Maciej
Pinkwart
Judasz księgowy
Niemal w każdym hotelu w Europie Zachodniej, w którym mieszkałem, w tzw.
nachtkastliku była kiedyś Biblia. Zwykle po angielsku. Dziś Biblii już nie ma,
bo stosownie do zasady poprawności politycznej, oprócz chrześcijańskiej Biblii,
powinien być Talmud i Koran. Ale ponieważ religii uniwersalnych jest znacznie
więcej, a prawie każda ma jakąś swoją świętą księgę – każdy pokój hotelowy
powinien być wyposażony w przynajmniej jeden regał biblioteczny, bo każdy gość
hotelowy ma prawo do lektury własnej literatury religijnej. Zaraz wyobraziłem
sobie taki regał w hotelowym pokoiku w Carcassonne, w którym trudno było się
nawet szerzej uśmiechnąć, czy w Grand Hotelu w San Remo, gdzie żeby wejść do
łazienki, trzeba było odstawić łóżko. Żeby odstawić łóżko, trzeba było wynieść
na korytarz walizki…
Zastanawianie się nad tym czy aby na pewno zatrzymujemy się w hotelach po to,
żeby czytać Biblię, Talmud czy Koran, oraz dlaczego religijny czytelnik nie wozi
ze sobą w telefonie e-booka z odpowiednią księgą nie na sensu, bo przecież
umieszczanie Biblii w nachtkastliku nie ma służyć wygodzie gości, tylko ma być
demonstracją światopoglądu hotelarzy. Tak samo jak wieszanie krzyży w urzędach,
sklepach czy bibliotekach. Do żadnego z tych miejsc petent, klient czy czytelnik
nie przychodzi po to, żeby się modlić. Zresztą, do modlenia się nie jest
konieczny ani krzyż, ani Biblia, a muzułmański dywanik służy nie celom
liturgicznym, tylko higienicznym. Umieszczenie przedmiotów kultu w miejscach z
kultem niezwiązanych skutkuje obrazoburczym niejako mieszaniem sacrum i
profanum. Przed wizytą Jana Pawła II w Zakopanem w 1997 roku widziałem w
witrynie sklepu mięsnego portret papieża koło zestawu golonek, żeberek i
głowizny. Podhalańscy radni (pewno nie tylko oni) modlą się głośno przed
początkiem każdej sesji, po czym, mówiąc po homerycku, obrzucają się zdechłymi
psami.
Krzyż w urzędzie, w szkole, na ulicy zupełnie mi nie przeszkadza, podobnie jak
każdy inny element wystroju wnętrza – po prostu go nie zauważam, a czy jest on
elementem manifestacji religijnej czy tylko wyrazem koniunkturalizmu – to już
nie mój problem. Nie przeszkadzają mi też kościoły, meczety czy synagogi i w
ogóle nie zwracam na nie uwagi, chyba że zwiedzam je jak muzea czy galerie
sztuki. W domu mam kilka świętych ksiąg, bo literatura mnie zawsze interesowała.
A Biblia zwłaszcza, bo fascynuje mnie wpływ ksiąg na ludzi. Ksiąg: Biblia to
liczba mnoga od greckiego byblos, księga. Biblia u mnie w domu była
zawsze: mama była wychowaną przez urszulanki katoliczką, tato – był
ewangelikiem, augsburskim zresztą. Czyli luteraninem. W dodatku pracował w
warszawskim oddziale Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego. Co z
tego, że jako księgowy? Już choćby tylko dlatego miał szacunek do ksiąg…
Może w czwartej klasie przyniosłem do szkoły Biblię i pochwaliłem się nią na
lekcji religii (pod koniec lat 50. religia jeszcze była w szkole). Awantura była
jak się patrzy! Katechetka zabroniła mi tego czytać, wezwała mamę do szkoły i
poinformowała ją, że dzieci nie mogą czytać Starego Testamentu, tylko Nowy. Mama
poinformowała ją, że nie będzie rozdzierać Biblii na dwoje: oba Testamenty były
w jednej publikacji. Czytałem więc tym chętniej, ale potem zniechęciłem się,
kiedy próbowałem kojarzyć zawarte tam opisy z tym, co wiedziałem z historii i z
zasad wiary katolickiej, a zwłaszcza po przeczytaniu Opowieści biblijnych
Zenona Kosidowskiego.
Nowy Testament wolno było czytać, więc czytałem. Dość szybko znudziło mnie
popularne wśród moich rówieśników wychwytywanie niekonsekwencji, niezgodności
kanonicznych Ewangelii z oficjalną nauką Kościoła Katolickiego czy stawianie
podstawowych pytań, typu: a właściwie to czym, konkretnie, różni się
chrześcijaństwo od innych religii? Oczywiście, z punktu widzenia litery
Ewangelii, a nie doktryny i egzegezy dokonywanej przez późniejszych urzędników
Kościoła. Może kiedyś – gdzieś – warto będzie wrócić do bardziej szczegółowej
analizy może nie tyle samego tekstu, ile tych wynikających z niego doktryn,
ideałów i haseł na sztandarach. Jedno, co mnie zawsze irytowało podczas lektury
– to forma tekstu, styl, zapis kompletnie niepasujący nie tylko do współczesnych
wyobrażeń o świecie, ale do współczesnego języka. Ja wiem, że to było pisane
jakieś dwa tysiące lat temu, i opowiada o środowisku pasterzy, rybaków, czy
cieśli. Ale teraz jest najpowszechniejszą doktryną całego świata… Weź wytłumacz
współczesnemu Szymkowi z Murzasichla to zaprawdę, powiadam wam..., te
przypowieści o sykomorach i zagubionych owcach, te konieczności tłumaczenia
dlaczego celnik był zły (ja pamiętam złych celników sprzed wejścia do strefy
Schengen…) i dlaczego celnik pobierał podatki… Czy tego nie można jakoś
przetłumaczyć na współczesny polski? Przecież to, co mamy w Ewangeliach teraz,
to jest jakiś głuchy telefon: z aramejskiego na hebrajski, z hebrajskiego na
grekę, z greki na łacinę, z łaciny na księdza Wujka, z księdza Wujka na Biblię
Tysiąclecia… A to wszystko jeszcze na Jezusa Dla Dzieci, na cukierkowaty komiks,
na Hollywood, na Rydzyka i na lekcje religii w szkołach…
Z tym problemem częściowo zmaga się Tomasz Terlikowski w niedawno wydanej
książce To ja, Judasz. Oczywiście, kwestia języka to tylko zagadnienie
formy – ważniejsze w tym dziele jest ukazanie postaci Judasza może nie tyle w
innym świetle niż dotąd, ile w ogóle w świetle, bo postać ewangelicznego zdrajcy
i malwersanta w zasadzie ledwo wyłania się z ciemności. A przecież jest jednym z
Dwunastu, osobiście wybranym do ścisłej czołówki chrześcijaństwa przez Jezusa,
co więcej – mianowanym przez Nauczyciela strażnikiem Jego sakiewki. O Judaszu
wiemy mało, ale o niektórych innych apostołach jeszcze mniej, albo zgoła nic.
Był obcy – pochodził z Judei, w przeciwieństwie do innych uczniów i
samego Jezusa, którzy byli z Galilei, nie był ubogim rybakiem, był zdaje się
lepiej wykształcony. Ale przede wszystkim wyróżniał się złym charakterem. No to
jak: wszechwiedzący Jezus-Bóg przecież wie, że Judasz go zdradzi, wie, że jest
sprzedajny, wie, że jest nieuczciwy. To dlaczego go powołuje? Zdrada Judasza
jest też bardziej literacka niż kryminalna: Jezusa wszyscy w Jerozolimie znają,
parę dni temu tłumy witały go jak króla wymachując liśćmi palmowymi, potem
zrobił kipisz w świątyni, powywracał stoły, krzyczał, że nie pozwoli na
jaskinię zbójców w domu Jego Ojca – notabene nikt go wtedy nie powstrzymał, nie
upomniał, nie kazał naprawić szkód, nie próbował ukamienować za ewidentne w
świetle religii starego zakonu bluźnierstwo – a teraz Judasz ma
wskazywać, który to jest Jezus, by żołnierze go zatrzymali? Inna rzecz, że jest
noc, ci wszyscy Żydzi z brodami i w długich tunikach są do siebie podobni, który
Rzymianin się w tym rozezna… Ale, ale… Czy w ogrodzie Getsemani zatrzymali
Jezusa Rzymianie? Kohorta wysłana tam z Judaszem to formacja rzymska, ale czy
Sanhedryn miał prawo im rozkazywać? Czy budzono Piłata, żeby wydał im rozkaz? A
w ogóle dlaczego Judasz idzie ze swoją zdradą do kapłanów w środku nocy?
Obradowali 24/7?
Jezus wie wszystko, więc wie też, że Judasz go zdradzi i nic z tym nie robi,
przeciwnie – mimo że stwierdza, iż Judaszem steruje diabeł, każe mu iść i czynić
swoje czym prędzej. Więcej – wielokrotnie publicznie zapowiada swoją śmierć i
zmartwychwstanie, a więc jest to konieczność wynikająca z mojry,
przeznaczenia, i z przepowiedni proroków. Czyli Jezus musi umrzeć, choć przecież
z łatwością mógłby tego uniknąć, gdyby chciał. Ale nie chce. Czyli Judasz
zdradza go za jego przyzwoleniem, ba! – z jego rozkazu. Czy zdrada kogoś, kto do
zdrady namawia, a w każdym razie wiedząc o niej – nie przeciwdziała jej, jest
zdradą?
Załóżmy: nie ma Judasza. Albo jest to najporządniejszy z ludzi. Nie zdradza
Jezusa. Jezus nie zostaje zatrzymany, skazany, zabity. Nie zmartwychwstaje.
Udaje się gdzieś, może do Betanii, żeni się z Magdaleną, otwiera warsztat
ciesielski, albo mały zakład uzdrowień. Jego śmierć miała odkupić ludzkość z
grzechu pierworodnego. Nie ma śmierci, nie ma odkupienia, wszyscy idziemy do
piekła. Błogosławiony niech będzie Judasz!
Tomasz Terlikowski, analizując drobiazgowo wszystkie, niekiedy wewnętrznie
sprzeczne, informacje o Judaszu zawarte w ewangeliach kanonicznych, w gnozie,
w komentarzach Ojców Kościoła, stawia więcej pytań niż daje odpowiedzi. W
tym – pytanie fundamentalne: Czy Judasz w ogóle istniał? Czy owa dramatyczna
scena zdrady w ogóle miała miejsce? Aż chce się te pytania przedłużać: czy
istniał Piotr? A Mateusz? A Jakub młodszy i starszy? A…?
Jest w książce widoczna pasja pisarska, wielka erudycja i… pośpiech, jakby
Tomasza Terlikowskiego – doktora filozofii i znanego publicystę – termin
nielitościwie gonił, stąd pewne niedoróbki redakcyjne, liczne powtórzenia –
konkluzji i zwłaszcza ewangelicznych cytatów. Ale poszczególne sceny wyjęte z
Ewangelii (trud ujednolicania rozmaitych wersji jest niekiedy zbyt widoczny)
odtwarzane są przez autora z wielkim talentem, dynamicznie, opisywane – właśnie!
– współczesnym językiem. Aż cierpnie skóra, kiedy uruchomimy wyobraźnię przy tej
sytuacji:
Czwartek. Noc wieczerzy paschalnej. Ostatniej Wieczerzy. Jezus dzieli chleb i
mówi: Jeden z was mnie zdradzi. Wszyscy zamierają z przerażenia, a
porywczy Piotr, sięgając po nóż, pyta: Kto, Panie? Tu spośród kilku
wersji wybieram tę: Jezus odpowiada: Ten, któremu podam chleb. I podaje
kawałek chleba Judaszowi. Judasz niepewnie się wykręca, Jezus mówi mu, żeby
szedł to zrobić jak najprędzej. Judasz zjada chleb i wychodzi w noc.
I NIC SIĘ NIE DZIEJE. Nikt nie próbuje go zatrzymać. Nikt nie żąda od Jezusa
wyjaśnień. Nikt nie biegnie, żeby Judasza przekonać, powstrzymać, pojmać, bodaj
zabić. Jest ich jedenastu, on jeden. Jedenastu apostołów, usłyszawszy od Jezusa,
że zdrajcą nie jest żaden z nich, wraca spokojnie do kolacji. Cudownie ogłuchli
i zaniewidzieli, żeby ofiara spokojnie się dokonała? Przeto to nie sam
Judasz zdradził! Judasz może Jezusa wydał (jak już wiemy – był to pusty gest!),
ale zdradzili go wszyscy. Co więcej – Jedenastu zdradziło także Judasza, nie
powstrzymując go przed taką straszną zbrodnią.
Terlikowski zastanawia się jeszcze nad jednym: Jezus w czasie Ostatniej
Wieczerzy ustanowił Eucharystię, która przez spożycie pobłogosławionego przezeń
chleba i wina włączała spożywającego do wspólnoty, wprawiała w stan łaski
uświęcającej, na moment równała go z Bogiem. Czy Judasz wyszedł z wieczernika
przed spożyciem ciała i krwi Pańskiej? Czy po, jak wszystko na to
wskazuje? Czy Jezus dopuścił do komunii człowieka, który za chwilę miał go
sprzedać za 30 srebrników, o którym przed apostołami powiedział, że oto jest on
diabłem? Diabeł przy stole Pańskim? W stanie łaski uświęcającej?
Niełatwa książka. Warto ją czytać powoli, wracając do niektórych fragmentów
kilkakrotnie. Tekstowi towarzyszą ciekawe ilustracje – reprodukcje dzieł sztuki,
pokazujące Judasza w rozmaitych momentach jego krótkiego ewangelicznego życia.
Są czarno-białe (niekiedy, niestety, szaro-szare), no ale to zapewne nie z
oszczędności, tylko z wyboru: taki szwarccharakter pewno nie powinien być
pokazywany w kolorze. Inna rzecz, że twórcom tych dzieł (większość pochodzi z
Wikipedii…) kolor nie przeszkadzał.
Nie mogę na koniec nie dodać (czego Tomasz Terlikowski nie pisze, o co mam
pretensję!), że po śmierci Judasza apostołowie kompletują skład Dwunastki,
wybierając na miejsce zdrajcy – uczciwego, starego i umęczonego świętego
Macieja, który nauczając szczególnie zalecał umartwianie się, propagując ascezę,
post, medytację i odrzucenie zmysłowych żądz. Jest mi to bardzo bliskie.
-------------------------------
Tomasz P. Terlikowski, To ja, Judasz. Biografia apostoła, Wydawnictwo
Literackie, Kraków 2024, 280 stron.