Maciej
Pinkwart
Informacja, inteligencja, koniec ludzkiego świata
Nie wiem, czy polecam. Z drugiej strony jednak, jeśli zwiedzeni forsowną reklamą
kupicie Państwo najnowszą książkę izraelskiego pisarza, historyka, erudyty i
intelektualisty Yuvala Noaha Harariego, możecie spędzić kilka dni na
sympatycznej lekturze. Czyta się dość lekko, ale może się zdarzyć tak, że
przewracając którąś już kolejną kartkę zatrzymacie się na chwilę i zastanowicie
się: zaraz, zaraz, przecież to już było kilkanaście stron temu… A w ogóle, to o
czym to jest?
Tekst Harariego płynie swobodnie, jak woda w Dunajcu albo jak proza Paula
Coehlego, ale refleksji wywołuje niewiele. W każdym razie znacznie mniej niż
jego poprzednie bestsellery Sapiens. Od zwierząt do bogów (21 milionów
sprzedanych egzemplarzy w 65 krajach!), Homo deus i 21 lekcji na XXI
wiek. Bo nie wątpię, że Nexus też stanie się bestsellerem.
Dla mnie, filologa, nexus to gramatyczna konstrukcja, pokazująca relacje
między podmiotem a orzeczeniem: związek rządu lub związek zgody. Dla Harariego
ów tytułowy nexus to łącznik podatkowy, czyli zasada łącząca miejsce
pobierania podatków z lokalizacją firmy płatnika. Dlaczego akurat ta podatkowa
kwestia (w książce podważana z uwagi na to, że często nie sposób nie zauważyć,
że międzynarodowe korporacje, mające siedzibę formalnie w jakimś państwie
zarabiają w innych częściach globu) stała się eleganckim i ładnie wyglądającym
na okładce tytułem – nie pojąłem.
Nexus to według autorskiego
podtytułu krótka historia informacji, od epoki kamienia do sztucznej
inteligencji. W potocznym rozumieniu informacja jest kojarzona z tworzonymi
przez człowieka symbolami, takimi jak słowa mówione lub pisane. Ale przecież
informację przekazują sobie też zwierzęta – pszczoły, tańcząc, o lokalizacji
łąki z nektaronośnymi roślinami, rośliny kwitnąc i pachnąc mówią pszczołom,
gdzie rosną, psy i inne zwierzęta, z przeproszeniem, sikając informują o tym
samym, co niekulturalni ludzie bazgrząc na ścianach zabytków i na skałach
tatrzańskich: „tu byłem”, nadciągające chmury zapowiadają deszcz czy burzę,
podniesiona temperatura informuje o chorobie… Ale to wszystko kwestia
interpretacji – to samo zjawisko dla jednych może być ważną informacją, dla
innych – nic nie znaczącym przejawem aktywności: koniec końców, bez
interpretacji lot pszczół jest tylko lotem pszczół, kwiaty to miłe ozdoby łąki,
drzewa czy wazonu, żółta plama na śniegu oznacza tylko tyle, że piesek wyszedł
na spacer, a wysokie wartości temperatury mogą wynikać z uszkodzenia termometru.
Nawet w tak zaawansowanej technologicznie formie, jaką jest druk, przekaz
medialny, czy bezpośrednia rozmowa – z przekazanej wiadomości może dla nas nie
wynikać nic, jeśli nie znamy kodu – na przykład języka przekazu. Czy jest to
przekaz informacji? Zapewne tak, choć może to też być przypadkowy bełkot – nie
jesteśmy w stanie tego ocenić.
Czy informacja musi być częścią opisu rzeczywistości? Nie musi. Czy prawda lub
nieprawda muszą być ważnymi cechami informacji, rozumianej jako sposób
komunikowania się? Bynajmniej. Harari podaje tu dwa przykłady. Jeden dotyczy
muzyki, która niewątpliwie potrafi skłaniać ludzi do zadumy, irytacji, do
łączenia się w pary lub grupy przy wspólnym tańcu, do maszerowania w szyku, do
uśmiechu lub płaczu. Ale na pewno nie zastanawiamy się nad tym, czy muzyka jest
prawdziwa, czy nie. Zastanawiamy się – jeśli w ogóle – nad tym, czy jest
dobra, czy kiepska. W dziejach muzyki powstało mnóstwo złej muzyki, ale nie
istnieje muzyka nieprawdziwa – pisze Harari. Rzetelność opisu rzeczywistości
nie jest też cechą, wartościującą informację, a wiarygodność przekazu nie jest
koniecznie brana pod uwagę przy wyborze lektury. Autor podaje tu
charakterystyczny przykład: Gdyby nadrzędną funkcją informacji było wierne
przedstawianie rzeczywistości, nie sposób byłoby wytłumaczyć, dlaczego Biblia
stała się jednym z najbardziej wpływowych tekstów w dziejach. Łagodząc ten
przekaz, dodam od siebie, że najprawdopodobniej raczej przeczytamy dziecku bajkę
o nieistniejących krasnoludkach, dobrych wróżkach, złych czarownikach, Shrekach
i Godzillach niż nieporównanie bardziej wiarygodną instrukcję obsługi pralki.
Naturalnie większość miejsca w Nexusie zajmuje sprawa sztucznej
inteligencji, ale to – moim zdaniem – najsłabsza część publikacji. Może tak
uważam dlatego, że jestem świeżo po lekturze świetnej i kompetentnie (choć
nieprosto) napisanej książki Przenikanie umysłów Aleksandry
Przegalińskiej i Tamilli Triantoro, a może dlatego, że Harari nie ma w tej
kwestii nic ciekawego do powiedzenia. Ogrywa bez końca opowieść Goethego o
uczniu czarnoksiężnika, przytacza ze zgrozą wymyśloną przez Nicka Bostroma
historię o sztucznej inteligencji, której zlecono wdrożenie planu maksymalizacji
produkcji spinaczy – już od dziesięciu lat boimy się tego, że owa wredota
przerobi na spinacze wszystko, ludzi, ziemię, kosmos i siebie samą na koniec.
Powtarza nierealne apele o to, by wszystkie potęgi informatyczne świata dogadały
się jakoś co do tego, żeby powstrzymać ewentualne zagrożenie, jakie niesie za
sobą niekontrolowany rozwój AI – który to angielski skrót bardzo trafnie
proponuje rozwinąć nie jako Artificial Intelligence, sztuczna
inteligencja, tylko Alien Intelligence, obca inteligencja. Obca, nie w
znaczeniu jakie wiążemy z Ósmym pasażerem Nostromo, tylko z czymś
nieludzkim. I znów: nie nieludzkim, bo okrutnym (swoją drogą, określenie
nieludzki, czy zwierzęcy jako synonim bestialstwa jest wyjątkowo
głupie: wystarczy włączyć telewizor w godzinie nadawania informacji, żeby
zobaczyć, że nieludzki bywa tylko człowiek…), tylko nie ludzkim. Co
gorsza – nie wiemy, jakim.
Oczywiście panika ogarniała ludzkość nieraz, kiedy pojawiały się nowinki
technologiczne, co do których pierwszy odruch był zawsze destrukcyjny, obronny:
trzeba zniszczyć to, co może zniszczyć nas. Wystarczy przypomnieć ruch
luddystów, czyli burzycieli maszyn z początków XIX wieku, czy strach przed
pierwszymi lokomotywami, jadącymi z zawrotną prędkością 6 km/h i samochodami,
mknącymi już 16 km/h. Ale patrząc z dzisiejszego punktu widzenia strach przed
pierwszą maszyną tkacką czy maszyną parową bardzo różni się od strachu przed
sztuczną inteligencją. Otóż maszyna tkacka ściśle wykonuje program, napisany
przez człowieka: tka. Między jednym a drugim ściegiem nie zacznie nagle śpiewać
Libiamo z Traviaty Verdiego. Lokomotywa, gdy skończą się tory,
zatrzyma się albo wykolei i z pewnością nie zacznie sama z siebie podróżować po
betonowej autostradzie. Kalkulator, który podsumuje nasze listopadowe wydatki
nie poinformuje nas z troską, że nasze zakupy alkoholu wskazują, iż już
powinniśmy pomyśleć o detoksie.
Maszyny dotąd realizowały to i tylko to, czego od nich żądaliśmy. Robiły to
lepiej czy gorzej, zawsze jednak w sposób przewidywalny, przynajmniej dla ich
twórców. Program tkacki można było zmienić czy usprawnić, lokomotywa mogła po
zmianie parametrów technicznych jechać szybciej i dalej. Ale w jaki sposób
sztuczna inteligencja namaluje na naszym ekranie komputerowym wizerunek Mony
Lizy jedzącej banana – nie wiemy. Nakarmiła się różnymi Monami Lizami i
bananami, wyszukała w sieci wszystkie mechaniczne elementy podnoszenia ręki i
jedzenia, jakoś to w sumie zorganizowała i oto efekt. Ta nasza niewiedza, w
sumie dość normalna w relacjach międzyludzkich (nie mamy pojęcia, co dokładnie
pomyślała sobie o nas Alicja, jeśli na nasz widok oblał ją rumieniec) powoduje
nasz strach. Harari przytacza historię banku, który posługuje się cyfrowym
asystentem decydującym o tym, kto z ubiegających się o pożyczkę ma zdolność
kredytową, a ten bierze pod uwagę setki czynników, w tym takie o jakich człowiek
nigdy by nie pomyślał, na przykład to, jakiego typu smartfonu klient używa i
przy jakim poziomie rozładowania baterii podłącza go do prądu: podczas
analizy milionów poprzednich wniosków o pożyczkę nasz algorytm odkrył inną
prawidłowość: w wypadku osób, które pozwalają, aby wskaźnik naładowania baterii
ich smartfona spadł poniżej 25 procent, prawdopodobieństwo spłaty pożyczki jest
niższe o 0,5 procent… Taki list dyrekcja banku mogłaby wysłać, ale zdaje
się, jest to przykład czysto teoretyczny.
Analiza wyglądu twarzy, na podstawie wcześniejszego zapoznania się z miliardem
innych wizerunków ludzi (i kotów, notabene…) na pewno pozwoli być może wykryć
potencjalnych terrorystów, złodziei czy łapówkarzy, ale czy nie każe się nam
obawiać tego, że nagle o szóstej rano wedrze się do nas policja, bo jakiś
algorytm niekorzystnie dla nas zinterpretował nasz wizerunek po kłótni z
narzeczoną? Jeśli istnieją autonomiczne samochody, to co powstrzyma Elona Muska,
Xpenga, Alexandra Malysheva czy kogokolwiek przed produkcją broni autonomicznej,
która sama będzie decydować kogo i jak zabić na wojnie? Lub nie na wojnie?
Harari – zdaje się bez wiary w skuteczność – apeluje do
ludzkości, by się ogarnęła i porozumiała póki czas, zanim zaczarowana miotła
zacznie napełniać naszą wannę. Nawoływanie człowieka, żeby był ludzki, dość
słabo sprawdzało się w przeszłości, choć dotąd jakoś – z mniejszymi lub
większymi stratami – dawaliśmy radę jako gatunek, choć okupione to było
milionami ofiar spośród pojedynczych sapiensów i tysiącami wytrzebionych
przez nas gatunków współmieszkańców naszej planety. Ale teraz może być
kiepściej. W każdym razie jednak musimy pamiętać, że nasza egzystencja jest
ciągłą historią rozmaitych odkryć. I, jak opisywał to nasz wszechwiedzący
Stanisław Lem – nie nastąpiła i raczej nie nastąpi nigdy epoka zakryć.
Czy warto więc przed świętami zaopatrzyć się w Nexusa, ewentualnie
dopisać go do listy choinkowych prezentów? Myślę, że ci, którzy czytali
poprzednie książki Harariego, powinni mieć i tę, do kompletu. Tym bardziej, że –
jak wspomniałem – czyta się to lekko, może nie zawsze przyjemnie, a w dodatku
autor obdarza nas licznymi przykładami ludzkiej głupoty i nieoczekiwanych
działań. A cóż jest przyjemniejszego, niż czytanie o cudzych niedoskonałościach?
Ale w kilku miejscach robi się całkiem nieprzyjemnie: czy zdajecie sobie sprawę
z tego, że w 2023 roku na świecie działało ponad miliard kamer monitoringu?
Jedna na osiem osób? Dziś pewno już dwa razy tyle… W społeczeństwach
autokratycznych system rozpoznawania twarzy jest wszędzie: w marketach (w
Chinach gdzieniegdzie już można płacić twarzą), w telefonach (to znamy),
w samochodach… W ciągu kilku sekund kobieta w Iranie jadąca sama własnym
samochodem bez chusty lub ze źle założonym hidżabem może dostać mandat, a w
przypadku recydywy – władze mogą w jednej chwili zatrzymać i skonfiskować jej
samochód… Działalność botów, które można opłacić, żeby w miliardach (tak!)
odsłon podbijały pozycjonowanie naszej strony (na przykład w kampanii wyborczej)
i zamieszczały miliony negatywnych komentarzy na stronie naszego przeciwnika –
to już normalka. Aha, warto odróżnić bota od robota. Bot może zaśmiecać fake
newsami nasze konto w mediach społecznościowych, a robot odkurzy nasze
mieszkanie…
Jest też w książce Harariego niemało akcentów politycznych. Być może dla nas,
mieszkańców tej części Europy nie będą to żadne odkrycia (zapewne też nie
zaskoczą wielu ludzi w Trumpolandzie). Ale może warto dziś przeczytać, jak widzi
to profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie:
Politycy twardej ręki zwykle nie robią ostatniego kroku i nie posuwają się do
likwidacji wyborów. Utrzymują je jako rytuał użyczający legitymizacji i służący
podtrzymaniu demokratycznej fasady, co obserwujemy na przykład w Putinowskiej
Rosji. Politycy o ciągotach autokratycznych często nie postrzegają tego procesu
jako czegoś antydemokratycznego. Są naprawdę zdumieni, kiedy mówi się im, że
zwycięstwo wyborcze nie daje im nieograniczonej władzy. W ich przekonaniu
wszelkie mechanizmy kontroli władzy wyłonionego w drodze wyborów rządu są
niedemokratyczne. Demokracja nie jest jednak równoznaczna z rządami większości –
oznacza raczej wolność i równość wszystkich obywateli. Demokracja to system
gwarantujący każdemu swobody, których nawet większość nie może im odebrać.
I na koniec banał, ale w Polsce prawie zapomniany:
Patriotyzm nie polega na nienawiści do cudzoziemców, a na
miłości do swoich rodaków.
------------------------------
Yuval Noah Harari, Nexus. Krótka historia informacji. Od epoki kamienia do
sztucznej inteligencji, tłumaczenie Justyn Hunia, Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2024, 600 stron.