Maciej
Pinkwart
Feminatywy sztuczne
Nie mam w zasadzie nic przeciwko feministkom, nawet sam się
czuję poniekąd feministką, zwłaszcza że - jak już się kiedyś wyoutowałem –
odczuwałem skłonności lesbijskie. To „w zasadzie” dotyczy takiego zastrzeżenia –
nie lubię być atakowany feminatywami przy jednoczesnym utrzymywaniu, że jest to
przejaw dążenia do zaprowadzenia równości kobiet i mężczyzn. Tę równość chce się
zaprowadzić poprzez wprowadzanie na siłę genderowych rozróżnień tam, gdzie
należałoby zaakceptować istnienie rzeczowników zbiorowych. Może to efekt
patriarchatu, w którym wzrastałem jako osoba wychowywana i utrzymywana przez
długi czas przez matkę – ale nie dam sobie wyperswadować myślenia o kobietach,
jako o przedstawicielkach płci pięknej, co gorsza – jako obiektu westchnień
znacznej części płci brzydszej. Naturalnie piękno i brzydota są względne, i to
niezależnie od płci i każdy z Czytelników w jednym momencie sypnie licznymi
przykładami koszmarów płci pięknej i efebów wprost malowanych wśród płci
brzydkiej. Co gorsza, owe dyskusje równopłciowe toczone są niekiedy w gronie
osób należących do związków twórczych, a tam – istny horror: w Stowarzyszeniu
Pisarzy Polskich większość chyba mają pisarki, prezesem krakowskiego Oddziału
Związku Literatów Polskich jest kobieta, należę jeszcze do Stowarzyszenia
Dziennikarzy, gdzie dziennikarek nie brakuje, wiele lat współpracowałem ze
Związkiem Kompozytorów Polskich (a nie kompozytorek) i Związkiem Polskich
Artystów Plastyków (bez wspominania o artystkach), zaś główna organizacja
twórcza w Polsce to ZAiKS – Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych... O
autorkach i kompozytorkach cisza. Już niebawem pewno członkinie owych związków
rzucą się zmieniać nazwy w kierunku równościowym.
Oczywiście, jestem, jak wszyscy (z wyjątkiem niektórych działaczy Konfederacji) za równością płci w dziedzinie zarobków, polityki i dostępu do nauki i wszelakich dóbr, ale nie w dziedzinie estetyki. Nie będę tego tematu na razie rozwijał, zbliża się Dzień Kobiet, a poza tym jest Wielki Post, więc niektórych rzeczy nie wypada pisać publicznie, ale sapienti sat, jak mawiali starożytni Rzymianie. Niewykluczone, że starożytne Rzymianki też tak mawiały. Oczywiście, przez większą część mojego długiego życia grzeszyłem myślą, mową i uczynkiem przeciwko zasadzie równości płci, mówiąc płciom pięknym komplementy, kupując kwiaty i czekoladki, ustępując pierwszeństwa w drzwiach i środkach transportu publicznego, a co najgorsze - wykorzystując rozmaite okazje do zawierania znajomości pod pretekstem na przykład użyczania parasola, podpowiadania w szkole, zapraszania do kina, czy przytulania w tańcu na prywatkach. Jedyne co mnie usprawiedliwia to fatalne wykształcenie, kiepskie lektury, złe filmy i coś w rodzaju odpowiedzialności wobec gatunku homo sapiens, który przez znaczną część mojego życia żądał ode mnie działań na rzecz bycia przedłużonym. Co gorsza, odnosiłem wrażenie, że postępuję w gruncie rzeczy mało oryginalnie, bo tak robiła większość mojego męskiego otoczenia, w dodatku – przepraszam za wyrażenie – piękno płci pięknej było pożądanym elementem sztuki, z którą chętnie zapoznawałem się w postaci reprodukcji, a potem, kiedy już było to możliwe – w oryginale, w muzeach i galeriach na świecie.
Sorry.
Mniej niż 5 procent artystów w Galerii Sztuki Nowoczesnej to
kobiety, ale 85 procent aktów to akty kobiece – to
cytat z jednego z feministycznych artykułów, zamieszczony w książce Soni Kiszy
Histeria sztuki. Uwaga powyższa dotyczy największego muzeum USA,
nowojorskiego Metropolitan Museum of Art. Przyznaję - nie wiedziałem tego,
nowością jest dla mnie też informacja, że w londyńskiej National Gallery
dzieła kobiet stanowią tylko 1 procent wszystkich wystawianych! Dla porównania
warszawskie Muzeum Narodowe osiągnęło wynik 4 procent. Co do tych
85-procentowych aktów nie będę się wypowiadał – zdaje się, wszystko na ten temat
powiedziałem już wcześniej. Ale te braki ekspozycyjne kobiecej twórczości są
zastanawiające. Czyżby jakieś patriarchalne lobby muzealne trzymało genialne
dzieła w magazynach po to, by nadmiarowo prezentować mężczyzn, malujących
kobiety? Wśród rzeźbiarzy mężczyzn jest jeszcze więcej, ale ich dzieła w
większym stopniu pokazują akty męskie – niestety, często mocno uszkodzone w
newralgicznych miejscach. No to jak: czy gdyby było więcej kobiet wśród autorów,
a mniej wśród tematów eksponowanych dzieł, to byłoby dobrze? A może ONZ powinno
przyjąć taką uchwałę, żeby było po równo? Parytet płci w twórczości i parytet
drugorzędnych cech płciowych?
Histeria sztuki to książka
ze wszech miar kobieca, w dodatku przepięknie wydana (Znak Koncept), więc warto
ją mieć, albo przynajmniej wziąć do ręki. Autorka wykonała ogromną pracę by
udowodnić to, że: 1. Wśród kobiet są genialne artystki; 2. Te artystki są
niedoceniane, nieeksponowane należycie, często zgoła nieznane; 3. W dodatku
mężczyźni najpierw nie pozwalali im się kształcić artystycznie (dodam od siebie:
nie tylko artystycznie), a kiedy już zdobywały sławę i samodzielne podejście do
sztuki, to albo zyskiwały miano histeryczek, albo zgoła były przez mężczyzn
lokowane w szpitalach psychiatrycznych. Casus Zofii Stryjeńskiej jest
powszechnie znany; 4. Tematyka dzieł sztuki, autorstwa kobiet, zniewieściałych
mężczyzn czy osób ukrywających swoją płeć i orientację seksualną jest tak
ciekawa, że należy ją wyodrębnić i specjalnie pokazać – co książka ta czyni.
Jest to publikacja co najmniej popularno-naukowa (ponad 200
przypisów, niestety umieszczonych na końcu książki), czyta się ją niełatwo, ale
trud jest opłacalny, bo jeszcze nigdy nie widziałem tak ciekawego spojrzenia i
interpretowania dzieł sztuki – co zresztą zapowiada podtytuł: Niemy krzyk
obrazów. Trochę mnie ten podtytuł zniechęcił, bo od razu przypomniałem sobie
womitalny amerykański film antyaborcyjny, z perwersyjną lubością
prezentowany w polskich szkołach i salkach parafialnych. To nie jedyna
prowokacja autorki. Kolejne pojawiają się zaraz na początku, omawiając religijną
pornografię, seksualne i erotyczne (wbrew pozorom, to nie to samo) aspekty
tematyki biblijnej i antycznej, gender, homoseksualizm i transpłciowość w
dziełach religijnych, no i rzecz jasna nacechowane interesującym wartościowaniem
moralnym obrazy i rzeźby, których tematyka mitologiczna, religijna oraz
odnosząca się do działalności ówczesnych celebrytów jest pełna aluzji
erotycznych. Całe hektary płócien mają niejako aspekty ginekologiczne, czasami
skrywane w symbolice artystycznej. Ciekawe jest nader i to, co powodowało
twórcami dawnych kościołów, którzy ozdabiali domy boże dziesiątkami żeńskich
organów płciowych...
Nie całkiem się zgadzam z wieloma tezami, szczególnie z tym
wartościowaniem dzieł nie ze względu na ich jakość, tylko płeć twórców. Ale, jak
wiadomo – interpretacje sztuki są rozmaite i zawsze prawo do nich ma
interpretujący. Co więcej – interpretacje owe, zwłaszcza jeśli dotyczą dzieł
szeroko znanych, są tym ciekawsze, im bardziej odbiegają od stereotypu, którym
zazwyczaj, nolens volens, się posługujemy.
Teraz, gdy przeglądam książkę już trzeci raz (o tym, że dzieło
niełatwe, świadczy i to, że czytałem je za pierwszym razem przez dwa tygodnie),
brakuje mi indeksu nazwisk, bo niektóre rzeczy warto by sobie przypomnieć
wybiórczo i komparatystycznie. Ersatzem tego indeksu jest zamieszczona na końcu
Lista artystek, które warto znać, ułożona chronologicznie, według dat
urodzin. Rumienię się ze wstydu: spośród 77 nazwisk znałem wcześniej tylko
piętnaście... Listę tych moich znajomych otwiera Hildegarda z Bingen, a
zamyka Małgorzata Mirga-Tas. Muszę się jakoś zrehabilitować: wśród obrazów i
rysunków, jakie mam w mieszkaniu, są tylko trzy autorstwa mężczyzn, kilkanaście
jest dziełem kobiet. W dodatku wisząca w mojej bibliotece-pracowni reprodukcja
Picassa to Kobieta czytająca. Obok znajduje się kopia dzieła van Gogha (Nocna
kawiarnia w Arles), wykonana przez młodą artystkę. Inne są pracami kobiet i
często przedstawiają kobiety. Akt jest jeden, ale za to pewnej świętej...
Sonia Kisza ma niewątpliwie bardzo specjalne, osobiste
spojrzenie na historię sztuki i chwała jej za to, na pewno nie jest obiektywna i
niejako pisze pod tezę. Ale pisze ciekawie i to się liczy. A pod koniec
książki znalazłem zdanie, niewątpliwie odnoszące się do niechęci męskich
szowinistów sztuki wobec nowego spojrzenia na te zagadnienia, ale które
skojarzyło mi się z ostatnimi wydarzeniami nie artystycznymi, a politycznymi:
Tym, którzy przyzwyczajeni są do przywilejów,
równość wydaje się opresją.
---------------------------------
Sonia Kisza, Histeria sztuki. Niemy krzyk obrazów,
projekt typograficzny i łamanie Katarzyna Bućko, Wydawnictwo Znak Koncept,
Kraków 2024, 256 stron.