Maciej
Pinkwart
Koegzystencja czy kooperacja?
Książkę Aleksandry Przegalińskiej i Tamilli Triantoro Przenikanie umysłów
(napisaną po angielsku jako Converging Minds. The Creative Potential of
Collaborative AI) chciałbym omówić nie tylko z powodu treści, ale też ze
względu na formę. I, oczywiście, dlatego, że kwestie rozwijającej się burzliwie
sztucznej inteligencji już dziś dotyczą nas wszystkich. Także tych, którzy ze
względu na tzw. wykluczenie cyfrowe, nigdy w życiu nie dotknęli komputera. Także
tych, którzy posługując się komputerem, nie wiedzą jak on działa. Także tych,
którzy wyciągając zimne piwo z lodówki, nie mają pojęcia nie tylko o tym,
dlaczego w lodówce jest zimno, ale nawet o tym, jak wyprodukowany został napój,
który właśnie nalewają do szklanki. A już na pewno – tak jak ja – nie wiedzą, w
jaki sposób piwo znalazło się w puszce, zostało tam zamknięte, a ten dinks,
który właśnie z trudem podważamy paznokciem utrzymuje je w pozycji startowej. I
wiecie co? Kompletnie mnie to nie obchodzi: póki sam nie zmienię zawodu i nie
zajmę się piwowarstwem i produkcją lodówek, poprzestanę na korzystaniu z nich.
To samo mam z samochodem, którym jeżdżę. Telewizorem, który czasem dostarcza mi
wiedzy i rozrywki, a czasem mnie ogłupia i dosmuca. Komputerem, na którym to
piszę. Zegarkiem, który mi mówi, jakie mam ciśnienie i jaką temperaturę, a potem
poleca, żebym wstał z krzesła i ruszył… się w podróż po pokoju. Ba! – z
krzesłem, z którego mam wstać. Wiedza na ten temat jest dla większości z nas
całkowicie zbędna: powinniśmy wiedzieć tylko tyle, jak to i owo ustawić,
podłączyć i uruchomić. I korzystać z niego, w ogóle nie myśląc o technikaliach.
Jest jeden wyjątek: to telefon komórkowy, na który wciąż patrzę z nabożnym
przestrachem. Co i raz zastanawiam się, jak to jest możliwe, żeby w przedmiocie
wielkości mojej dłoni, ważącym 225 gramów, mieścił się komputer, liczne
komunikatory, wiele godzin muzyki, filmy, aparat fotograficzny i kamera filmowa,
kompas, wysokościomierz, krokomierz, czujnik zanieczyszczenia powietrza,
telewizor, termometr, zegar, kalkulator, notes, edytor tekstu, portfel (z
pieniędzmi), wielojęzyczny tłumacz, czytnik tekstu. I telefon.
I nie musimy kompletnie się znać na sztucznej inteligencji, żeby z niej
korzystać. A już na pewno już korzystają z niej nasi lekarze, prawnicy,
nauczyciele i… uczniowie.
Aleksandra Przegalińska, doktorat z filozofii, habilitacja z nauk o zarządzaniu
i jakości, profesor Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i prorektor tej
uczelni, związana zawodowo także z Massachusetts Institute of Technology w
Bostonie i Uniwersytetem Harvarda (ostatnio znana szerzej jako sympatyczna
komentatorka w Szkle Kontaktowym) oraz Tamilla Triantoro, doktorat na
City University of New Jork w dziedzinie socjologii internetu, profesor na
Uniwersytecie Quinnipiac w Hamden w stanie Connecticut są cenionymi autorkami
fachowych publikacji na temat sztucznej inteligencji. Wiem, że to nic
nadzwyczajnego – dziś o sztucznej inteligencji wypowiadają się wszyscy, także
ci, co jeszcze nie spotkali się z własną inteligencją. Ale obie profesorki
zajmują się czymś, co w tej dziedzinie jest może najważniejsze i najbardziej
przyszłościowe: integracją między SI a inteligencją ludzką.
W toczonych od kilkunastu miesięcy dyskusjach na temat SI najbardziej szokuje
nas to, że już niebawem owe tajemnicze „algorytmy”, na co dzień siedzące
spokojnie w komputerach staną się mądrzejsze od nas, a chwilę potem wyrzucą nas
z pracy, z samochodu, może nawet sprzed grilla z kiełbaską i piwem. W związku z
tym niektórzy uważają, że trzeba zabronić rozwijania tej technologii i
prowadzenia nad nią badań, w interesie przetrwania rodzaju ludzkiego.
To oczywiście jest szokujące, że możemy zlecić SI udawanie głosu i naśladowanie
wizerunku Wisławy Szymborskiej, która w dodatku w wiele lat po śmierci wypowiada
się na tematy współczesne. Ale czy w ogóle – kiedyś – naszych przodków nie
szokowało wszystko to, co nowe pojawiało się w ich życiu? Pierwszy ujarzmiony
ogień? Pierwszy łuk? Pierwsza żarówka? Pierwsze kino braci Lumière, którzy
wyświetlając 25 stycznia 1896 roku w Salonie Indyjskim przy bulwarze Kapucynów w
Paryżu sfilmowany wjazd pociągu na stację w La Ciotat w Prowansji wywołali
panikę ludzi, obawiających się rozjechania przez lokomotywę…
Do wszystkiego jednak się przyzwyczajamy. Ogień oswoiliśmy, nauczyliśmy się
rozszczepiać jądra uranu, choć obie te sprawy – wraz z milionem innych – źle
użyte mogą stworzyć ogromne zagrożenie nie tylko dla nieostrożnego człowieka,
ale i dla ludzkości. Mimo wszystko jednak tych spraw się nie wyrzekamy. Ja
jestem tak stary (tak, tak, wiem – stary to jest Stary Testament…), że pamiętam,
jak dostałem dwóję (jedynek jeszcze nie dawano) za to, że na polskim
wypracowanie napisałem długopisem, którego nie wolno było używać, bo psuł
charakter pisma. Zawsze używałem tego długopisu jako argumentu w kwestii mojego
charakteru – przestałem dopiero, kiedy długopis zaczął być używany do psucia
polskiego prawa. Potem pojawiły się pierwsze kalkulatory – ich też nie można
było używać, bo zagrażały największej świętości szkolnej – tabliczce mnożenia.
Wówczas największym dopuszczalnym urządzeniem technicznym był suwak
logarytmiczny. Ale nawet jego nie można było mieć przy sobie na maturze, gdzie
co najwyżej można było korzystać z tablic logarytmicznych. Ktoś jeszcze to ma w
domu i korzysta?
A teraz mamy sztuczną inteligencję, która – i o tym jest ta książka – może, a w
zasadzie powinna się stać kolejnym przedłużeniem naszych, ludzkich działań:
sprawność techniczna maszyny (czy będzie to antropoidalny robot, czy laptop, czy
smartfon – wszystko jedno) w połączeniu z kreatywnością i fantazją człowieka
mogą przynieść znakomite rezultaty w wielu dziedzinach: od logistyki
magazynowej, przez archiwistykę, prawoznawstwo, medycynę, literaturoznawstwo,
researching dziennikarski, bibliotekarstwo po twórczość pisarską, muzyczną i
plastyczną. Jednym z zastrzeżeń, wysuwanych przeciwko wpuszczeniu SI na salony
jest to, że jest to jakoby prosta droga do ubezwłasnowolnienia twórczego i do
usankcjonowania plagiatów: kiedy zlecimy odpowiedniemu programowi napisanie
eseju o zagrożeniu dla środowiska przez mikrodrobiny plastiku, on po prostu
błyskawicznie wyszuka w internecie wszystkie publikacje na temat tego
zagadnienia, weźmie z niej to i owo i zaprezentuje jako swoje.
Fakt. A czy my, ludzie, pisząc taki esej, osobiście musimy prowadzić wszystkie
badania w morzach i lasach oraz w wątrobie stryja z Niepołomic, żeby przedstawić
ich wyniki w naszym tekście, czy też siedzimy w bibliotece (wirtualnej,
oczywiście) i sięgamy do już istniejących publikacji na ten temat? Jeśli robi to
człowiek, to doceniamy jego wiedzę i erudycję, a gdy robi to to coś w
naszym komputerze, to jest plagiat?
Autorki punkt po punkcie pokazują jak tworzy się stosowne algorytmy działające w
tej dziedzinie, jak się trenuje sztuczną inteligencję, karmiąc ją niejako całym
oceanem przykładów ludzkich dokonań w wielu dziedzinach i jakie może to mieć
implikacje dla naszego przyszłego życia. Szalenie ciekawy jest wątek, dotyczący
halucynacji, jak nazywa się błędy popełniane przez SI. Przyznam, że
trochę jeży to włos na głowie, gdy pomyślimy o ewentualnych mylnych diagnozach
lekarskich, niewłaściwych paragrafach kodeksowych czy pomyłkach w obliczeniach –
dajmy na to – konstrukcyjnych. Ale czyż takie błędy nie zdarzają się nam,
ludziom? Zapewne jest ich nawet więcej, niż zdarza się robotom. Z jednym
zastrzeżeniem: my, nieszczęsne białkowe kleiki zawieszone na chybotliwych
kościach, mamy coś, czym może nadmiernie często się posługujemy, ale co pozwala
nam ustrzec się przed wieloma złymi decyzjami: intuicję. Ale i ona często
prowadzi nas na manowce. My mamy też emocje, których u SI jak na razie nie
stwierdzono, choć nie jest to do końca pewne.
Książka jest niebywale ciekawa, ale też niezwykle trudna w odbiorze. Profesorki
bowiem posługują się językiem, a może nawet żargonem fachowym, co powoduje, że
będąc już trochę obznajomiony z tematem, musiałem czytać niejeden rozdział przy
pomocy… sztucznej inteligencji, podpowiadającej mi (o, paradoksie!) bardziej
humanistyczne wyjaśnienia trudniejszych terminów: VAE to klasa modeli
generatywnych, które zyskały uwagę ze względu na swoje unikatowe podejście do
kodowania i generowania danych. Opierając się na paradygmacie probabilistycznego
modelowania graficznego, VAE czerpią z reprezentowania danych w przestrzeni
ukrytej, co umożliwia zarówno zrozumienie struktury danych, jak i generowanie
nowych próbek (Doersch, 2016).
Dałem radę, ale nie usposobiło mnie to przychylnie do
obranej formy narracji. Co więcej, zawsze w takich przypadkach, kiedy narrator –
jak mi się wydaje – usiłuje podkreślić swoją fachowość wobec mnie, nieszczęsnego
dyletanta, przypomina mi się wspaniały tekst Tuwima Ślusarz, o tym, że droselklapa
jest tandetnie zblindowana i ryksztosuje.
I jeszcze o formie. Przewidując trudności, kupiłem książkę w pełnym pakiecie: to
znaczy – pięknie wydaną papierową, w twardej oprawie (i z okropnie małą,
bezszeryfową czcionką), e-book oraz audiobook, nagrany osobiście przez profesor
Przegalińską. A może przez SI, udającą jej głos, nie wiem. Książka ma mnóstwo
przypisów i odniesień do fachowej literatury, po każdym rozdziale jest ogromny
spis bibliografii przedmiotu – i w audiobooku te rzeczy są, zupełnie słusznie,
pominięte. W e-booku natomiast jest sporo wewnętrznych linków i QR-kodów – także
do opisywanej sztucznej inteligencji, których kliknięcie przenosi nas w inny
świat i jeszcze bardziej rozszerza możliwości poznania. Co więcej – część tekstu
powstała w oparciu o opracowania, dokonywane przez SI (głównie ChatGPT), a nawet
przy jego pomocy: na przykład wywiad Tamilli z Aureliuszem Górskim, twórcą
wirtualnego CampusuAI, czyli prowadzonej we współpracy ze sztuczną inteligencją
wirtualnej platformy, pomagającej zainteresowanym wejść w świat współpracy z
inteligentnymi algorytmami, został na podstawie nagrania na telefonicznym
dyktafonie opracowany przez SI. Co więcej: książka, napisana w oryginale po
angielsku, została na polski przetłumaczona przez ChatGPT-4.
Boicie się? Nie trzeba. Nie czeka nas żadna Lemowska tragedia pralnicza,
w której inteligentne nadmiarowo pralki zawładną światem, tak samo jak nie
zawojowały nas ani długopisy, ani elektroniczne kalkulatory. Oswoiliśmy się z
nimi i ufamy im, choć – przyznam się po cichu, że gdy dokonuję co miesiąc
podsumowania moich wpływów i wydatków, zawsze, gdy jego wynik zaskakuje mnie
in minus, uważam, że liczący to wszystko Excel się pomylił i sprawdzam ten
bilans na piechotę. Oczywiście, nie liczę tego przy pomocy kartki, ołówka i
własnych umiejętności matematycznych (spuszczam zero, dwa w rozumie),
tylko sięgam po kalkulator. Niestety, zawsze się okazuje, że moje nadzieje na
to, że wydałem mniej pieniędzy niż obliczył to Excel, były płonne i znów okazuje
się, że w dziedzinie prywatnej księgowości maszyny mogą nas podliczyć, ale nie
powstrzymają nas przed niecelowymi wydatkami.
Nie sądzę, żeby moi Czytelnicy od razu pobiegli do księgarń, lub do internetowej
sprzedaży prowadzonej przez CampusAI, choć może się mylę. Książka o przenikaniu
umysłów ludzkiego i maszynowego nie jest lekką i przyjemną lekturą na długie
jesienne wieczory, ale być może warto ją mieć, bo odpowiada na mnóstwo ważnych
pytań, ale też wiele problemów pozostawia bez rozwiązania w nadziei, że to my,
partnerzy, kooperanci i współobywatele przyszłości zmierzymy się z nimi już
niebawem.
--------------------------
Aleksandra Przegalińska, Tamilla Triantoro, Przenikanie umysłów. Potencjał
twórczy współpracy z AI, Wydawca AI Books by CampusAI, Warszawa, październik
2024, 204 strony.