Maciej
Pinkwart
Sto lat w próbie biografii
Gdyby ktoś przebadał naukowo, w jaki sposób pisane są recenzje książkowe,
odnalazłby z łatwością trzy ich główne typy: pierwszy opisuje, co w książce
jest, drugi wytyka, czego w książce nie ma, a trzeci ukazuje, jak by wyglądała
książka, gdyby pisał ją recenzent, a nie autor. Nie ukrywam, że nieraz pociąga
mnie ta trzecia opcja.
Próba biografii, jak pisze
Ksenia Ładygin w podtytule swojej książki o Zofii Radwańskiej-Paryskiej to próba
bardzo udana, choć właściwie trudno ją umieszczać w kategoriach teatralnych – bo
życiorys bohaterki to raczej materiał na wieloodcinkowy serial niż na sztukę,
ani w kategoriach sportowych – bo to jedyna jak dotąd biografia tej wybitnej
tatrolożki, botaniczki, pisarki i współtwórczyni Encyklopedii tatrzańskiej.
Książka ukazała się niedawno, przeczytałem ją może nie jednym tchem, ale
zaledwie w kilka dni i mam kłopot z jej opisaniem. Nie tylko dlatego, że od bez
mała pół wieku Ksenia i Zbyszek Ładyginowie pozostają w wąskim kręgu moich
przyjaciół, ale głównie dlatego, że Zofię i Witolda Paryskich znałem także przez
kilkadziesiąt lat i przy lekturze wciąż mnie znosiło w stronę moich
osobistych wspomnień. Ale wspomnienia to nie biografia. Podziwiam autorkę za to,
że pisząc tę książkę nie poddała się urokowi własnych wspomnień, ocen, opisów
osobistych kontaktów – a przecież znała bohaterkę prawie tak samo długo jak ja.
A ja bym nie potrafił pisać o Paryskich z chłodnym dystansem badacza dokumentów,
listów, fotografii, cudzych ocen, opinii – całego tego oprzyrządowania biografa,
które przecież dobrze znam i stosuję wobec osób, których nie znałem i mam do
nich dystans i czasowy, i zawodowy.
W efekcie w czasie lektury doznawałem dziwnego uczucia, że czytam o osobie,
której nie znałem. Nie, inaczej: którą znałem bardzo powierzchownie, osobiście w
niedobrym znaczeniu tego słowa – a o jej prawdziwym życiu, zwłaszcza tym w
okresie, kiedy nie mieliśmy jeszcze bezpośrednich kontaktów, wiedziałem
niewiele, albo – co gorsza – wiedziałem źle. I pewno dlatego tych emocjonalnych
opinii własnych, których autorka w książce nie zawarła trochę mi w książce
brakuje. A przecież była nas spora grupka ówczesnej dwudziestoparo-,
trzydziestoletniej młodzieży, ludzi zafascynowanych Tatrami i ich najlepszymi
ówczesnymi znawcami, którzy jak satelity kręcili się wokół Paryskich: Wiesław i
Jasia Wójcikowie, Halina i Zbyszek Mirkowie, Ksenia i Zbyszek Ładyginowie,
Wojtek i Bożena Gąsienicowie Byrcynowie, Krzysiek i Aja Rettingerowie (o których
Ksenia w książce nie wspomina, a byli dla Paryskich ważni – m.in. to u nich
urządziliśmy seans spirytystyczny, na którym Zofia Paryska rozmawiała z duchem
Wawrzyńca Żuławskiego), no i ja z żoną. I wszyscy, ile nas było, przychodziliśmy
do Domu pod Jasieniami nie tylko po to (a na pewno – nie przede wszystkim po to)
żeby się od nich uczyć, dowiadywać, wydobywać wiedzę, potrzebną nam do naszej
pracy – ale po prostu po to, żeby pobyć z nimi, żeby cieszyć się kontaktem z
osobami, które były przede wszystkim fascynującymi osobowościami, a dopiero
potem taternikami, naukowcami, pisarzami. Zofia Paryska poznawana przez
dokumenty, listy (zgromadzone w Archiwum Paryskich w TPN - nie wszystkie Kseni
udostępniono, co jest dla mnie niezrozumiałe), cytaty z wcześniejszych
publikacji – wydaje mi się niepełna, a może nawet nieprawdziwa. Ale to
oczywiście wrażenie subiektywne, opinia człowieka, który podchodzi do tej
lektury równie osobiście, jak do bohaterki i do autorki książki. Czytelnik,
który zna Zofię Radwańską-Paryską tylko z lektury i niejako z legendy, jaką jej
postać była otaczana w ubiegłym wieku, pozna osobę fascynującą, żyjącą długo i
ciekawie, której dokonania wykraczają daleko poza standard opinii na temat
wybitnych postaci zakopiańskich. Czy pozna ją tak, jak znali ją starzy
zakopiańczycy? Oczywiście, nie. Osobistego kontaktu z takimi osobami nie da się
zastąpić lekturą. I dlatego głównym uczuciem, jakie miałem po zamknięciu
książki, był żal: Paryscy, Henryk i Anna Jostowie, Brzozowscy, Stefan
Chałubiński, Kazek Dziób, Hasior, Włodek Cywiński… Nie ma już pod Giewontem z
kim pomilczeć na wysokim poziomie.
Sto lat życia to spory kawał historii Polski. Oczywiście, dzieciństwo i młodość
w czasach zaborów, dwie wojny światowe, kilka przeprowadzek, niełatwe relacje
rodzinne – wszystko to powoduje, że w dokumentacji biograficznej są spore luki.
Ale i tak dowiedziałem się mnóstwa rzeczy, o których nie wiedziałem, albo – co
gorsza – wiedziałem źle. Stosunkowo mało dowiadujemy się o szkołach, kończonych
przez Zofię Radwańską – zdaje się, że świadectwa się nie zachowały. A szukałem
informacji o tym, jakie przedmioty miała bohaterka na maturze i z jakim skutkiem
zdawała egzaminy, jak i gdzie uczyła się muzyki, jakie były jej lektury – była
przecież świetną znawczynią literatury i sztuki. Z późniejszych, już
zakopiańskich lat brakowało mi przy lekturze osobistych opowieści uzyskanych
przez autorkę od innych niż taternickich świadków jej życia i działalności. Inna
rzecz, że poszerzanie biografii o szczegóły z czasów młodości (nie mówiąc już o
osobistych impresjach z tzw. naszych czasów) utuczyłoby mocno książkę, która i
tak jest dość obszerna. Ciekawa byłaby też relacja o aktualnej ocenie jej
dorobku naukowego, a także o tym, jak dziś postrzegana jest obecność społeczna i
kulturowa Zofii i Witolda Paryskich w Zakopanem. Są tu pochowani na Pęksowym
Brzyzku, mają swoją ulicę na Pardałówce, ich przepastne zbiory – biblioteka,
dokumenty, rękopisy, fiszki bibliograficzne – trafiły do Tatrzańskiego Parku
Narodowego, działa Fundacja ich imienia (ale poza Zakopanem)… Ale czy ich
postacie nie pokrył w ostatnich latach cień zapomnienia? Książka Kseni
Szczepanik-Ładygin cień ten na szczęście trochę rozprasza.
Treść podana jest mniej więcej chronologicznie, książka napisana jest doskonałym
językiem i czyta się znakomicie (choć moje oczy protestowały przeciwko małej
czcionce i niewielkiemu kontrastowi między drukiem a papierem). Dobrym
uzupełnieniem są interesujące zdjęcia ilustrujące mniej więcej cały okres życia
bohaterki biografii. Za dwa lata będziemy obchodzić (czy będziemy?) ćwierć wieku
od jej odejścia.
Nawiązując do podanej na początku typologii recenzji, nie mogę nie wspomnieć
początku i końca mojej znajomości z Zofią Radwańską-Paryską. Poznaliśmy się w
1975 roku na premierze kabaretowego spektaklu Ceperiada, którą nasz
Teatrzyk Scherzo wystawiał w starej Szkole Muzycznej przy ul. Grunwaldzkiej.
Namówiono mnie, żeby Paryskim wysłać zaproszenie, nie wierzyłem, że tacy poważni
ludzie przyjdą do Teatrzyku Piosenki, ale przyszli i siedzieli w pierwszym
rzędzie. Zaprosili nas wtedy do siebie i wkrótce zaczęliśmy bywać na Kozińcu. O
tym Ksenia wspomina w swojej książce. Rok później, podczas premiery sztuki
Western Paryscy otrzymali dedykowaną im naszą piosenkę Goryczki. A
ostatnie spotkanie mieliśmy na kilka miesięcy przed śmiercią pani Zofii.
Mieszkaliśmy wtedy już w Nowym Targu, w Zakopanem bywaliśmy tylko w pracy, a na
Kozińcu od śmierci Witolda – wcale. Nie wiem, kto to spotkanie zaaranżował, czy
była to inicjatywa pani Zofii, czy kogoś innego. Już nie wstawała z łóżka, więc
poszliśmy na pięterko. Sama skóra na cieniutkich kosteczkach, taki tłumoczek w
łóżku, niewiele większy od dzieciątka. Intelektualnie wciąż sprawna – ale
fizycznie w zasadzie już jej nie było. Poznała nas, a jakże, ale mnie w ogóle
nie słyszała, nawet jak mówiłem bardzo głośno. Lidki wyższy głos bardziej do
niej docierał. O czym i jak w takiej sytuacji rozmawiać? Coś o szkole, coś o
książkach… Bez sensu. W pewnym momencie kazała sobie poprawić poduszkę, trochę
się uniosła i sięgnęła na stolik obok, na którym stało ładne zdjęcie Witolda.
Wzięła to zdjęcie w cienkie, drżące palce i niespodziewanie wyraźnym głosem
zaczęła recytować Pocałunki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:
Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:
Czyjeś ciało i ziemię całą,
A zostanie tylko fotografia,
To jest – to jest bardzo mało…
Nie dało się powstrzymać łez.
I potem był już tylko Pęksowy Brzyzek.
-----------------------------------
Ksenia Szczepanik-Ładygin, Zofia Radwańska-Paryska (1901-2001). Próba
biografii. Centralny Ośrodek Turystyki Górskiej PTTK, Kraków 2024, 256
stron.
29 września 2024