Maciej
Pinkwart
6 marca 2023
Polska ekshumacja narodowa
Mam serdeczną przyjaciółkę, która głosuje na PiS. To brzmi jak oksymoron i
przeważnie nim jest, ale nic na to nie mogę poradzić – znamy się już 60 lat i
nie w takich sprawach się różniliśmy. Przyjaciółka nie mieszka na zapadłym
zatylu, nie jest odgrodzona od świata barierą jedynej dostępnej telewizji
państwowej, skończyła porządne studia na Uniwersytecie Warszawskim, widziała
sporo świata, pracowała w zagranicznej korporacji. Jej wybór polityczny nastąpił
świadomie, widziały gały co brały. Nie ma dzieci, więc nie kupiono jej za
500 plus, a po studiach z dziedziny nauk ścisłych umie liczyć i zdaje sobie
sprawę, że 13 i 14 emerytura nie są żadnymi emeryturami, a fakt obniżenia wieku
emerytalnego świetnie interpretuje jako obniżenie tychże emerytur w przyszłości.
Jest bezwzględnie uczciwa, kulturalna, oczytana, empatyczna, większość czasu
zajmuje jej bezinteresowne pomaganie innym, jest naprawdę prawa i sprawiedliwa.
Od nowej władzy nie dostała nic, nic w jej życiu po tzw. dobrej zmianie się nie
zmieniło. Dlaczego więc, warum, pourquoi, taki wybór?
Stoją za tym dwie rzeczy, które różnią nas fundamentalnie: podejście do historii
i rola religii w państwie. Ona uważa, że w życiu prawdziwego patrioty (no, tu
jest trzecia sprawa, która nas różni: ja uważam, że od machania biało-czerwonymi
chorągiewkami Polska nie robi się ważniejsza) najistotniejsza jest cześć dla
historii. Odwiedzanie pola bitwy nad Bzurą jest naszym hołdem, złożonym naszej
Ojczyźnie. Kochamy Puszczę Kampinoską nie dlatego, że jest piękna i są w niej
łosie, tylko dlatego, że tam leżą nasi umarli. Nowoczesność i spojrzenie w
przyszłość przez instrumenty Centrum Kopernikańskiego nie jest istotne, bo nasza
przyszłość jest zdeterminowana i leży w rękach Stwórcy. Rozwój techniki jest nam
potrzebny dlatego, żeby dogonić Niemców, z którymi tyle razy przegraliśmy, a
Mierzeję Wiślaną przekopaliśmy po to, żeby dokuczyć bolszewikom, którzy zabili
naszych dziadów w Katyniu. Oglądamy TVP dlatego, żeby wesprzeć nasz rząd, który
zbuduje Łuk Triumfalny na cześć Matki Bożej, księdza Skorupki, Józefa
Piłsudskiego i jego Kasztanki. Moje sugestie na temat tego, że idąc naprzód z
głową odwróconą do tyłu niezawodnie wyrżniemy o najbliższą latarnię i że może by
warto zająć się tym, gdzie i jak przyjdzie nam i naszym następcom żyć nie w
przyszłej kadencji, tylko za sto lat – nie są podejmowane. Dodatkowy paradoks
polega na tym, że moja przyjaciółka pracowała z najnowszymi technologiami jako
cybernetyk, ja zaś z wykształcenia mam wiedzę o tym, co było na Ziemi 50 wieków
temu.
Religia jest, zdaję sobie z tego sprawę, trwale obecna w życiu większości
społeczeństw, choć wiem także i to, że katolicyzm, jako najliczniej deklarowane
wyznanie na świecie, obejmuje swoim zasięgiem – według źródeł kościelnych – ok.
miliard trzysta milionów ludzi. Czyli 18,5 procent światowej populacji. I
odsetek ten codziennie maleje. Ilu wśród statystycznych katolików jest osób
praktykujących – nie wiadomo. Jeszcze mniej wiadomo na temat tego, ilu ludzi
chce, by kościół katolicki był jednym z ogniw władzy panującej w ich krajach. W
Polsce nawet rozmowa na ten temat jest może nie tyle zabroniona, ile źle
widziana. A między mną i moją przyjaciółką ta rafa jest starannie w rozmowach
omijana.
Zapatrzenie w przeszłość, pod szyldem wiary, tradycji i anty… - no, właśnie nie
wiem co anty: antykomunizmu w czasach gdy w Polsce w przeciwieństwie do
większości krajów komunizm jest prawnie zakazany? Antyliberalizmu?
Antyglobalizmu? Antyrosyjskości, antyniemieckości, antyislamizmu,
antyreligijności innej niż ortodoksyjnie katolicka? Antykoncepcji? No,
antykoncepcji to na pewno. – A więc życie pod sztandarami tego antyku na
co dzień jest zapewne dość uciążliwe, bo ani się do taksówki nie da wsiąść ze
skrzydłami husarskimi na plecach, ani jakoś nie przyjęło się – jak przyjęło się
w islamie – publiczne pięciokrotne modlenie się z głową na wschód, na wschodzie
jest Białoruś, Rosja i Ukraina, to u nas nie przejdzie, a codzienne
pielgrzymowanie na cmentarze jest uciążliwe w sytuacji, gdy jednak trzeba
pracować, robić zakupy, coś jeść i oglądać rządową telewizję.
I w tej sytuacji jedyną radą na te uciążliwości jest to, żeby cmentarze przyszły
do nas.
Młody reporter krakowskiej TVP, skądinąd gej - nie ma to większego znaczenia dla
całej opowieści, ale to teraz modne, a w dodatku zapewne konieczne dla
podkreślenia tożsamości autora – zamiast robić wywiad z dawną gwiazdą operową
(pracuje w dziale kulturalnym) – zostaje wysłany w tzw. teren, gdzie został
zdewastowany cmentarz. W trakcie nagrania okazuje się, że dewastacji dokonano
nie z zewnątrz, tylko od środka. A nawet – z głębi. Po prostu grób się otworzył
i nieboszczyk go opuścił, niszcząc nagrobek, krzyż i wazony z kwiatami. I to nie
jakiś tam świeży, który mógłby być w letargu, nie – mocno już zleżały, a może
wręcz sfatygowany przez czas, chemię i biologię. Co łatwo można stwierdzić gołym
okiem, a tym bardziej okiem usytuowanym za kamerą, bo dewastator stoi sobie pod
cmentarzem, niepewnie chwiejąc się na nogach, posuwając się tam i sam.
Strach, strach, strach, rany boskie, rany boskie.
Niebawem okazuje się, że groby otwierają się niemal wszędzie, i w podkrakowskich
wioskach, i na Salwatorze, i na Rakowickim, potem i w Warszawie, i w Łodzi, i
wszędzie. Zaczyna nam to już powszednieć. Już nie wystarczają odniesienia do
Nocy żywych trupów, no bo zombim można nazwać jednego, dwóch czy
dwudziestu anonimowych umrzyków, czy może – byłych umrzyków – z Cikowic pod
Bochnią, ale lada dzień okazuje się, że zmartwychwstaje cały Wawel, od króla
Jagiełły, przez Kościuszkę i Piłsudskiego po – no, sami wiecie kogo. I święta
Jadwiga, i święty Stanisław ze Szczepanowa i kardynał Wyszyński… Sami Polacy i
tylko w Polsce zjawisko to ma miejsce, nagle z dnia na dzień, z tygodnia na
tydzień cała nasza historia staje nam przed oczami, może w niepięknej postaci,
ale zawsze. Popękane czaszki, wyłupione oczy, zardzewiałe szyszaki, spleśniałe
aksamity, wyżarta przez robaki Kasztanka… Umarlaki, które z czasem zaczynają być
nazywane zmartwychwstańcami, czy bardziej familiarnie – antenatami,
chodzą sobie powolutku, przelewają się przez szosy i ulice, kupią wokół co
znaczniejszych – nie wiadomo czym żyją, bo nic nie jedzą, nic nie mówią,
porozumieć się z nimi się nie da, niemrawo reagują czasem na święte obrazy,
niekiedy daje się słyszeć pomruk, jakby Rotą czy Bogurodzicą
brzęczeli. Krzywdy nikomu nie robią, po prostu są. I tylko u nas, więc z czasem
stają się atrakcją turystyczną dla całego świata, który przyjeżdża tłumnie, robi
sobie z nimi selfie, podziwia Polaków, że mają tylu wspaniałych ożywionych
umrzyków, którzy powoli opanowują całe miasta i wsie.
Aż któregoś dnia jacyś Chinole chcą wymodelować jakiegoś zombiaka do
efektowniejszego zdjęcia, ten wyszczerza przegniłe zęby i gryzie turystów w
szyję i w bark. I Chińczycy sami zmieniają się w zombie, tracą swoją chińskość i
zostają umarłymi Polakami. A potem polskie zombie ruszają w świat i każdego
niepolaka zmieniają w naszego rodaka. Byłego rodaka, ale zawsze. I tak cały
świat staje się byłą Polską – po czym zombie wracają do stron ojczystych, do
tych pól malowanych zbożem rozmaitem i rozprawiają się z jeszcze żywymi
Polakami.
Jacek Dehnel napisał książkę genialną w swej obrazoburczości, wdeptując w błoto
największe polskie świętości, kult historii, lekceważenie dla zasad
obowiązujących w normalnym świecie, rysując grubą kreską te polskie wady
narodowe, które jeszcze do niedawna w Polsce – a dziś niemal w całym świecie –
były traktowane niepoważnie, jako folklor, margines czy obsesję, całą naszą
patriotyczną, może raczej pseudopatriotyczną tromtadrację, elephantiasis
historii, obowiązkowość kultu prawicowych idoli, monumentalizację obłudy,
chamstwa i głupoty. Dawno żadna książka mnie tak nie wkurzyła, niemal na każdej
stronie znajdywałem coś, co mnie wprost zmuszało do wrzasku: nie, dość tego, to
już nie do wytrzymania, tego już za dużo… Aż wreszcie zrozumiałem, że ten
pastisz to rozpaczliwy krzyk protestu, groteskowa przestroga przed czymś, do
czego dajemy się zaciągać – bezwiednie, lub z pełną świadomością, chroniąc się
przed czymś, czego w masie nie rozumiemy – przed przyszłością – i uciekamy w
historię i religię, a raczej w coś co już dawno umarło, a my wyciągamy to coś z
grobów, ubieramy w kostiumy, przy których przebranie Michaela Myersa z
Halloween jest wyjściowym frakiem. Historii też nie rozumiemy, religię
ekshumujemy z kart Sienkiewicza i uważamy, że nasi umarli poprowadzą nas w
słoneczną przyszłość, podbiją dla nas świat, a my posiedzimy na przyzbie,
szeleszcząc orlimi piórami na kurzych grzędach.
To powieść lecznicza, ale to lekarstwo jest gorzkie, a rany, zadane przez
lekturę bolą długo. Motto z Marii Janion, pokazujące obciążenia, z jakimi Polska
idzie do Europy, zostało tu zilustrowane treścią, która jest jak sól, sypana na
rany. Czteropak piwa, dobry wytrawny shiraz, pół litra czystej czy szklanka
absyntu, a w ostateczności pudełko czekoladek – i do lektury. Ale z naszymi
umarłymi nie jest lekturą na kilka pogodnych weekendowych godzin pod
szumiącą polską gruszą, jednak przeczytać to trzeba. Opublikowana w 2019 roku,
dziś – kiedy znów stoimy przed wyborami i przed osobistym wyborem, co robić z
życiem, jeśli na dłużej zamkną nas w tym statku szaleńców – jest jeszcze
bardziej aktualna, niż trzy lata temu. Nie będzie łatwo, będzie okropnie, ale
zanurzymy się w tę polskość do urzygu i może z opróżnionym żołądkiem i
załzawionymi oczami zobaczymy wreszcie to, gdzieśmy to zaszli. Przetrzyjmy oczy,
zanim wszyscy zamienimy się w antenatów, zmartwychwstańców, polskie zombie.
---------------------
Jacek Dehnel, Ale z naszymi umarłymi, Wydawnictwo Literackie, Kraków
2019, 233 strony.