Maciej
Pinkwart
Bezdomna
Współcześnie pisane biografie osób, które były słynne przed przeszło stu laty,
są zazwyczaj ciekawsze, lepiej udokumentowane, bardziej rozwinięte i bardziej
zdystansowane niż te publikowane wcześniej. Ale są i takie, w których autor, a
za nim czytelnicy odkrywają opisywane postacie zupełnie na nowo. Szczegóły
biografii sławnych osób zwykle już dawno umknęły z naszej pamięci, zwłaszcza
jeśli dotyczy to osób, których tak zwane życiorysy powinniśmy znać ze szkoły. No i
też nie ma czego pamiętać, bo są nieciekawe. Szkolne po prostu.
I wtedy przychodzi Magdalena Grzebałkowska i publikuje biografię Marii
Konopnickiej.
Ależ to jest świetna książka! Czyta się ją jednym tchem, czując cały czas
ogromne zaangażowanie autorki w to, żeby z jednej strony jak najpełniej
wykorzystać wszystkie dostępne źródła, trzymać się daleko od modnej współcześnie
publicystyki i nie zajmować się szczegółowo analizą twórczości bohaterki, z
drugiej – nie zanudzić typową prezentacją „życia i dzieła na tle epoki”. Udało
się znakomicie. Książka Magdaleny Grzebałkowskiej przypomina mi pod tym względem
świetną i doskonale dającą się czytać biografię Heleny Modrzejewskiej autorstwa
Józefa Szczublewskiego. Po lekturze wiele rzeczy mi się wyjaśniło, o większości
dowiedziałem się dopiero z tej lektury, nie zdołałem tylko tak do końca zgłębić
tego, dlaczego publikacja nosi tytuł Dezorientacje. To jednak mi nie
przeszkadza przypuszczać, że Magdalena Grzebałkowska, dziennikarka i pisarka,
autorka kilku innych biografii, dwukrotnie nominowana do nagrody Nike, swoją
Konopnicką znów zachwyci czytelników i krytyków.
Ani szkoła, ani przymusowe lektury nie sprawiły, że pokochałem Konopnicką.
Przymuszony, zapamiętałem parę tytułów: Co słonko widziało, O krasnoludkach i
sierotce Marysi, Mendel Gdański, Nasza szkapa… Oczywiście, coś tam czytałem,
bo byłem zastraszonym dobrym uczniem. Koszałek Opałek zawsze jawił mi się jako
ideał pomocnika w domowych zadaniach szkolnych. Marysi współczułem, choć gęsi
się bałem. Ale Królowa Tatra myliła mi się z Królową Śniegu Andersena. A
Naszą szkapę, z przeproszeniem, zarżnęła nasza polonistka każąc nauczyć się
na pamięć fragmentu zaczynającego się od słów: Szkapę kochaliśmy niezmiernie.
Potem szło kilka czy kilkanaście akapitów. Recytowaliśmy to na stopień i nikt z
nas nie był zainteresowany tym, ani jak zaczynało się ani jak kończyło to
opowiadanie. I dopiero po wielu latach przeczytałem całość i byłem w szoku, jaki
to znakomity tekst. Ale najważniejsze ponoć dzieło poetki, o brazylijskich
cierpieniach Pana Balcera nie dało się przeczytać. To uczucie obcości, a
może anachroniczności literatury autorstwa Konopnickiej towarzyszyło mi przy
lekturze jej biografii, bo czytając o jej życiu, wielokrotnie sięgałem do jej
twórczości. Niestety… Ponadczasowość nie jest udziałem spuścizny literackiej tej
autorki – ani jeśli chodzi o treść, jak i formę. Jak to mówią w teleturniejach:
czas minął… To swojego rodzaju klęska autorska: życie twórcy jest ciekawsze od
jego dzieła.
Maria Konopnicka w ostatnich latach wykorzystywana jest przez przeciwstawne
obozy polityczno-społeczne: jeden widzi w niej prekursorkę wolnej miłości
lesbijskiej, drugi – nieustraszoną patriotkę, walczącą piórem z obrzydliwymi
Niemcami, o których poetka pisze, że nie będą nam pluć w twarz. Zatem kobieta
wyzwolona, ale zarazem bojowniczka słusznej sprawy. Nikt też, choćby nie znał
nawet wierszyka Na jagody, nie odmówi jej miana wielkiej polskiej poetki.
A może nawet pisarki. Bo współcześnie piszący o literatach ludzie stosują taką
antynomię: poeta pisze wiersze, pisarz – prozę. To, że pisarz pisząc jest
osobą tworzącą dzieła prozatorskie, ale także wiersze i dramaty – dziś, zdaje
się, wie tylko wnikliwy czytelnik oficjalnego rejestru zawodów w Polsce. A
Konopnicką uparcie nazywano poetką, nawet publikując jej nowele, reportaże czy
manifesty. Więc i ja pozostanę przy tym określeniu.
Biografia autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej pokazuje (także na archiwalnych,
niestety – szaro-szarych, fotografiach) poetkę przede wszystkim jako
osobę całkowicie niezależną, samodzielnie myślącą – także i wtedy, gdy szokuje
nas woltami swoich opinii, ale przede wszystkim głęboko doświadczoną przez los,
historię, stosunki społeczne i, poniekąd, biologię. Urodzona jako Maria
Wasiłowska w czasach między polskimi tragediami powstaniowymi (w 1842 r.) w
zaborze rosyjskim (Suwałki), wychowana w Kaliszu, po ślubie z ubogim ziemianinem
Jarosławem Konopnickim mieszkająca w Bronowie i Gusinie, w skromnych dworkach w
województwie łódzkim – potem porzuciwszy w 1876 r. męża (z którym nigdy się nie
rozwiodła!), najpierw mieszkała wraz z dziećmi w Warszawie u swojego ojca,
prawnika w Prokuratorii Generalnej, utrzymując się początkowo z pracy prywatnej
nauczycielki i dorywczych publikacji w prasie, no i dzięki pomocy ojca. Po
śmierci Józefa Wasiłowskiego wynajmowała skromne mieszkania aż do 1890 roku,
kiedy to z przyczyn zdrowotnych, a niemniej politycznych (carska cenzura!)
opuściła Królestwo Polskie, tułając się po pensjonatach i sanatoriach w Austrii,
Niemczech, Włoszech i Francji, a także w Galicji, gdzie w końcu osiadła na stałe
w zakupionym dla niej ze składek publicznych dworku w Żarnowcu koło Jasła. Choć
i tam nie mieszkała cały czas, uciekając przed zimnem i postępującą chorobą płuc
i serca na południe.
Początkowo mocno antyklerykalna, poddana z tego powodu ostracyzmowi i bojkotowi,
została zmuszona do odwołania swoich poglądów poprzez upokarzającą spowiedź
publiczną w kościele. Musiała to zrobić, bo terror instytucjonalnego Kościoła
(nie tylko katolickiego!) oraz jego żołnierzy i dewocyjnej opinii publicznej
spowodował, że przez dłuższy czas nikt nie ośmielał się publikować jej utworów.
Dość szybko stała się znana i popularna, wysoko oceniana jako poetka i
komentatorka, szeroko drukowana i recenzowana, a ledwo wiązała koniec z końcem,
biegała na lekcje do uczniów lub przyjmowała ich w swoich warszawskich
mieszkaniach, była ciągłą klientką lombardów, w których zastawiała zegarek,
broszki, ubrania. Prawie nigdy nie było jej stać na pomoc domową, sama zajmowała
się zakupami, gotowaniem, sprzątaniem – przynajmniej dotąd, dopóki suchoty i
słabnące serce nie odebrały jej resztki sił.
Jarosław Konopnicki, starszy od niej o dwanaście lat, biedny utracjusz (czyż
może być gorszy oksymoron?), pieniacz i znachor-hochsztapler nie miał z nią
żadnych wspólnych zainteresowań z jednym wyjątkiem – dorobili się dość szybko
ośmiorga dzieci, z których chłopcy bliźniacy umarli we wczesnym dzieciństwie, a
pozostali – trzech synów i trzy córki – doczekali matczynej sławy, ale niewiele
z niej mieli. Pisarstwa żony nie cenił, nie aprobował, bodaj nie znał go w
ogóle. Ale był jej prawnym reprezentantem: zgodnie z ówczesnymi przepisami na
przykład Maria nie miała prawa sama starać się o paszport – musiał o to
występować jej mąż. Autorka biografii celnie zauważa, że Jarosław Konopnicki
traktował żonę jak najstarsze ze swoich dzieci. Jedna z córek, Helena – ta,
której matka się wyrzekła, a ojciec w ogóle się nią nie interesował – chorowała
psychicznie, była kleptomanką i jako dorosła osoba większość czasu spędzała albo
w szpitalach psychiatrycznych, albo w więzieniach. Szybko urodziła dziecko,
szybko syna jej odebrano, po czym zmarła, a niedługo po niej zmarł wnuk Marii
Konopnickiej. Najstarszy syn poetki, Tadeusz, urodzony w czasie Powstania
Styczniowego, zmarł w wieku 28 lat. Prawie w tym samym czasie, w Powstaniu
zginął brat Marii, Jan Wasiłowski. Najmłodsza córka, Laura, chciała zostać
aktorką i miała po temu talent, ale matka zrobiła wszystko, nawet szantażując
dyrektorów teatrów, żeby jej uniemożliwić debiut sceniczny. Zawodowym aktorstwem
Laura mogła się zająć dopiero po śmierci matki.
Maria Dulębianka, malarka, pisarka, kobieta wyzwolona… Teraz modne jest mówić,
że żyła z Konopnicką przez kilkadziesiąt lat w homoseksualnym związku, ale to
raczej hipoteza, żeby nie powiedzieć: insynuacja, bo dowodów na fizyczność tego
związku nie mamy żadnych, a spekulacje w tej kwestii nie wystarczą. Tych
spekulacji wystrzega się też autorka biografii, która choć wielokrotnie używa
wobec nich określenia „partnerki”, nie zagląda im do alkowy i nie opatruje tego
określenia innym przymiotnikiem niż „życiowa”. Dulębianka, która mając 31 lat
poznała Konopnicką, gdy ta była dojrzałą 47-letnią kobietą, towarzyszyła jej w
wielu podróżach (nie wszystkich), zazwyczaj mieszkając osobno – nie tylko w
różnych pokojach, ale często w różnych domach. Przez wiele lat w wyjazdach tych
towarzyszyła im matka Dulębianki. Malarka opiekowała się Konopnicką w chwilach,
gdy nasilały się jej choroby, doradzała w kwestiach życiowych, nigdy jednak (o
ile wiemy) nie wtrącając się do spraw rodzinnych poetki, nie mówiąc już o
zagadnieniach związanych z jej twórczością.
Sformułowanie o ile wiemy jest tu jak najbardziej na miejscu: obie
partnerki dbały bardzo, by ich prywatna korespondencja nie przetrwała dłużej,
niż było potrzebne, aby z listem się zapoznać. To co ocalało – zostało z
premedytacją zniszczone przez rodzinę Konopnickiej. Ocalał prywatny notes
Dulębianki: nie ma w nim nic, co mogłoby zaspokoić apetyty amatorów kwaśnych
jabłek.
Prawie nieustanny kaszel, kosztowne pobyty w uzdrowiskach i wizyty u lekarzy,
przy ciągłych kłopotach finansowych – życie z zaliczek na utwory, które trzeba
koniecznie napisać, a gwarancji że się za nie dostanie pieniądze nie ma, bo
przecież o tym, czy coś się w Priwislińskij kraju ukaże decyduje rosyjski
cenzor… Paradoksalnie, jeśli chodzi o publikacje na terenie panowania
rosyjskiego – łatwiej przechodziły cenzurę utwory Konopnickiej publikowane w
Petersburgu niż w Warszawie. Po opuszczeniu Królestwa Polskiego wciąż zmieniała
miejsce pobytu, szukając coraz to nowych miejsc i sposobów leczenia, pracy,
wygodniejszego, zdrowszego i… tańszego życia. W latach 1890-1910 pisarka
przebywała w 63 miejscowościach…
Dworek w Żarnowcu, który poetka otrzymała w darze z okazji obchodów 25-lecia
pracy twórczej, nie rozwiązał jej problemów domowych, zdrowotnych ani
finansowych. Dało się w nim mieszkać tylko latem – jesienią znów trzeba było
jechać dla zdrowia na południe Europy. Ponieważ w pobliżu zaczęto wydobywać ropę
naftową, Konopnicka liczyła na to, że i u niej na podwórku wytryśnie złotodajna
substancja. Niestety, tak się nie stało.
W polskim środowisku literackim z przełomu XIX i XX wieku Konopnicka dość szybko
stała się znana, choć wzbudzała mieszane uczucia, także u kolegów po piórze. Jej
debiut poetycki, napisany po leczniczym pobycie w Szczawnicy w 1875 r.
dziewięcioczęściowy poemat W górach był bardzo chwalony przez Henryka
Sienkiewicza, który potem stał się jednym z najostrzejszych krytyków
antyklerykalnych tekstów Konopnickiej, by z czasem znów gorąco ją chwalić, a
nawet przez trzy lata wpływać na przyznawanie jej stypendium imienia jego
zmarłej żony, Marii z Szetkiewiczów. Od czasów szkolnych przyjaźniła się i
współpracowała ze starszą o rok Elizą Orzeszkową, korespondowała i spotykała się
z Teofilem Lenartowiczem, odwiedzała znaną z niestandardowego życia obyczajowego
Marię Rodziewicz, w gronie przyjaciół miała kilku redaktorów poważnych pism z
Warszawy i Krakowa… Ale w tym gronie zajmowała zawsze pozycję osobną,
zdystansowaną, koncentrującą się na dwóch zdawałoby się odmiennych sprawach:
trudnych kwestiach rodzinnych i twórczości, rozumianej przede wszystkim jako
źródło zarabiania pieniędzy, niezbędnych i dla pomagania rodzinie, i dla
ratowania własnego zdrowia, które było warunkiem możliwości zarabiania
pieniędzy…
Spoglądając z perspektywy stu kilkudziesięciu lat, jakie minęły od jej śmierci
(zmarła na zapalenie płuc we Lwowie w 1910 roku, kilka miesięcy po śmierci
Orzeszkowej) na jej niełatwe życie i nieproste sytuacje emocjonalne, po lekturze
książki Magdaleny Grzebałkowskiej trudno jest dokonać oceny przedstawionych w
książce faktów. Ale czy w ogóle musimy życie Konopnickiej jakoś oceniać? Po
przeczytaniu Dezorientacji jestem trochę zdezorientowany, bo choć kwestie
życiowe Konopnickiej są fascynująco ciekawe i interesująco przedstawione, to ani
trochę nie zbliżyły mnie do jej twórczości. Może jeszcze do niej nie dorosłem.
------------------------------
Magdalena Grzebałkowska, Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej,
wydawnictwo Znak, Kraków 2024, 460 stron.