Maciej
Pinkwart
Łatwo już było
Nie jest łatwo humaniście zajmować się astrofizyką, nawet zupełnie biernie, by
tak rzec – po amatorsku czytając o astrofizykach. W mojej domowej biblioteczce
książki ułożone są w porządku alfabetycznym, stąd też dzieła Stephena Hawkinga (Krótka
historia czasu, Wszechświat w skorupce orzecha, Krótkie odpowiedzi na wielkie
pytania i biografia fizyka Stephen Hawking, życie i nauka) znajdują
się między książką Moniki Hauf Drogi do świętego Graala a Podglądaniem
Wszechświata księdza profesora Michała Hellera. Przypadek? Nie sądzę, jak
mawiał klasyk. Między owe dzieła wciśnie się teraz grubaśna (512 stron)
biografia, autorstwa Charlesa Seife, którą rekomendował mi mój przyjaciel Leszek
B., za co dostanie przynajmniej dwa lata przymusowego cowieczornego słuchania
piosenek pana Zenka. Ale zacznijmy od początku.
Z tym, że zacząć od początku omawianie tej książki będzie trudne, gdyż początek
biografii Stephena Hawkinga znajduje się na końcu dzieła Charlesa Seife. Koniec
jest na początku i choć podobno symetria jest estetyką głupców to jednak
sympatycznie jest zacząć biografię od pogrzebu bohatera. Witkacy uważał, że
ludzie w trumnach zyskują tak jak obrazy w ramach, co w przypadku Hawkinga
sprawdziło się o tyle, że gdy miał 21 lat, lekarze stwierdzili u niego
stwardnienie zanikowe boczne i dawali mu co najwyżej trzy lata życia. Dożył 76
lat, więc ponad pół wieku żył na kredyt u kostuchy. Z tym, że zamiast trumny,
która nadawałaby jego życiu piękno miał wózek z elektronicznym syntezatorem
mowy, który stał się niejako jego nieodłącznym atrybutem. Gdy w 2007 roku
zobaczyłem zdjęcie Hawkinga, polatującego w stanie nieważkości w samolocie
boeing 727 należącym do korporacji „Zero Gravity”, bez wózka naturalnie, ledwo
go poznałem. Ale po raz pierwszy zobaczyłem Hawkinga na okładce „Newsweeka” z 13
czerwca 1988 roku, siedzącego na wózku elektronicznym, a nad zdjęciem fizyka był
tytuł: Master of the Universe. Doprawdy, nie wyglądał na władcę
wszechświata. Ale właśnie w tamtym roku ukazała się jego bestsellerowa Krótka
historia czasu, został uznany jednym z 25 najbardziej interesujących ludzi
na świecie przez magazyn „People”, specjalizujący się w opisach życia gwiazd
filmowych i innych celebrytów, a mnie zaintrygował początek cover story,
w którym redakcja pisała, iż Hawking wypowiada zaledwie kilka słów na minutę
poprzez syntezator mowy (w 1985 r. przeszedł zabieg tracheotomii i stracił
zdolność samodzielnego mówienia), ale cały świat czeka na każde jego słowo.
Jak jeszcze doczytałem, że tym syntezatorem steruje mogąc klikać tylko jednym
palcem niemal bezwładnej ręki (potem i tę możliwość utracił, i komputer
odczytywał jego intencje z napinania tylko jednego mięśnia na policzku) – byłem
ugotowany.
Najnowsza biografia Hawkinga ma podtytuł Geniusz i celebryta. Był
niewątpliwie jednym z kilkunastu najwybitniejszych fizyków XX i XXI wieku, ale
nagrody Nobla nie dostał. Tematyka jaką się zajmował to sprawy dla naszej wiedzy
o Wszechświecie podstawowe: Wielki Wybuch, struktura czasoprzestrzeni, czarne
dziury i ich cechy szczególne, czas i jego znaczenie w kształtowaniu się
Wszechświata… Ale najważniejsze dla światowego postępu nauki miały nie realne
odkrycia Hawkinga, ale jego pomyłki, błędne teorie, spory i słynne zakłady z
innymi fizykami (o whisky, o prenumeratę magazynów dla panów, o encyklopedię
baseballu…), które przeważnie przegrywał. Jednak celebrytą został
najprawdopodobniej dlatego, że przez pół wieku umierał na nieuleczalną chorobę,
która systematycznie pozbawiała go możliwości samodzielnego funkcjonowania –
ale, choć niesamodzielnie, funkcjonował, sparaliżowany – pisał, nie mogący mówić
– wygłaszał odczyty i prowadził rozmowy, nie będąc w stanie samemu jeść ani pić
– chodził ze studentami na piwo, ledwo widząc przez okulary przypominające denka
od butelek kazał się wozić do klubów ze striptizem, dorobił się trojga dzieci,
ożenił się, rozwiódł, ożenił ponownie i ponownie rozwiódł, żył w nędzy i opływał
w dostatki, występował na estradach jak gwiazda rocka, grał w filmie grupy „Monty
Python” i w animowanych „Simpsonach”, udzielał wywiadów największym telewizjom i
spierał się z Barackiem Obamą…
Był jednym z najczęściej występujących popularyzatorów fizyki i kosmologii,
zawsze walcząc o to, by reżyserowie filmowi i telewizyjni zajmowali się
reprezentowaną przez niego nauką, a nie jego niepełnosprawnością. Ale był w tym
niekonsekwentny: sam ogrywał to swoje kalectwo z dziwacznym nieco poczuciem
humoru, broniąc się przed czymś, czego nienawidził: przed współczuciem. Był
niemożliwy: złośliwy, nietolerancyjny, egocentryczny, wymagający wręcz, by cały
świat kręcił się wokół niego – ale był też uczynny, życzliwy, liberalny i
filantropijny. Trudny we współżyciu, niełatwy w odgadywaniu jego myśli, genialny
i błądzący.
Niełatwa jest też ta książka, nad którą prześlęczałem kilka tygodni. Nie ma
sensu się czepiać ani układu treści, ani sposobu narracji: ci, których Hawking
interesuje, jako fizyk i jako człowiek, przebrną przez to dziwne materii
pomieszanie, bo Charles Seife (matematyk, popularyzator nauki, publicysta
magazynu „Science” i wykładowca dziennikarstwa) nie postawił przed nami łatwego
zadania, mieszając w poszczególnych rozdziałach rozmaite porozrzucane elementy
biografii i dokonań naukowych Hawkinga, często do pewnych rzeczy (i osobistych –
w tym intymnych – i naukowych) wracając w różnych, a niekiedy wydawałoby się
tych samych kontekstach, grzęznąc w cytatach, umykając w dygresje i wątki
poboczne, dość głęboko wchodząc w życiorysy innych uczonych z kręgu Hawkinga).
Ci, którzy widzą w Hawkingu tylko dziwadło i hybrydę ludzko-maszynową – niech
książki nie kupują, bo wypadną na pierwszym wirażu.
Zdaje mi się, że do opublikowanej w mijającym roku biografii Stephena Hawkinga
można zastosować tę samą maksymę poety Katullusa odi et amo, kocham i
nienawidzę, co do niego samego. Przeczytałem i cieszę się, że mam to już za
sobą. Uważam jednak, że warto było trochę się pomęczyć, bo pisanie ciekawych
biografii nie jest sztuką łatwą i małą. Im ciekawsi bohaterowie, tym sztuka
trudniejsza i większa. Więc może Leszek B., który mi to polecił, nie zasługuje
na tak wielką karę, może powinien co najwyżej zostać skazany na dwa tygodnie
oglądania Roksany Węgiel.