Maciej Pinkwart
26 grudnia 2022
Bóg statystyczny
Nie śmiałbym, oczywiście, merytorycznie polemizować z profesorem Markiem
Abramowiczem (ur. 1945), astrofizykiem z Uniwersytetu w Göteborgu
i w Centrum Kopernika w Warszawie i w ogóle nie zabierałbym głosu w tej sprawie,
bo rozważania na temat istnienia lub nieistnienia Boga dotyczą podstawowej
kwestii, którą dotąd uważałem za fundament wiary - a ta, po pierwsze, jest
według mnie sprawą osobistą i poniekąd intymną, a po drugie – przyzwyczaiłem się
na wiarę i wiedzę patrzeć niejako oddzielnie. Jedna nie wyklucza drugiej, ale
pozostają w różnych obszarach penetracji umysłowej człowieka. Sądziłem, co
prawda, że jeśli wiedza może wspierać kwestie wiary, to wiara nie powinna
stanowić argumentu w polemikach naukowych. I tak, zasadniczo rzecz biorąc,
stawia też sprawę profesor Abramowicz w swoim głośnym artykule w świątecznej
„Wyborczej”. Niemniej jednak, kiedy w swoim wywodzie o tym, że nauka współczesna
– w przeciwieństwie do tej z XIX wieku – absolutnie nie wyklucza obecności Boga
w procesie powstawania i istnienia Wszechświata wspiera się zdaniami, negatywnie
oceniającymi nie poglądy, ale osobowości ewentualnych przeciwników – budzi to
mój sprzeciw:
Fizyka nigdy, żadnym argumentem nie
wykluczyła możliwości Bożej egzystencji, toteż żaden z solidnych fizyków
deklarujących się jako ateista nie twierdzi, iż współczesna nauka dowiodła
nieistnienia Boga. Rzeczy mają się tak: stwierdzenie „Boga nie ma” jest
fundamentem ateizmu – poważnego, godnego szacunku światopoglądu o starożytnej
proweniencji, wyznawanego także przez niektórych najprzenikliwszych myślicieli w
dziejach. Można się z nim zgadzać lub nie. Natomiast stwierdzenie „odkrycia
współczesnej fizyki sugerują, a nawet dowodzą, że Boga nie ma” jest hucpiarską
bzdurą.
Dlaczego ludzie
rozsądni i bardzo kompetentni w innych niż fizyka dziedzinach gotowi są
publicznie głosić tę modną bzdurę? Dlaczego nie są świadomi, że robią z siebie
komicznie napuszonych bufonów? Pouczając bowiem innych, i to na ogół tonem
wyniosłej arogancji, o jakoby dowiedzionym przez naukę nieistnieniu Boga, nie
dostrzegają, że w najbardziej podstawowym sensie jest dokładnie przeciwnie:
fizyka nie dowiodła ani nieistnienia, ani istnienia Boga, ale jej monumentalne
odkrycia XX i XXI wieku całkiem zasadnie zmuszają, aby się nad kwestią
pozamaterialnych aspektów rzeczywistości wnikliwie zastanawiać.
Nie czuję się na tyle kompetentny,
żeby dołączać do chóru głoszącego tę modną, a nawet hucpiarską bzdurę i bardzo
bym nie chciał robić z siebie komicznie napuszonego bufona, pozwolę sobie jednak
zauważyć, że istnienie pozamaterialnych aspektów rzeczywistości nie dowodzi
niczego o Bogu, tylko pokazuje jaka złożona jest natura owej rzeczywistości. Z
tej opinii wynikałoby bowiem zdanie raczej mało naukowe: oto sam fakt, że
ateiści dysponują umysłem i świadomością negującymi istnienie Boga, świadczy o
istnieniu niematerialnej rzeczywistości, ergo Boga. Wywód co najmniej wątpliwy.
Profesor Abramowicz informuje nas o
tym, że laureat Nagrody Nobla Roger Penrose (koniecznie: Sir Roger Penrose),
deklaruje się jako agnostyk, ale na pewno nie jako ateista – a kilka lat temu
pracując nad pewnym trudnym rachunkiem, zamknął się wraz ze
współpracownikami w klasztorze w Czerwińsku. Niewątpliwie przybliżyło to go do
Boga, który zapewne w klasztorze mógł łatwiej przybliżyć się do Penrose’a niż
poza nim. W dodatku, pisze Marek Abramowicz, wykład jednego ze współpracowników
Penrose’a – profesora Krzysztofa Meissnera pt. Fizyka a wiara, obejrzało
na YouTubie 1,2 miliona widzów. Niewątpliwie, dzięki temu pozycja Pana Boga, a
nawet Rogera Penrose’a, nie mówiąc już o profesorze Meissnerze, nieustraszonym
obrońcy dobrego imienia papieża Jana Pawła II, została bardzo wzmocniona.
Argumenty ilościowe są w nauce
niewątpliwie ważne, choć mogą stanowić broń obosieczną: liczba osób, które nie
obejrzały wykładów na YouTube jest większa niż tych, które obejrzały – ale jeśli
czegoś to dowodzi, to tylko niewielkiej popularności YouTube’a w stosunku do
ogólnej liczby internautów, a w dodatku – rozmaitego rozkładu zainteresowań
wśród użytkowników tego medium. Właśnie na Facebooku otworzyła mi się tzw.
rolka, krótki filmik, ukazujący, jak dzisiaj wygląda Brigitte Bardot. Obejrzało
go 3,1 mln widzów, mimo że BB na FB wygląda koszmarnie. Złośliwie otwieram na YT
utwór Imagine Johna Lennona, który mawiał, że Beatlesi są popularniejsi
od Jezusa Chrystusa. Piosenkę, w której zachęca się słuchaczy: imagine
there’s no heaven (…) and no religion, too, obejrzało –
statystyka sprzed 6 lat – 272 miliony osób. Ile z nich podziela pacyfistyczny i
areligijny punkt widzenia Lennona, a ile go zań krytykuje? Pojęcia nie mam.
Statystyka, a nawet poniekąd
demokracja wśród naukowców – zdaniem profesora Abramowicza – także stawia
obecność Boga w naszym materialnym świecie w ważnym miejscu. Oto w listopadzie
tego roku profesor miał w Uppsali standardowy wykład seminaryjny dla studentów,
po zakończeniu którego zarządził wśród obecnych głosowanie nad pytaniem:
Czy twoim zdaniem
istnieją poważne powody na to, by uznać, że Bóg istnieje? Odpowiedzi „tak” było
56, prawie trzykrotnie więcej niż „nie” – tych było tylko 20. Wynik na pozór
zaskakujący, ponieważ Szwedzi są powszechnie uważani za społeczeństwo bardzo
zlaicyzowane. Ale ja nie byłem zaskoczony: wszyscy głosujący należeli do
wykształconych elit, a wielu było fizykami z solidnego uniwersytetu: Uppsala
zajmuje 78. miejsce na liście szanghajskiej.
Fascynujące. Do
dowodów na istnienie Boga, przedstawionych przez Tomasza z Akwinu, Anzelma z
Canterbury, Kartezjusza czy Kanta doszedł jeszcze jeden: dowód przez głosowanie
wśród fizyków z solidnego uniwersytetu.
Wśród poważniejszych argumentów
profesor Abramowicz przywołuje to, że wszechświat nie jest wieczny, powstał ok.
13,8 miliarda lat temu, a zatem i materia nie jest wieczna, czyli ktoś musiał
ten cały interes wprawić w ruch. Być może materia nie jest wieczna, ale wieczna
jest kombinacja materii i energii, zawarta we wzorze E=mc2. Autor
tego wzoru, Albert Einstein, według Marka Abramowicza, wierzył w Boga
szczerze i głęboko, choć uważał, że po stworzeniu świata Bóg już dalej się
nim nie zajmował i nie zajmuje. Pytania, kto stworzył Boga - ani Einstein, ani
profesor Abramowicz nie stawiają. Zapewne dlatego, że Bóg jest wieczny, a
stworzona przezeń materia nie. O sensie stwarzania czegoś tak nietrwałego jak
materia, i to przy stałym wzroście entropii autor nie mówi.
Kolejny dowód na celowy akt stworzenia
to tzw. zasada antropiczna: podstawowe stałe elementy fizyki – grawitacja,
prędkość światła, stosunek siły elektrostatycznej do grawitacji itp. – muszą być
takie, jakie są, bo inaczej nie powstałoby życie, a tym samym – nie pojawiłyby
się istoty, zdolne do badania tych elementów, czyli obserwatorzy, czyli my. A
zatem sugeruje to istnienie regulacji nadrzędnej – Boga – bo inaczej by nas nie
było. Zapewne jest to jakaś podstawa do dyskusji, ale dyskutowane to może być
także z innego punktu widzenia: wystarczy przenieść się myślą daleko poza
Ziemię, by stwierdzić, że tam gdzieś, hen w Kosmosie, prawa fizyki nadal
istnieją i działają, tylko nie doprowadziły do zaistnienia ludzkiego
obserwatora. A i u nas, na ziemi, zasada antropiczna poskutkowała stworzeniem
mojego psa, choć bardzo wątpię, czy obserwuje on rzeczywistość z taką uwagą, jak
profesorowie fizyki, a już na pewno nie czyta ich artykułów. I – choć to zabrzmi
smutno – niewykluczone jest, że jesteśmy jako najważniejszy jak dotąd gatunek
rozumny raczej wyjątkiem, niż regułą, raczej aberracją niż zasadą, raczej
pomijalnym w obliczeniach wybrykiem ewolucji niż królem stworzenia. Przestrzeń
bez życia organicznego jest z pewnością dominująca, jeśli nie prawie jedyna w
Kosmosie. I do tej naszej zmarszczki na gładkiej powierzchni wszechoceanu mamy
powoływać Boga, by dał początek tak nieistotnemu bytowi, a przy okazji całemu
niezmierzonemu Kosmosowi, który nie potrafi Mu wyrazić swojej wdzięczności, nie
szuka w Nim ostoi w chwilach trudnych, nie stawia Mu kościołów i nie uważa Jego
urzędników za najważniejszych ludzi na świecie? Czyż to nie jest nierentowna
inwestycja?
Niewykluczone jednak, że zasada
antropiczna rozumiana jako podstawa do powstania materii ożywionej działa w
całym wszechświecie tak, że koniec końców doprowadza do tego, że gdzieś, kiedyś
pojawi się osobnik rozumny, skłonny do autorefleksji. Ale czy będzie to
człowiek? Czy ewolucja zawsze musi doprowadzić do powstania kogoś, kto wziąwszy
w dłonie czaszkę Yoricka zacznie snuć rozważania na temat bytu rozumnego,
zdeterminowanego przez narodziny, rozwój i śmierć? Cóż: nazwa zasady
antropicznej zakłada, że tak: anthropos po grecku znaczy człowiek. Marsjanin z
Wojny światów, solaryjski myślący ocean czy ósmy pasażer Nostromo z
pewnością ludźmi nie są… Może dlatego nie istnieją?
Profesor Abramowicz powołuje jeszcze jeden naukowy może nie
dowód, ale przesłankę, której obecność wywołuje Boga zza kulis wszechświatowego
teatru. Jest to zjawisko splątania kwantowego i teleportacji cząstek
elementarnych, które na pozór stoi w sprzeczności z zasadami materializmu:
cząstki, a nawet zespoły cząstek, pozostające w stanie splątania kwantowego (np.
w 2011 roku dwa milimetrowe diamenty) reagują na zmiany w jednym z elementów
natychmiastowymi zmianami w elemencie drugim, bez względu na dzielącą je
odległość. Natychmiastowymi – to znaczy nie ograniczanymi przez jedną z
fundamentalnych stałych fizycznych, jaką jest prędkość światła. Autor omawianego
artykułu interpretuje te zjawiska jako
zależne od naszej wolnej woli i naszej świadomości, obu autonomicznych względem
świata materii. Jak niematerialne – to raczej
metafizyczne niż fizyczne, a jak metafizyczne – to boskie. Hiperbola umysłowa co
najmniej zbytnio uproszczona, bo metafizyka to nie jest pojęcie związane z
religią, czy nawet z życiem duchowym. Jest to dziedzina filozofii, zajmująca się
istotą i przyczynami bytu.
Co wprawia w ruch mechanizm splątania kwantowego? Bóg raczy wiedzieć –
powiedzielibyśmy metaforycznie. Ale czy jeśli nie rozumiemy jakiegoś zjawiska,
zawsze musimy rzucać sobie boskie koło ratunkowe? Zapewne kiedyś tak było.
Dlaczego słońce wschodzi i zachodzi? Bo bóg Re żegluje po niebie przez dzień, w
nocy przepływa z powrotem przez podziemny ocean, a rano pojawia się niejako
suchą stopą z powrotem na niebie. Dlaczego uderza piorun? Bo bóg Zeus się
wkurzył i rzucił. Dlaczego gołąb narobił Hiobowi na oczy, a nas spotkał
kataklizm związany z opanowaniem kraju przez jedną partię polityczną? Widocznie
Bóg chciał nas – i Hioba, i Polaków, wypróbować w ciężkim doświadczeniu. Ale
kiedyś astronomia wyjaśniła kwestię ruchu słońca na niebie, meteorologia i
fizyka wytłumaczyła, czym są pioruny, a Hiob wrócił do dobrostanu. Polacy
jeszcze czekają.
Nauka sprzężona z cierpliwością objaśnią kiedyś opisane przez profesora
Abramowicza zjawiska, a na razie nie pozostaje nam nic innego, jak pokładanie
ufności w dalszym rozwoju nauki, która z czasem odkryje nam wiele tajemnic.
Niewykluczone jednak, że ceną za to będzie pojawienie się tajemnic nowych, o
których istnieniu na razie jeszcze nie wiemy.
Co do mnie, nadal największą tajemnicą dla mnie jest to,
czy stojący za mną przed otwartymi drzwiami lodówki pies usiłuje splątać się ze
mną kwantowo nakłaniając mnie do wyjęcia i ofiarowania mu kawałka kiełbasy, czy
w ogóle dysponuje samoświadomością pozwalającą mu odczuwać swoje pragnienia nie
jako instynktowny kiełbasotropizm, tylko jako ulotną, ale świadomą myśl:
to przecież ja, twój przyjaciel, no chyba nie pożałujesz mi tej nędznej
śląskiej z szynki, którą zresztą specjalnie kupiłeś dla mnie, tylko droczysz się
mówiąc, że będę za gruby. Nie jedz jej sam, nie dawaj kotu sąsiadów, tylko mnie,
mnie, mnie…
------------------------------
M. Abramowicz, 56 głosów za Bogiem, „Gazeta Wyborcza” nr 299, 24-26
grudnia 2022, s. 13-15