej,
choć kapitalistycznej żydowskiej rodzinie w Łodzi i jego młodości w czasach
okupacji i zaraz po niej – może dlatego, że ich nie znałem, a wiedząc o
bohaterze biografii to i owo z lat późniejszych – się ich nie spodziewałem.
Ci, którzy zechcą śledzić w książce tzw. tło historyczne i
wpisane w biografię Urbana losy innych ważnych postaci powojennej Polski –
znajdą zapewne to i owo z dziedziny obyczajowej, ale dla ludzi mojego pokolenia
w większości nie będzie to nic specjalnie nowego ani szokującego, a dla
młodszych – cóż, niełatwo będzie to czytać inaczej, niż z otwartym Googlem w
telefonie. Ale czyta się świetnie, choć książkę niełatwo utrzymać w ręku. Do
czytania w łóżku nie polecam, chyba że w formie e-booka na czytniku.
---------------------------
Dorota Karaś, Marek Sterlingow, Urban. Biografia,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, 606 stron, twarda okładka, indeks osób, 851 gram,
E-book na portalu woblink.com.