Maciej
Pinkwart
W sercu ciągle maj
Przyznam szczerze, że na początku czytanie szło mi jak po
grudzie. Nie dlatego, że książka zła, tylko dlatego że – po pierwsze – miałem
sporo własnego pisania, a po drugie – materia pierwszych rozdziałów, usytuowana
w zamierzchłej przeszłości niespecjalnie mnie interesowała. Ale gdzieś tak w
okolicy 200 strony złapałem wiatr w żagle i już dźwigałem tomiszcze (z trudem:
waży przeszło 1200 gram!) przed oczy codziennie. Sto stron później, czyli od
czasów Kabaretu Starszych Panów już niemal nie mogłem się oderwać. Po
stronie 586 były już tylko przypisy i indeks nazwisk, więc książkę z żalem
zamknąłem.
Maria Wilczek-Krupa pisze świetnie się czytające biografie osób,
które należały do ekstraklasy polskiej kultury. Jest muzykiem i historykiem (dla
miłośników feminatywów: muzyczką i historyczką), więc zapewne tematyka muzyczna
jest jej najbliższa, choć to nie jest pewne: ja, jako egiptolog, najbardziej
interesuję się fizyką kwantową i uważam, że słowo amator nie oznacza
nieprofesjonalisty, tylko miłośnika. Ale w biografii Jeremiego Przybory, która
ukazała się pod koniec 2023 roku pod uwodzicielskim tytułem Żuan Don
autorka jest przede wszystkim znakomitą dokumentalistką. Momentami – znakomitą
do tego stopnia, że sama daje się uwieść własnej skrupulatności, która prowadzi
ją w taki gąszcz szczegółów, iż czytając musimy maczetą wycinać sobie w nim
drogi powrotne do głównego wątku. Rzecz jasna, i w tym gąszczu są miejsca, w
których rosną słodkie poziomki i pikantne papryczki artystyczne i obyczajowe.
Nie należy zbyt szybko przerzucać kartek, bo może przy lekturze to i owo umknąć,
a potem będzie trudno się połapać. Co więcej – autorka różne miejsca tego
gąszczu faktów traktuje rozmaicie: jednych przyjaciół i niektóre kochanki
Starszego Pana B. (Jerzy Wasowski zapewne z powodu wieku był Starszym Panem A.)
lustruje do trzeciego pokolenia wstecz, inne osoby tylko od urodzenia. Dygresje
są niekiedy co najmniej równie ciekawe jak główny wątek, dlatego z łatwością
dajemy się uwieść (dobre słowo w odniesieniu do tej książki!) i sprowadzić na
chwilowe manowce.
Jeremi Przybora żył długo i doświadczał polskiej historii
dotkliwie i nieraz boleśnie, przechodząc przez co najmniej pięć epok. Nazywał
siebie – i nazywano go we wcześniejszych biografiach – dzieckiem szczęścia,
ale Maria Wilczek-Krupa w swojej książce pokazuje, jak mylące bywają takie
etykiety. Udało mu się przeżyć bez większych cierpień i martyrologii pierwszą
wojnę, lata międzywojenne, okupację niemiecką, powstanie warszawskie, stalinizm,
przaśne lata Gomułki, wydarzenia marcowe, złudzenia epoki Gierka, karnawał
„Solidarności”, wredną smutę stanu wojennego, okrągły stół i odrodzenie
wolności, a w końcu – wejście w nowe stulecie. Ale życie popularnego i uznanego
twórcy, artysty znanego wszystkim z telewizji i człowieka o najwyższej klasie
kultury, jak się okazuje, nie było bynajmniej pasmem triumfów i szczęścia. Bo
choć z pewnością Przybora należy do najznakomitszych poetów i twórców piosenek z
czasów, które znam i nostalgicznie wspominam (niekoniecznie czasy, ale
twórczość tamtej epoki), to – i o tym dowiadujemy się dokładnie z Żuana Dona
– jego twórczość to zwykle nie są takie sobie ot, wesołe, czasem smutne, czasem
nostalgiczne, czasem romantyczne tekściki: to są skrywające się pod kostiumami
ulotnych słów ogromne emocje. W swoich – uprośćmy to – piosenkach Jeremi
Przybora opowiada o sobie i o swoich miłościach, o przemijaniu – uczuć, sławy,
czasu. A ja słuchając i oglądając jego dzieła – kiedyś po prostu się
rozczulałem, śmiałem i podziwiałem kunszt autorski. Nie miałem pojęcia, kto i co
się za tym kryje. I teraz, po lekturze dzieła Marii Wilczek-Krupy czuję się
trochę okradziony z czegoś, co uważałem za ogólne, abstrakcyjne, a zatem mogłem
to sobie wziąć i dopasować do stanu własnych uczuć, własnych miłości, przyjaźni,
nostalgii. Brałem je może nie jak swoje, ale jak wypożyczone na wieczne
nieoddanie. Gdy słuchałem Już kąpiesz się nie dla mnie – wyobrażałem
sobie którąś ze swoich narzeczonych w wannie z telefonem, a nie Jeremiego
Przyborę, rozpaczającego po tym, jak porzuciła go lubiąca się kąpać Barbara
Wrzesińska, gdy Zofia Kucówna śpiewała Kaziu, zakochaj się, marzyłem że
ktoś może pod takim pseudonimem będzie kierował to wezwanie do mnie, a nie do
Kazimierza Kutza, reżysera niezbyt udanego filmu Upał, piosenkę To
będzie miłość nieduża stanowczo odrzucałem, bo zawsze miałem miłości
ogromne, na całe życie, a przynajmniej do końca tygodnia – tymczasem ta
piosenka, podobnie jak zastrzeżenie Nie mówmy, że to miłość Jeremi
Przybora napisał dla swojej ważnej, choć krótkotrwałej kochanki Marii
Koterbskiej, którą i ja uwielbiałem, choć całkowicie platonicznie, choćby
dlatego, że była prawie w wieku mojej mamy. Przechodząc przez Saską Kępę w
drodze do pewnej Magdy, mijałem kawiarenkę „Sułtan” i nie miałem pojęcia,
że piosenka o niej wywołuje duchy rozpaczliwej miłości Starszego Pana i młodszej
o 21 lat Agnieszki Osieckiej. Notabene, rozdział poświęcony temu związkowi jest
może nie tyle najciekawszy, czy najbardziej wciągający – choć jest – ale jak dla
mnie, najsmutniejszy: dwoje najwspanialszych poetów piosenki, genialnych „tych
drugich” (Po to wiążą słowo z dźwiękiem kompozytor i ten drugi...) po
prostu było skazanych na tę miłość, a ta miłość była skazana na zagładę, nie
tylko z racji całkowicie odmiennych charakterów i stylów życia, ale i wobec
faktu, że nawet będąc od siebie daleko, mówili do siebie tekstami piosenek. A
Agnieszka pisała dla niego genialne wiersze, przychodziła, kochała się z nim, po
czym znów uciekała, pisała wiersze – i jutro było jeszcze bardziej zwariowane
niż dziś...
Przybora... Osiecka... Młynarski... Na takich twórcach
ukształtowała się poetycka wrażliwość mojego pokolenia. No, nie całego – tej
części, z którą najchętniej się utożsamiam.
A dziś co? Zenek?
Tak przy okazji: największą pretensję do organizatorów
zakopiańskiego „Sylwestra marzeń” miałem o to, że do tego festiwalu szmiry
muzycznej wsadzała co roku Marylę Rodowicz, która co prawda swoim kiczem
kostiumowym przebijała wszystko, ale to był pastisz, którego naturalnie nie
rozpoznawano i traktowano jak zwykły ubiór sceniczny. A Maryla śpiewała piosenki
Osieckiej, które w tym towarzystwie wyły z rozpaczy do księżyca.
Przynudzało trochę pierwszych 190 stron, potem wciągnęła mnie
opowieść o powstaniu warszawskim, a kilkadziesiąt stron później zapisaną przez
Marię Wilczek-Krupę biografię Przybory już mogłem konfrontować z własnymi
wspomnieniami. Doskonałą stroną tej książki jest szerokie spojrzenie na tło
bogatego życia bohatera, bo to tło było wspólne także i dla mojego pokolenia.
Teatr „Eterek” rozbrzmiewał i w naszym mieszkaniu – byłem wtedy dzieckiem i
wciąż się zastanawiałem, kim są te „eterki”, które mają ten teatr radiowy. O
falach eteru w przedszkolu nie uczyli. Ale oczywiście objawieniem był dla mnie
Kabaret Starszych Panów. Miałem prawie 11 lat, gdy telewidzowie po raz
pierwszy usłyszeli zapewnienie, że już szron na głowie, już nie to zdrowie, a
w sercu ciągle maj. Ale tego pierwszego wieczoru, 31 grudnia 1958 roku
Kabaretu nie oglądałem: ani wtedy, ani długo potem w naszym mieszkaniu nie
było telewizora. Kabaret musiał jednak od razu zdobyć serca mieszkańców
mojego Milanówka, bo już następny program oglądaliśmy z mamą u sąsiadów.
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski... I główne gwiazdy Kabaretu:
Irena Kwiatkowska, Barbara Krafftówna, Kalina Jędrusik, Wiesław Gołas, Wiesław
Michnikowski, Mieczysław Czechowicz, Edward Dziewoński... Poza nimi, mniej
regularnie – cała czołówka polskich aktorów. Weźcie sobie teraz wyobraźcie taki
kabaret we współczesnej telewizji, ze współczesnymi autorami i współczesnymi
aktorami. Tego nie można sobie wyobrazić: po prostu nie ma takich autorów i
takich aktorów. I takiej telewizji. A czy są tacy widzowie, jak wtedy?
Opowieści, dłuższe lub krótsze, jakie o współtwórcach
Kabaretu przedstawia w swojej książce autorka są zajmujące, ale pozostawiają
trochę uczucia niedosytu, szczególnie brakuje mi rozwinięcia kilku wątków,
związanych z Jerzym Wasowskim. Ale jest to biografia Przybory, a nie jego
przyjaciół i współpracowników, zresztą o Kabarecie powstały osobne
książki. I tak liczba postaci, przewijających się przez karty Żuana jest
ogromna: sam indeks osób liczy 16 stron drobnym drukiem. Pewnym kłopotem jest
orientowanie się w tych wszystkich związkach i koligacjach: Maria Wilczek-Krupa
(co znamy już z jej poprzednich publikacji) chętnie operuje jedynie imionami
osób, które powracają w narracji i nieraz musiałem cofać się o kilkanaście
stron, zanim pojąłem, o kim mowa. Bo i przekrój społeczny opisywanych osób jest
nader szeroki – od przedwojennych arystokratów, nie tylko polskich, przez
wybitnych aktorów i dziennikarzy oraz polityków przedwojennych i peerelowskich,
po rolników i rzemieślników w Pacewie koło Białobrzegów, gdzie Jeremi Przybora
ze swą ostatnią żoną, Alicją Wirth, mieli letni dom.
To nie jest lektura do przerzucenia przez kilka dni beztroskiej
majówki, ale trud przeczytania Żuana Dona wart jest podjęcia. Nie będzie
łatwo, ale będzie ciekawie. Dla mnie interesujące było zestawienie dość
nowoczesnego języka (nie powiem, że młodzieżowego, bo tego bez translatora nie
rozumiem), jakim się posługuje autorka z nobliwą, językowo nadzwyczaj poprawną
osobą i twórczością Jeremiego Przybory.
Wesołe jest życie staruszka, ale
pod warunkiem, że staruszek ma jakieś 40, góra 50 lat. Potem zaczyna być raczej
smutnawe. Aż wreszcie przychodzi konkluzja, którą Starszy Pan B. ujął
lapidarnie: Życie jako forma spędzania czasu przestało mnie interesować.
Istniał w stanie między życiem a nieżyciem od 21 sierpnia 2000 roku, kiedy
umarła Alicja. W stanie żałoby, czy – jak mawiał – w poczekalni przetrwał
niespełna cztery lata: zmarł 4 marca 2004 roku. 20 marca został pochowany w
grobie żony na warszawskim cmentarzu ewangelicko-reformowanym, tym samym, na
którym leży Stefan Żeromski.
Tak czy inaczej, Żuan Don to lektura w dzisiejszych
czasach bardzo orzeźwiająca. Jak kąpiel w rzece Styks.
-----------------------------------
Maria Wilczek-Krupa, Żuan Don, Wydawnictwo Znak, Kraków
2023, 638 stron.
2 maja 2024