Maciej
Pinkwart
Opisywanie drapieżców
2 grudnia 2023
Nie lubię słowa ostatnie, bo z każdym rokiem coraz
częściej pojawia mi się ono w moim wokabularzu. Tym chętniej sięgam do antonimu:
rzeczy pierwsze pamiętam lepiej, niż – powiedzmy – szóste. Najprzyjemniej
jest połączyć te wszystkie liczebniki porządkowe w jednej narracji – mówiąc
zresztą nie o rzeczy, a o osobie. I tą osobą jest dla mnie Stanisław Lem.
Na pewno jego książki nie były pierwsze jakie czytałem – wyprzedził go Karol May
(Winnetou), Thomas Mayne Reid (Jeździec bez głowy), a nawet
Sienkiewicz (W pustyni i w puszczy). Ale już niebawem w milanowskiej
bibliotece wypożyczyłem Astronautów i wsiąkłem w Lema na amen. Kiedyś,
przed laty, dziwnym trafem, dostałem do wypełnienia ankietę pod tytułem Co
czyta elita. Pomyślałem, że to jakaś pomyłka – ja i elita, też coś! - ale
skwapliwie skorzystałem z okazji: w końcu, elitą w naszym kraju bywa się
wyłącznie przez czyjąś pomyłkę. Zgodnie z prośbą wymieniłem dwadzieścia
ulubionych książek. Na pierwszym miejscu znalazła się Solaris Lema,
wyprzedzając Czarodziejską górę Tomasza Manna. W dwudziestce był jeszcze
Lemowski Niezwyciężony i Dzienniki gwiazdowe. W domowej
bibliotece, zarówno papierowej, jak i elektronicznej mam wszystkie dzieła Lema i
większość przeczytałam wielokrotnie, z wyjątkiem monumentalnej książki
Summa Technologiae, w której utknąłem w połowie i nie mogłem się wygrzebać,
przytłoczony lawiną pojęć, które były mi dość obce.
Dlatego, gdy tylko Wydawnictwo Literackie zapowiedziało
wznowienie zbioru felietonów Rasa drapieżców (pierwsze wydanie jakoś mi
umknęło) – zgłosiłem się natychmiast i po kilku tygodniach książkę dostałem, po
czym odłożywszy wszystkie inne lektury – przeczytałem ją w kilka wieczorów. Nie
była to przyjemna lektura. Owszem, czytało się dobrze, bo to jednak pisał mistrz
słowa, ale tematyka była przygnębiająca. Lem jako obserwator życia politycznego
– głównie zagranicznego, bo jak trafnie zauważył, komentatorów spraw krajowych
jest wręcz nadmiar – jest doskonałym analitykiem, ale analizy te dają obraz
mocno pesymistyczny. Teksty felietonów (swoją drogą, nie wiem, czy to właściwa
nazwa gatunkowa dla tych miniesejów) pochodzą z lat 2004-2006, jest ich
czterdzieści cztery, a dotyczą kwestii środowiska, historii Polski i innych
krajów, Lemowskich lektur osobistych, problemów energetycznych, polityki Rosji,
Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Jawi się nam w nich Lem nie tylko jako Kasandra,
ale też jako zdystansowany komentator, unikający zbyt jednoznacznego potępiania
tych, którzy w swej działalności są głupi, ale skuteczni, umiejący zmienić
zdanie, gdy zmienią się okoliczności. Dobrym przykładem jest tu jego stosunek do
Angeli Merkel, którą jako kandydatkę na kanclerza oceniał mocno negatywnie (bo z
prawicowego CDU) i jeszcze z dawnego NRD, a potem, gdy rozpoczęła rządy –
aprobował, choć nie bez zastrzeżeń, ale zaznacza, że kiedyś kanclerka
pomyliła... brutto z netto. Jak widać, historia się powtarza.
W dziedzinie poglądów politycznych reprezentuje ciekawą
mieszankę: jest antykomunistą o przekonaniach lewicowych. W jednym jest
nieprzejednany i poniekąd konserwatywny: w swojej miłości do Lwowa. Miasto
Wysokiego Zamku jest jego wielką miłością i żadne argumenty historiozoficzne
nie zmieniają jego opinii o tym, że Lwów był zawsze miastem polskim i został nam
przez Stalina ukradziony. Parytet między kresami a tzw. Ziemiami Odzyskanymi go
nie przekonuje: straciliśmy piękny i niezniszczony Lwów, tętniący życiem nawet
pod okupacją hitlerowską i radziecką, a zyskaliśmy niemiecki, obrócony w gruzy i
wymagający kolosalnych nakładów na odbudowę Wrocław. Przyznam, że tego aspektu
sprawy przedtem nie brałem pod uwagę. W początkach XXI wieku, sześćdziesiąt lat
po odebraniu nam Lwowa, który – jak pisze Lem – stracił całkowicie polski
charakter, Polaków tam prawie nie ma, a ludzie na ulicy nie wiedzą kim był Adam
Mickiewicz, stojący od 1904 roku na pomniku w centrum lwowskiego starego miasta.
Od razu sobie pomyślałem o tym, że chyba wiedza na temat Tarasa Szewczenki w
Polsce – a ukraiński poeta ma u nas co najmniej dwa pomniki, w tym jeden w
Warszawie – też nie jest jakaś powszechna. Ale lwowskiej nostalgii Lema się nie
dziwię: na pewno nie zaakceptowałbym tego, gdyby w wyniku jakiejś historycznej
tektoniki mój Milanówek przestałby być polski...
W innych dziedzinach Lem jest także bardzo wyrazisty w swoich
poglądach, nie waha się używać wyrażeń wartościujących i może także i dlatego
jego teksty ostatnie czyta się wybornie. Szczególnie dostaje się
prezydentowi George’owi Bushowi młodszemu i w ogóle polityce amerykańskiej,
zwłaszcza w odniesieniu do Iraku, prezydentowi Władimirowi Putinowi w ogóle i
polskim decydentom, którzy nie potrafią porządnie zająć się unowocześnianiem
polityki energetycznej, tylko tkwią przy archaicznym i smrodliwym spalaniu
węgla. Nie szczędzi ostrych słów Samoobronie i Andrzejowi Lepperowi, choć
podejrzewa, że może dojść do sytuacji, w której ogłupiali wyborcy powierzą mu
urząd prezydenta. Rozstrzeliwuje publicystycznie także innych: Marcinkiewicz,
Radek Sikorski, Lepper, Rydzyk i Giertych na dokładkę – nie jest to rodzaj
zaprzęgu, któremu życzyłbym sobie powierzyć los ojczyzny. Ciekawe, jak by
skomentował Lem wolty polityczne, jakich dokonali niektórzy wymienieniu tu
politycy?
W ogóle odnosi się wrażenie, że spojrzenie Lema na świat sprzed
blisko 20 lat jest szalenie aktualne. Rozbawiło mnie i zarazem skłoniło do
refleksji zdanie, napisane po wyborach w 2005 roku: Sam z rozsądku głosowałem
na PO i Tuska, w skrytości ducha jednak marzę o wymieceniu ze sceny polskiej
elity politycznej... Co zresztą uzasadnia w innym miejscu: lewica się
kompletnie skompromitowała, a prawica jest niestety troszeczkę imbecylna. Po
ówczesnym zwycięstwie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości dość ostro ocenia
wygranych, a braci Kaczyńskich bynajmniej nie uważa za zbawców ojczyzny:
Co będzie z Polską? Niemal wszyscy źle wróżą braciom
Kaczyńskim. [...] Może to jesienno-zimowe
przygnębienie, ale mam poczucie, że zmierzamy w stronę politycznej zapaści.
Należałoby jej Polsce oszczędzić.
Niektórzy uważają,
że pierwsza kadencja Lecha Kaczyńskiego będzie zarazem ostatnią i że na tym
władza braci się skończy, jeszcze inni twierdzą, że nowy rząd przetrwa najwyżej
rok. Czy tak będzie - nie wiem, a poza tym jestem za stary, by kogokolwiek
przeczekiwać. Czekają nas trudne czasy. Niedobrze jest za pomocą nazbyt
energicznych kroków reperować Polskę, łatwiej wtedy coś zepsuć niż naprawić. A
ponieważ ostatnio wciąż do mnie wracają stare łacińskie maksymy, dziś także
jedną przywołam: Quos Deus
perdere vult, dementat prius - kogo Bóg chce zgubić, temu wpierw rozum
odbiera. Coś tutaj jest na rzeczy.
Autor – w momencie pisania tych felietonów przeszło 80-letni –
ma świadomość powagi swojej pozycji, nie tylko literackiej i popularności
ogólnoświatowej, która go zresztą stale dziwi, stara się więc mocno mitygować
zapał publicystyczny, przez co niektóre teksty sprawiają wrażenie, że wygłasza
ją z wieży z kości słoniowej mędrzec, zdystansowany do życia przez swój wiek,
swoją sławę i fakt, że mu anonimowy czołg historii przejechał przez środek
życia...
Lem nie przeczekał braci Kaczyńskich. Ostatni tekst zamieszczony
w książce, został napisany 9 lutego 2006 roku. Dzień później autor trafił do
szpitala w Krakowie i tamże zmarł 27 marca 2006 roku. Może dobrze, że nie dożył
współczesności, która rozwinęła się zgodnie z jego przewidywaniami nie
najlepiej. W dodatku, najwybitniejszy pisarz polski, który przez wielki błąd
Komitetu Noblowskiego nie dostał najwyższej literackiej nagrody, w ostatnim
felietonie odpowiada na pytania, jakie mu za pośrednictwem pewnego portalu
internetowego zadało pięćdziesięciu dwóch młodych internautów. Zarówno portal,
jak i internauci są z Rosji, a wszyscy tamtejsi czytelnicy Lema wręcz
uwielbiają.
Dobrze, że Lem umarł, a jego akta nie trafiły przed komisję
panów Cenckiewicza i Zybertowicza. Inne rzecz, że jeśli by na ten tekst uważnie
popatrzyć, okazałoby się, że udowadnia on wcale nie pozostawanie Stanisława Lema
pod wpływem Rosji, tylko przeciwnie – pozostawanie młodych Rosjan pod wpływem
autora Solaris.
----------------------------
S. Lem, Rasa drapieżców. Teksty ostatnie. Wybór i
posłowie: Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, 250 stron.