Maciej
Pinkwart
Teatr muzyki współczesnej
Kiedy kierowałem zakopiańską „Atmą”, organizowałem i prowadziłem koncerty, no i
z tego powodu miałem bardzo wielu znajomych muzyków. Niektórych nawet uważałem
za przyjaciół: odwiedzaliśmy się, pijaliśmy wódeczkę, chodziliśmy po Tatrach.
Kiedy przestałem pracować w muzeum, prawie wszyscy znikli z horyzontu. Jakoś
mnie to nie zdziwiło. Ale muzyka - a poniekąd także muzycy - nadal byli mi
bliscy. Każda książka o współczesnej polskiej muzyce i muzykach była w pewien
sposób jakby przewodnikiem po terytorium choć trochę mi znanym. Ale nie w tym
przypadku.
Czy można opisać muzykę? Bardzo wiele osób tego próbowało, z różnym skutkiem. A
czy można zagrać literaturę? No, próby tego typu też były – choćby w tzw. muzyce
programowej, ale i w jednym, i w drugim przypadku było to raczej oddawanie
właściwych sztuce emocji, mniej zaś odzwierciedlenie treści i formy. To ostatnie
lepiej udaje się na gruncie plastyki: możemy napisać, co na obrazie się
znajduje, można nazwać kolory – ale jak je przedstawimy daltonistom? Można
przytoczyć anegdotę dotyczącą twórcy czy też zwrócić uwagę i zinterpretować mało
widoczne na obrazie szczegóły (jak opowiastki historyków sztuki o obrazie
Małżeństwo Arnolfinich Jana
van Eycka) - ale to ciągle będzie opowiadanie o czymś, a nie zapis
czegoś. Najłatwiej jest wykazać organiczny związek muzyki z teatrem, ale
ci, którzy w tym momencie pomyślą o ilustracji muzycznej sztuki, o operze czy
musicalu – poszli na skróty, bo rzecz jest i dawniejsza, i bardziej złożona. O
wymienności czy komplementarności ról muzyków i aktorów możemy przekonać się
oglądając rysunki staroegipskie, śledząc opisy religijnych misteriów odgrywanych
na dziedzińcach (parvis) średniowiecznych kościołów, podziwiając dzieła
Hieronima Boscha czy – mutatis mutandis – oglądając góralskie obrazki na
szkle i czytając Witkiewiczowskie opisy górskich wypraw z udziałem Sabały i
innych ludowych muzykantów.
Ta teatralność muzyki szczególnie mnie zafrapowała w czasie (krótkim,
przyznaję), gdy byłem entuzjastą muzyki nowoczesnej, którą starannie odróżniałem
od tzw. muzyki młodzieżowej – w moim przypadku, rodem z Radia Luxembourg. Jak
wszyscy w moim pokoleniu szukałem nowoczesności po to by przeciwstawić się temu
co jest, a przede wszystkim temu, co było. Na koncerty „Warszawskiej Jesieni” w
czasach studenckich chodziłem jednak głównie ze snobizmu, zaprawionego sosem
bezpiecznego buntu przeciwko przaśnej rzeczywistości. Muzyka tam prezentowana
nie podobała mi się w żaden sposób, ale kiedy zacząłem patrzeć na to, co się na
estradach dzieje pod kątem teatralności występów – widziałem tę muzykę
zupełnie inaczej. Pewno dlatego, że teatr był wówczas moją największa pasją. Po
latach, jako kustosz muzeum Szymanowskiego, niejako z urzędu musiałem choć
trochę nowoczesność muzyczną zaaprobować, zwłaszcza że, jak wspomniałem,
przyjaźniłem się wówczas z wieloma muzykami. Z racji dawnych sentymentów było to
przede wszystkim środowisko warszawskie, związane z PWSM, potem – Akademią
Muzyczną. Potem, z racji geograficznego położenia Atmy – środowisko krakowskie.
Jak się okazuje, choć z Zakopanego do Krakowa miałem znacznie bliżej – o muzyce
współczesnej powstającej pod Wawelem widziałem niewiele, a w każdym razie mniej
niż o nowoczesności w Warszawie, Nowym Jorku czy Atenach. Sporo wiedziałem o
warszawskim zespole Warsztat Muzyczny, założonym i prowadzonym przez kompozytora
i pianistę Zygmunta Krauzego. Pewno dlatego, że Krauze był najbliższym sąsiadem
mojego wielkiego przyjaciela, dziennikarza i krytyka muzycznego, współinicjatora
utworzenia Muzeum Szymanowskiego – Zdzisława Sierpińskiego. O działającym
równolegle w Krakowie zespole MW2, założonym i powadzonym przez Adama
Kaczyńskiego – nie wiedziałem prawie nic. A jeśli nawet – to dochodziły do mnie
informacje o działalności Młodych Wykonawców Muzyki Współczesnej (stąd akronim
MW2) z perspektywy znanego mi Bogusława Schäffera, którego relacje z Kaczyńskim
były, powiedzmy, skomplikowane.
Dlatego też z wielką
przyjemnością zabrałem się do czytania książki, będącej monografią działalności
krakowskiego zespołu. To, że lektura będzie dla ciekawa, wiedziałem ze względu
na osobę autorki: Katarzyna Marczak jest muzykiem, była przez jakiś czas
związana z MW2, jest także cenioną autorką książek (m.in. biografie Kai
Danczowskiej i Eugenii Umińskiej) i artykułów publicystycznych, tłumaczką (Roger
Scruton, Muzyka jest ważna) – ponadto, jest magistrem sztuki na dwóch
wydziałach Akademii Muzycznej w Krakowie (klarnet, teoria muzyki) oraz doktorem
na University of British Columbia w Vancouver
(muzyka współczesna). Jest także pedagogiem muzycznym.
Czyta się świetnie, bo książka jest po prostu bardzo dobrze napisana (nie
powiem, że jak pasjonujący kryminał, ale na pewno jak ciekawa powieść) i pewno
lektura zajęłaby mi zaledwie parę dni, gdyby nie to, że opisywane w niej dzieje
zespołu Adama Kaczyńskiego wywołują we mnie potrzebę dygresyjnego wybiegania
myślą poza główny temat. Także – w stronę mojego własnego podejścia do
nowoczesności w sztuce. Jeśli tzw. współczesność w plastyce zaakceptowałem bez
większych problemów (choć – przyznaję – kilkakrotnie po wyjściu z paryskiego
Centre Pompidou pędziłem na detoks do Luwru i Musée d’Orsay…) - to akceptacja
współczesności w literaturze już przychodziła mi trochę gorzej (od Joyce’a do
Houellebecqa).
Jeśli chodzi o współczesność w muzyce - musiałem ją najpierw poznać i wydaje mi
się że poznałem ją źle. Otóż ze współczesnej muzyki akceptowałem najbardziej jej
teatralność i mocno przerysowane próby łamania konwenansów. A z tą artystyczną
destrukcją zawsze w sztuce trzeba uważać: najczęściej łamie się formę
zewnętrzną, zapominając o tym, że sztuka nie musi niczego opowiadać, ale zawsze
powinna wywoływać emocje: nieważne, czy pozytywne, czy negatywne. Gdyby
prawykonanie Święta wiosny Strawińskiego w paryskim Théâtre des
Champs-Elysées w 1913 r.
przyjęto z elegancką aprobatą, mało kto by teraz o tym pamiętał.
Jeśli chcąc zaprotestować przeciwko
Matejce rozbijemy ramy Bitwy pod Grunwaldem, podrzemy płótno na małe
kawałki i z nich potem sklejamy coś zupełnie nowego – to, czy nam się to podoba,
czy nie – jesteśmy paradoksalnymi epigonami Matejki… Ale gdy do zapisu partytury
muzycznej wykorzystamy zupełnie nowe formy plastyczne (w których nut albo wcale
nie ma, albo są w wersji szczątkowej czy zdeformowanej) – to zaczyna być
ciekawie. Ale ciekawie raczej dla wykonawców takiej muzyki, niż dla słuchaczy
(widzów?), bo rzadko kto poza muzykologami śledzi wykonanie utworu z partyturą w
ręku – choć pamiętam takiego bywalca Atmy, który na koncertach siadał w
pierwszym rzędzie i starannie wypielęgnowanym długim paznokciem małego palca
ciągnął po pięciolinii niejako sprawdzając, czy wykonawca nie okradł kompozytora
z jakichś nut…
Nowoczesny, graficzny zapis materiału dźwiękowego w muzycznym performance
fascynował mnie od momentu, kiedy zobaczyłem pierwsze publikacje w tej
dziedzinie (Stockhausen, Xenakis, Schäffer, Cage). Niektórym (Cage) blisko było
do dzieł plastycznych Jacksona Pollocka, Marcela Duchampa czy Alexandra Caldera.
Zresztą te inspiracje nieobce były także muzykom z MW2 – głównie dzięki
współpracy z Schäfferem. Jednakże do publiczności docierały przede wszystkim
eksperymenty teatralizujące wykonawstwo muzyki, jej improwizacyjną – choć
ograniczoną zamierzeniami kompozytora – dowolność i przejście na stronę ulotnego
happeningu.
Ulotnego? No, niestety… Sztuka współczesna żyje chwilą i to ją zbliża do teatru
z epoki przedwideorejestracyjnej. Jeśli współczesna plastyczka siada nago
przed czymś w rodzaju rzeźby, obiera ziemniaki, a przed nią przebiegają muzycy,
rozbijający sobie na głowach gitary – jest to niewątpliwie sztuka, o której
można dyskutować, ale która niejako kończy się w momencie, gdy ziemniaki zostaną
obrane, gitary rozbite, a przeciąg w sali wystawowej skłoni artystkę do ubrania
się. Ale czyż nie było tak samo w momencie, gdy zgaszono ostatnią świecę po
przedstawieniu w Globe Theatre, a zmęczony William wsiadł na bryczkę i ruszył do
domu? Gdy harfistka, lutnistka i flecistka umilające biesiadę na dworze
Amenemchata III otuliły się opończami i poszły w głąb świątyni? Gdy
paleolityczny łucznik, zanim wystrzelił kolejną strzałę usłyszał, że potrącona
cięciwa wydaje dźwięk i zagrał na niej ponownie, już celowo?
I wszystko to rozpływało się w powietrzu i znikało w oceanie niepamięci do
czasu, gdy widz – muzyk – aktor – wyposażył się w kamerę czy telefon i ulotną
sztukę zmienił w wideoklip. Coś uleciało w dal? Coś zostało z nami na zawsze?
Czy warto poznawać muzykę, która
w większym stopniu jest teatrem, niż sztuką opanowywania chaosu dźwiękowego i
przekształcania go w zorganizowany hałas? Cóż – pewno nie zawsze warto. Halina
Czerny-Stefańska powiedziała mi kiedyś, że dla niej muzyka skończyła się ze
śmiercią Prokofjewa. Inni powiedzą, że gdy umarł Freddie Mercury, zawalił się
ich świat muzyczny. Ale to nieprawda, świat się nie zawalił i nie zawala, ziemia
kręci się dalej. Oczywiście, można zyskiwać aplauz odtwarzając piosenki
Freddiego, zachwycając się baletem Romeo i Julia Prokofiewa czy
pogwizdując pierwsze takty Czterdziestej Mozarta. Ba! Byłem kiedyś na
koncercie w Zakopanem, na którym pewien młody kompozytor przedstawiał swoje
utwory w stylu Mozarta, skomponowane na przełomie XX i XXI wieku. Można,
oczywiście, tylko po co? Cytowany przez Katarzynę Marczak kierownik zespołu
MW2, Adam Kaczyński miał podobne spostrzeżenie: Jeśli mam słuchać
podrobionego Mahlera, to wolę prawdziwego.
Nawet ci, którzy – jak mówią – nie znają się na współczesnej muzyce,
teatrze czy sztuce – mogą, ze zwyklej potrzeby odkrycia czegoś nowego, sięgnąć
po tę książkę, żeby zajrzeć do tego świata, którego symbolem był zespół MW2.
Świata, który – jak się wydaje – odszedł już do krainy wczoraj, ale nie
powinien zaginąć w krainie niepamięci. Jeśli nawet akceptujemy żelazną logikę
inżyniera Mamonia i podoba się nam tylko to, co już znamy – warto czasem
skonfrontować się z tym, czego nie znamy, choćby po to, żeby stwierdzić, że się
coś nam nie podoba. Zawsze się zastanawiam, czy wyimaginowany podróżnik z
rzekomo średniowiecznego (a faktycznie XIX-wiecznego) drzeworytu, który dotarł
do końca świata i wsadził głowę w odgradzającą nas od kosmosu zasłonę – czyniłby
to po to, żeby odnaleźć tam coś, co już zna i mu się podoba? Czy z potrzeby
skonfrontowania się z nieznanym?
W książce jest mnóstwo postaci z krakowskiego świata muzycznego (brak indeksu
nazwisk!), w tym wiele osób mi znajomych, o których nie wiedziałem, że zajrzeli
na dłużej lub krócej do przestrzeni muzycznej awangardy. Brak mi trochę
szerszego tła, okoliczności społecznych i kontrowersji artystycznych Krakowa,
ale zdaję sobie sprawę z tego, że wówczas książka rozrosła by się do znacznie
większych rozmiarów, a polskie piekiełko rozdarłoby na autorkę swoją bynajmniej
nieartystyczną japę. Czepiam się też ilustracji – czarno białe, oczywiście, to
naturalne – ale są według mnie za małe, zwłaszcza te, które pokazują tak ważne i
ciekawe graficznie fragmenty partytur utworów wykonywanych przez MW2. I tu,
zapewne, decydował nie zamysł grafika, tylko realizm księgowego.
Po Bibliografii, w Aneksie - autorka umieściła listę wszystkich
udokumentowanych pozycji repertuarowych Ensemble MW2, listę utworów
prawykonanych przez MW2, listę utworów dedykowanych zespołowi lub pisanych na
jego zamówienie, spis festiwali, na których zespół występował oraz wykaz osób
współpracujących z MW2 (116 pozycji!).
------------------------------------
Katarzyna Marczak, Intencja MW2. Świat muzycznej awangardy, wydawca
Fundacja inCanto, Kraków 2023, 336 stron.