Maciej
Pinkwart
Narodowy Alzheimer
Zacząłem czytać tę książkę akurat tego dnia, kiedy Grzegorz
Braun zaatakował gaśnicą zapaloną w Sejmie żydowską chanukiję, a przy
okazji broniącą jej polską Żydówkę. Oczywiście, przypadek. Ale podobno nie ma
przypadków.
Książka trudna, nieprzyjemna, powodująca to, że z zaciśniętymi
pięściami trudno jest przewracać strony. Ale czyta się świetnie, trudno oderwać
się od obrazów, malowanych reporterskim piórem, obrazów, w których na tle
sielskich pejzaży Podlasia przesuwają się przerażające tragedie zasnute dymem
płonących stodół i zalane krwią, spływającą uliczkami wsi i miasteczek. Po
publikacjach Jana Tomasza Grossa, Jana Grabowskiego i Barbary Engelking, po
wielu artykułach w „niepatriotycznych” czasopismach można by się spodziewać, że
już przywykliśmy do myślenia o tym, iż jako Polacy nie byliśmy wobec Żydów
jednym 30-milionowym „sprawiedliwym wśród narodów świata”, niestety. Ale książka
Piotra Pytlakowskiego Strefa niepamięci to nie jest kolejne wylewanie łez
nad ofiarami i załamywaniem rąk nad polską niegodziwością, wynikającą z
antysemityzmu, z poduszczania Kościoła Katolickiego, z topornej propagandy
endeckiej. To jest reportaż z podróży po północno-wschodniej Polsce,
podejmowanych albo samemu, albo w towarzystwie gości przybyłych z Izraela, ale
tutaj zakorzenionych: potomków dawnych żydowskich mieszkańców tych ziem,
będących ofiarami Holocaustu, albo właściwiej: shoah, zagłady, której
sprawcami byli najeźdźcy albo sąsiedzi. Właśnie sąsiedzi najbardziej
bezpośrednio, prymitywnie z zagłady Żydów korzystali: zagarniając ich dobytek:
domy, młyny, sklepy, warsztaty... Kosztowności, pieniądze, buty, ubrania,
pościel... Ubrania, często ściągnięte z pokrwawionych trupów... Pościel, jeszcze
ciepła po wyciągnięciu z niej przerażonych ludzi.
Pytlakowski, którego dziadkowie ze strony matki zginęli w
warszawskim getcie, a dziadek ze strony ojca był kuratorem oświaty w okręgu
warszawskim i białostockim, wędruje ze swymi żydowskimi towarzyszami po
Podlasiu, od Białegostoku, przez Łomżę i Ostrołękę, po Suwałki i Augustów. Na
południu budząca dreszcz grozy nazwa: Treblinka. W środku tego obszaru jest
miasteczko o ponurej sławie: Jedwabne. A wokół dziesiątki mniejszych i większych
wsi i miast, w których przed 1939 rokiem większość populacji stanowili Żydzi.
Nieraz zajmujący całe centra miejscowości, będący handlarzami, szewcami,
krawcami, czasem lekarzami czy prawnikami. Polacy mieszkali przeważnie na
obrzeżach i zajmowali się rolnictwem.
Dziś, od dawna Żydów tam nie ma. Nie istnieje nawet pamięć o
Żydach. Współcześni mieszkańcy, zwłaszcza młodzi, robią wielkie oczy, gdy się
dowiadują, że tam, gdzie teraz mieszkają, mieszkał ktoś o egzotycznym imieniu,
choć o nazwisku często bardzo zwyczajnym, z brzmienia polskim lub białoruskim.
Szmul Banak, Pinkas Rafałowicz, Simcha Poliakiewicz, Mojsze Sternicki, Jeremiel
Rybak, Aron Zając... I kobiety: Chawa, Ryfka, Rachel, Fejga, Tojba, Dwojra,
Ester... Nie są w stanie uwierzyć, że kiedyś katolicy na tych terenach stanowili
zdecydowaną mniejszość - wśród żydów, prawosławnych, czy mahometan – potomków
mieszkających tu od wieków Tatarów. No bo skąd mają to wiedzieć? W szkole tego
nie uczą, rodzice czy dziadkowie najczęściej przybyli ze świata, a jeśli nawet
są Tutejsi – jak nazywano jeszcze niedawno lokalsów – to z nielicznymi
wyjątkami starannie wyparli z umysłu to, że ich rodziny zajęły nieruchomości
pożydowskie, bo panowała – panuje – taka umowa społeczna, że to, co po wojnie
było puste i na tyle niezniszczone, że warto było to zawłaszczyć, to była
własność... poniemiecka.
A Żydzi znikli i jeśli nawet przeżyli, to ich potomkowie rzadko
kiedy się o dawne swoje dobra upominali. Bo ich pamięć z kolei przechowała te
wszystkie okoliczności, w jakich ta społeczność została pozbawiona majątków, a
zazwyczaj także i życia. Mordercy przychodzili i odchodzili, a czasem, by
włączyć się do zagłady, wystarczyło po prostu wyjść z domu i pójść do
sąsiedniego domu, na ulicę, na rynek, w swojej lub pobliskiej miejscowości.
Niemcy, oczywiście. Wcześniej Sowieci – ale oni zwykle Żydów oszczędzali, chyba
że byli bogaci lub służyli w wojsku. Ci dość szybko poznawali uroki przyrody
syberyjskiej i jeśli byli dość silni, zdeterminowani, lub zdolni do służby w
armii Andersa – niekiedy dożywali końca wojny. I jeśli nie próbowali wracać na
swoje dawne miejsce – to udawało się im jeszcze pożyć i czasem nawet zapisać dla
potomnych swoje wspomnienia. Jeśli wracali – spotykali śmierć z ręki nieznanych
sprawców, albo znanych obrońców polskości z grup (proszę zauważyć, że sporym
wysiłkiem woli nie napisałem: band) Łupaszki czy Burego.
Najczęściej jednak – w setkach, tysiącach, może nawet
dziesiątkach tysięcy przypadków – pozostawali na miejscu, gdzie obok polskich
sąsiadów żyli od co najmniej dwustu lat. Obok – to właściwe słowo: choć dzieci
polskie chodziły niekiedy do wspólnej szkoły z żydowskimi, choć w jednej straży
ogniowej służyli Polacy i Żydzi, choć, zdarzało się, że burmistrzami miasteczek,
położonych na ziemi granicznej, ale przecież polskiej, byli Żydzi – po wojnie,
gdy sprawcom lub świadkom pogromów i rabunków przyszło stanąć przed sądem – nie
znali nazwisk ofiar lub ocalonych, jedynie imiona, albo tylko zawód czy zajęcie.
Reszty wiedzieć nie było trzeba: ot, po prostu – żydek, żydziak, żydowica,
parch... Żydzi trzymali się razem (choć często wadzili się między sobą
bardziej niż z Polakami) i tworzyli społeczność zamkniętą, zazwyczaj zupełnie
obcą: pod względem religii, języka, kultury, obyczajów. Przypadki asymilacji
były nieliczne i zazwyczaj związane z przechrzczeniem się – nie z nawrócenia,
tylko ze strachu. Przez te dwieście lat, a czasem więcej (w jednej z
miejscowości, gdy tylko nadarzyła się okazja, ochoczo spalono synagogę z XVII
wieku...) oczywiście nie zawsze było słodko, ale jakoś się żyło. A potem
wybuchła wojna. I zmieniło się wszystko. Nie było już mowy o sąsiedztwie:
docelowymi adresami, pod które pędzono Żydów, stały się rowy przeciwczołgowe,
kopane w czasie okupacji sowieckiej przed 1941 rokiem, żydowskie cmentarze,
łatwopalne stodoły. Takie stodoły, jak ta w Jedwabnem, były w większości
podlaskich wsi. Wiele z nich zostało użytych w taki sam sposób, jak ta w
Jedwabnem.
Czy Polacy w 1941 roku byli jedynie świadkami zbrodni
niemieckich? Czy przymuszani przez Niemców w nich uczestniczyli? Czy prosili
Niemców o zgodę na egzekucje? Czy wykorzystywali to, że Niemcy odchodzili na
wschód i zanim się na Podlasiu usadowili na dłużej, można było załatwić swoje
porachunki i własne interesy? No i była jeszcze, oczywiście, fabryka śmierci w
Treblince.
Było różnie i Pytlakowski tę różność pokazuje. Oczywiście,
pokazuje też i heroiczną postawę nielicznych sprawiedliwych, którzy z
narażeniem życia pomagali Żydom w ukryciu się lub ucieczce. Ale pokazuje też
bezprzykładne okrucieństwo, z jakim traktowano dawnych sąsiadów, czasem –
zwłaszcza w kilku latach bezpośrednio powojennych – usprawiedliwiających swoje
morderstwa tym, że Żydzi byli komunistami, donosili do NKWD na Polaków, że
należeli do partii lewicowych. No, przepraszam, a do jakich mieli należeć? Do
żydożerczej endecji? Takie tłumaczenia, rzecz jasna, nie usprawiedliwiają
żadnego morderstwa, a tym bardziej morderstw masowych, w których zabijano naraz
kilkaset osób. Niekiedy – całą społeczność miejscowości. Ani tortur, zabijania
ciężarnych kobiet i rozpruwania im brzuchów, grania w piłkę odrąbanymi głowami
dzieci czy dorosłych, palenia synagog wraz z rabinami i obiektami kultu
religijnego, przerabiania skórzanych okładek Tory na pokrycie harcerskich
bębenków...
Pytlakowski wyszukuje we wspomnieniach ocalałych z Holocaustu
Żydów wszystkie wzmianki o szlachetności Polaków i wyrazy wdzięczności wobec ich
heroicznej postawy, ale odnajduje tam też informacje, które dla mnie są bardziej
dramatyczne w wyrazie, niż wiadomości o setkach i tysiącach zabitych z własnej
polskiej inicjatywy, czy z poduszczenia bądź rozkazu Niemców – te zabójstwa
zbiorowe, gdy informacje o nich pojawiają się co kilka stron, powoli dla mnie
stają się jakby zwyczajne i przelatuję je wzrokiem, jak rubryki w roczniku
statystycznym. Ale najbardziej wstrząsające są opowieści o sprawach
jednostkowych, kiedy to Polacy, ukrywający Żydów i codziennie z tego powodu
ryzykujący życiem nie wytrzymywali tego psychicznie i w końcu sami ich mordowali
ze strachu, że Niemcy zabiją i Żydów, i ich dobroczyńców...
Uciekinierzy z getta [w
miejscowości Stawiski] ukrywali się u gospodarzy w okolicznych wsiach, ale
często kończyło się to tragicznie. Bracia Welwel i Zawel Indurscy oraz kobieta o
imieniu Gołda wraz z dzieckiem ukrywali się u gospodarza (Fajgel Gołąbek nie
wymienia nazwy wsi ani nazwiska rolnika) aż do 1944 roku, kiedy „gospodarz, nie
mogąc się doczekać końca wojny, zabił ich”. Ciała znaleziono w lesie Zabielskim
koło Stawisk.
Albo nie ze strachu, tylko z wyrachowania. Estera Klejnot
opowiadała, jak zginął jej sąsiad Mates Hesper:
Poprosił o schronienie
Kamińskiego i obiecał mu w zamian biżuterię, srebra i ubrania, które ukrył w
jakimś dole w Ciechanowcu. Nocą Kamiński zaprzągł konie i pojechali szukać tego
dołu. Wszystko było: srebra, kosztowności i przyzwoita odzież. Zabrali to ze
sobą. Kamiński umieścił Matesa w domu, w sekretnym pokoju, a po trzech dniach
nocą zawlókł go do stodoły i tam udusił. Ciało wyniósł na pole. Nazajutrz
zgłosił się do Niemców i oświadczył, że zabił Żyda. W zamian dostał nagrodę; dwa
kilogramy cukru.
Autor wędruje po Podlasiu wraz z potomkiem jednego z ocalałych w
tej okolicy Żydów i rozmawia z ludźmi o wygubionym narodzie, pod kunsztownym
pretekstem: oto wraz z przyjacielem poszukują pozostawionego w jednym z
żydowskich domów (przyjaciel opowiada, że nie wie, gdzie on się znajdował)
pamiątkowego zegara ściennego. Nie, nie chodzi o odzyskanie pamiątki – tylko o
to, że uciekający przed grożącą mu śmiercią dziadek pozostawił we wnętrzu zegara
kartkę, na której szyfrem opisał miejsce, gdzie zakopał rodzinne skarby –
biżuterię, złoto, dolary... Oczywiście ten z rozmówców, który pomoże nadziewany
w ten sposób zegar odnaleźć, może liczyć na partycypację w skarbach.
Rzecz jasna, żadnego zegara po przodkach nie ma i nigdy nie
było, ale ludzie licząc na zysk, chętnie rozmawiają o tym, gdzie ów zegar mógłby
być, gdzie są domy pożydowskie, gdzie są ludzie, którzy Żydów mogliby pamiętać i
opowiedzieć, co się tu działo w latach wojny i po niej.
Opowieść snuje się niespiesznie, od wsi do wsi, od miasta do
miasta, od stodoły do stodoły, od cmentarza do cmentarza. Stodoły wraz z Żydami
spalono, nie ma po nich nawet śladu, żydowskie cmentarze zaorano, z żydowskich
macew chrześcijanie budowali kapliczki i wychodki, w dodatku historia sprzed 80
lat przeplata się z tym, co w tamtych okolicach dzieje się współcześnie: nie
płoną, co prawda, stodoły, ale w lasach znów pojawiają się obcy, znów umierają
ludzie, znów jedni narażając się na rozmaite szykany im pomagają, karmią,
ubierają, pozwalają wypocząć, a inni donoszą o spotkanych uchodźcach do Straży
Granicznej, która potem przepycha ich push-backiem na stronę białoruską. Są i
tacy, którzy przyjmują bieżeńców do swojego domu, a potem dzwonią po
Straż.
Te paralele są oczywiście mocno naciągane i całkowicie
ahistoryczne, nie widzę też jakiegoś sensownego iunctim między
tradycyjnym antysemityzmem (ta tradycja niczego ani nie tłumaczy, ani nie
usprawiedliwia!) a współczesną niechęcią, czy wręcz nienawiścią do obcych,
ciapatych, agentów Putina... Chociaż... zdaje się, główną
przyczyną tej nienawiści są: inny kolor skóry, inny język i niemożność
porozumienia nawet po angielsku (świetna fraza sołtysa jednej z wsi: my tu
jesteśmy patrioci, obcych języków nie używamy), inna, wroga, religia: islam.
Nie wchodzi w grę jedna rzecz, która dawniej mocno motywowała ludzi w ich
nastawieniu do Żydów: chęć wzbogacenia się na denuncjacji – uchodźcy,
najczęściej, nie mają już nic.
Świat, który odszedł, już nie wróci. I nikt tego tak naprawdę
nie chce – bo nawet formacja do niedawna rządząca Polską, wywołująca w
szaleńczym tańcu ducha II Rzeczpospolitej, modląca się do Dmowskiego i – naraz!
– Piłsudskiego, nie zamierza przywoływać duchów tysięcy zamordowanych,
ograbionych i wygnanych Żydów, nie chce by podlaskie, galicyjskie czy
podkarpackie miejscowości zamieniły się w żydowskie sztetle, tak samo jak
nie zaakceptuje tego, by na wschodnich krańcach obecnej Polski znów mówiono
językiem Tutejszych, trudno zrozumiałym dla Polaków z innych części kraju. W
paru miejscowościach postawiono pomniki, upamiętniające pomordowanych w czasie
okupacji. Czasem wśród pomordowanych wymienia się też Żydów. Czasem są to po
prostu ludzie, którzy mieszkali tu obok siebie przez stulecia, a potem – obok
siebie umarli. Z winy innych ludzi. Z naszej winy. A potem umarła pamięć o nich.
Z winy innych ludzi. Z naszej winy. Ernest Hemingway w swojej najsłynniejszej
powieści, użył jako motta cytatu z Medytacji XVII Johna Donne:
Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem
jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on
tobie.
-------------------------------
Piotr Pytlakowski, Strefa niepamięci, Wydawnictwo Agora,
Warszawa 2023, 400 stron.