Maciej
Pinkwart
18 grudnia 2023
Pasjonat
Nic tak nie ożywia powieści, jak zaprezentowany na pierwszej stronie trup.
Dotyczy to nie tylko kryminałów. Maciej Krupa, prowadzący grudniowe spotkanie
autorskie Mariusza Koperskiego, wystawił autorowi wysoką ocenę jego najnowszej
powieści pod względem tzw. kryterium pierwszego zdania:
Wieczorem tego dnia, kiedy Mateusz Grandys zabił swego kompana i przyjaciela,
matka zrobiła mu znak krzyża na czole i czule go pożegnała, przeczuwając, że
nigdy więcej nie ujrzy swego jedynego syna.
Niewątpliwie jest to jedno z najlepszych pierwszych zdań ze
wszystkich pięciu powieści Mariusza Koperskiego. Ale mnie jeszcze bardziej
podoba się może nie tyle pierwsze zdanie, ile początek powieści Giełda
milionerów:
Mężczyzna poszukał wzrokiem kamery. Była tam. Wisiała pod sufitem ukryta w
kulistym koszu z przyciemnionego szkła.
Zwykły obrotowy fotel, na którym tamten bezgłośnie się szarpał, próbując się
uwolnić, stał mniej więcej na środku biura. Dopiero pchnięcie nożem prosto w
serce przyniosło mu ostateczny spokój. Znieruchomiał z głową spuszczoną na
piersi. Mężczyzna przyjrzał się swoim dłoniom. Białe gumowe rękawiczki były
czerwone od krwi. Co za paskudna robota, pomyślał. Z dużej torby wyjął czystą
szmatę.
- Czas tu posprzątać - powiedział do siebie cicho.
Ten wstęp natychmiast mi się skojarzył z początkiem znakomitej powieści Artura
Pereza-Reverte Klub Dumas, co może być przykładem intertekstualności –
czyli tropów literackich w literaturze - w twórczości Mariusza Koperskiego.
Autor jest jednym z niewielu podhalańskich intelektualistów, który swobodnie
porusza się wśród klasyki literackiej i twórczo czerpie z niej inspiracje.
Liczne takie tropy znajdziemy także w najnowszej jego powieści Pasja Mateusza,
którą Wydawnictwo Astraia opublikowało z irytującym (mnie) podtytułem Powieść
awanturnicza o góralach. Dlaczego mnie to irytuje? Bo widzę w tym dość
przejrzysty chwyt marketingowy: góralszczyzna dobrze się sprzedaje,
awanturnictwo górali jest trwale obecne w opinii publicznej, no więc
zainteresujemy się tym, co już znamy, a tylko to co już znamy, to według reguły
inżyniera Mamonia z Rejsu – lubimy. Tymczasem owa awanturniczość
odnosi się nie do górali, a do dzieła, które nawiązuje do popularnej od XVII
wieku powieści łotrzykowskiej. Bohaterem Pasji Mateusza, zgodnie z
regułami tego gatunku, jest przestępca, który wędruje po świecie najpierw
uciekając przed zemstą rodziny zabitego przyjaciela, a potem w poszukiwaniu
przygód i miłości. Jest to zarazem świetny i niezbyt częsty w naszej
współczesnej literaturze związanej z Tatrami przykład realizmu magicznego,
wywodzącego się wprost z inspiracji twórczością Gabriela Garcii Márqueza,
czego Koperski bynajmniej się nie wypiera. Usytuowanie dużej części akcji w
fantastycznej miejscowości Cwoberk, leżącej wyżej i bardziej w głębi Tatr niż
Zakopane to udana próba wykreowania góralskiego Macondo, choć oczywiście fabuła
Pasji Mateusza znacznie różni się od Stu lat samotności Márqueza.
Początek dzieła (ciągu dalszego, rzecz jasna, nie zdradzę, bo jest to bądź co
bądź powieść mocno tajemnicza) kojarzy mi się jeszcze z Kroniką
zapowiedzianej śmierci Márqueza,
może bardziej w nastroju niż narracji.
Nie jest to kryminał, do których przyzwyczaił nas Mariusz Koperski, ale powieść
obyczajowa, nie bez wątków sensacyjnych i romansowych. Poza wszystkim jednak
jest to saga rodzinna (Ród Gąsieniców Józefa Kapeniaka był też moją
podstawową lekturą!), prowadząca bohaterów przez trzy pokolenia, od drugiej
połowy XIX wieku po czasy niemal współczesne. Bohaterami są górale – rodzina
Grandysów i Chramów (czemu, jeśli ci pierwsi mają nazwisko autentycznie
istniejące na Podhalu, to ci drudzy występują pod pseudonimem? Strach ruszać ród
Chramców, których przedstawiciel tronuje przed zakopiańskim Urzędem Miejskim?),
ale w ich życiowych perypetiach co i raz spotykają się z ważnymi postaciami
Zakopanego, Polski, Europy. Jednym z ciekawszych epizodów jest opowieść o
benedyktyńskim klasztorze w szwajcarskim Mariafelsen koło Bazylei, dokąd los
zawiódł kilku bohaterów, którzy przypadkiem zaplątali się w europejską historię,
co autorowi dało asumpt do przedstawienia galerii postaci niemal równie
intrygujących jak te, które brat Wilhelm z Baskerville spotkał w średniowiecznym
klasztorze, opisanym przez Umberto Eco w Imieniu róży. Ale przygoda
klasztorna bohaterów Koperskiego jest ciekawsza, bo oscylująca między wojną,
miłością i nienawiścią.
Urzekły mnie w tej książce kapitalnie napisane sceny
erotyczne oraz – będące ich następstwem – marzenia i motywacje, przekształcające
życie głównego bohatera. No i, oczywiście, doszukiwanie się w fantazjach autora
wątków wywodzących się zarówno z zakopiańskiej historii, jak i z zakopiańskiego
mitu. W końcu, choć mamy do czynienia z magią, to jednak jest w niej sporo
realizmu. Toteż wcale się nie zdziwiłem, gdy na kartach powieści pojawił się
młodzieniec o imieniu Stanisław, a właściwie: Staś, zajmujący się malarstwem,
filozofią, pisarstwem i teorią sztuki… Cóż, ów Staś w rzeczywistości był także
autorem powieści, w której zaprowadził czytelników do Zarytego, tego wyrostka
robaczkowego kiszki ślepej całego kraju…
Książkę czyta się świetnie: rok temu dostałem od autora jej tekst i przeczytałem
go jednym tchem. Dziś, gdy powieść jest już wydana, wracam do niej z
przyjemnością i odnajduję kolejne smaczki, które przegapiłem za pierwszym
razem. Warto rzecz czytać staranniej, niż ja to zrobiłem przed rokiem, bo wtedy
dostrzegłem w niej tylko (aż?) ciekawą fabułę i doskonałą narrację. Tymczasem
autor dość swobodnie halsuje po morzach czasu, przestrzeni i osobowości,
zmuszając widza do nieustannej uwagi, a niekiedy wystawiając jego pamięć na
poważne próby.
Z czystym sumieniem ją rekomenduję i zapewniam, że
przysporzy czytelnikom wiele radości i obdaruje ich miłym przekonaniem, że oto
obcujemy z dobrą, ciekawą i profesjonalnie skonstruowaną tajemnicą, będącą
kolejnym fragmentem legendy Tatr i mitu Zakopanego.
Pierwsza prezentacja najnowszej powieści Mariusza Koperskiego odbyła się 16
grudnia 2022 r. w zakopiańskiej kawiarni Kmicic wobec dość tłumnie przybyłej
publiczności, wśród której dało się zauważyć kilkoro nauczycieli, przewodników
tatrzańskich, członków rodziny autora, przedstawicieli Tatrzańskiej Izby
Gospodarczej oraz współpracowników – m.in. autorkę projektu okładki Annę
Schumacher oraz znaną krytyczkę Beatę Słamę, w stopce książki przedstawioną jako
korektorka, ale będącą – według słów autora – także redaktorką tekstu.
Tradycyjnie na spotkaniu literackim nie było przedstawicieli władz Zakopanego,
którzy zapewne oszczędzają swoją kondycję kulturalną na zbliżający się Sylwester
Marzeń. Był zaś prezydent Sopotu Jacek Karnowski, ale tylko na początku:
przywitał się z kilkoma osobami, zrobił sobie z autorem selfie i zaopatrzony w
Pasję Mateusza zniknął zaraz po oficjalnym rozpoczęciu spotkania. A może
tylko ukrył się w jakimś kątku kawiarni.
Mariusz Koperski, cierpliwie i bez irytacji pokonując buntujące się
nagłośnienie, opowiedział m.in. o sposobie pracy nad książką i o obecnych w niej
wątkach osobistych. Jednym z ważniejszych jest opisana w Pasji scena, w
której młodzi chłopcy, Mateusz Grandys i Leon Chram znajdują gdzieś porzucony
metalowy krzyż, który dla hecy przybijają do drzewa. Po jakimś czasie
zauważają to ludzie, uznają za cudowny znak Opatrzności i budują przy drzewie
kapliczkę, która po latach przekształca się w piękny drewniany kościół, a może
nawet staje się obiektem nowo-religijnego kultu. To wydarzenie wzięte z życia: w
rodzinnym Piotrkowie Trybunalskim młodziutki Mariusz z kolegą znaleźli krzyżyk…
Dziś jest tam kapliczka, ludzie składają tam kwiaty i modlą się. A porzucona
niegdyś przez kogoś pasyjka trafiła na ołtarz i jest już symbolem
symbolu.
Wieś Cwoberk, która nigdy nie istniała, ale mogła istnieć – zniknęła i została
zapomniana, a wraz z nią pamięć o ludziach, którzy tam mieszkali, choć nigdy nie
istnieli. Ale mogli istnieć, a może istnieli gdzie indziej i pod innymi
nazwiskami.
Świetne podsumowanie autora, które odkryłem dopiero teraz i zapamiętuję, jako
coś bardzo mi bliskiego:
Zapomną także o nas. Zapomną na pewno. Już jutro.
Chyba, że… Pewnego dnia ktoś odnajdzie jakiś ślad przeszłości. Może to będzie
żelazny krzyż, prosty, nie wyjątkowy. Może przybije go do jakiegoś drzewa i da
początek nowej historii. Kto wie, może tak będzie. To już by było coś.
Cokolwiek.
------------------------------------
M. Koperski, Pasja Mateusza, Wydawnictwo Astraia,
Kraków 2022, 300 stron. Okładka miękka, na okładce grafika Anny Schumacher
Pasja Mateusza.
Relację streamingową ze spotkania prowadził portal Beaty i Jarosława
Jastrzębskich „Kultura Podhala”. Można ją obejrzeć tutaj:
https://www.youtube.com/watch?v=cxqczM7PPRY&t=22s