Maciej
Pinkwart
Szkło pełne sztuki
Ostatni raz dłużej bywałem w tej sali gdzieś tak 44 lata temu. Na podłodze
parteru willi Czerwony Dwór leżały dzieci, część
spała,
a mój syn miał ulgowo, bo zabierałem go w połowie dniówki, pozostałą część dnia
spędzał u dziadków na pobliskim Wilczniku. Dzieci z przedszkola imienia
Szymanowskiego rewizytowały mnie w Atmie, gdzie opowiadałem im o ich patronie.
Raczej, o ile pamiętam, starszakom, no i zdecydowanie nie mówiłem wszystkiego.
Więcej o psach i kotach atmowskich niż o Sergiuszu Lifarze i Jarosławie
Iwaszkiewiczu, Olku Szymielewiczu i Julku Strawie. O góralskich
siedemnastolatkach, będących z panem rektorem po imieniu też nie. Ale o
Harnasiach w Paryżu już tak.
Wszystko to, zupełnie nie a propos zresztą, przypomniało mi się 29
października 2021, kiedy byłem w willi Czerwony Dwór na pierwszej prezentacji
albumu, poświęconego malarstwu na szkle autorstwa Adama Doleżuchowicza
i jego pierworodnej córki, Bożeny Doleżuchowicz-Mickiewicz.
Adama Doleżuchowicza znałem dawno i niezbyt blisko, choć spotykaliśmy się
często, głównie na posiadach w niezapomnianej świetlicy Związku Podhalan „Śwarna”,
gdzie grywał w składzie góralskiej muzyki jako świetny skrzypek. Nie wiedziałem
wtedy, że maluje, raczej znało się go właśnie jako muzykanta, rzeźbiarza
ludowego i gawędziarza. Po latach poznałem Bożenę jako przyjaciółkę moich
podwarszawskich przyjaciół. Też nie wiedziałem o jej malarstwie. Twórczość
obojga Doleżuchowiczów poznałem właściwie w ostatnich latach. Poznałem – i
ogromnie mi się spodobała. Wcześniej w podobny sposób urzekło mnie malarstwo na
szkle Eweliny Pęksowej. Podobnie mnie urzekło, ale było zupełnie inne.
Promocję albumu otworzył wykład Anny Kozak – współautorki
tekstu do prezentowanej książki. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że Adam
Doleżuchowicz, będący w swoim czasie ikoną góralszczyzny – góralem wcale nie
był. Urodził się co prawda w Zakopanem, ale jego
rodzina pochodziła z Kalwarii Zebrzydowskiej (matka) i z Krakowa (ojciec).
Ciekawe, że i inni najwięksi znawcy i praktycy gwary góralskiej także nie zawsze
byli góralami z dziada i prababki:
Adam
Pach przyjechał do Zakopanego z Kasiny Wielkiej, jego ojciec pochodził spod
Bochni, ale matka była bratanicą słynnego Sabały, zaś Tadeusz Staich, którego
gwarowe wypowiedzi traktowane były jak wzorzec góralszczyzny, wywodził się z
Bobrku koło Chrzanowa. Anna Kozak mówiła podczas wykładu, że już samo nazwisko
Doleżuchowicza świadczyło o tym, że góralem nie był, co zresztą podobno bardzo
go irytowało, że właśnie nazwisko ma takie niegóralskie. Wybitny językoznawca,
profesor Józef Bubak podaje, że najstarszym zanotowanym w 1620 r. nazwiskiem
podhalańskim jest Liasz. Zofia Stecka odnotowuje, że pierwszej połowie
XVII w. w Zakopanem pierwszym nazwiskiem jest Rubzdel (wg Bubaka –
Rubzdek lub Rubzdyl), któremu po latach dopisano przydomek Gąsienica.
Jednak kwestię góralskości, prawdziwej lub rzekomej takiego czy innego nazwiska,
czy też takiego czy innego mieszkańca Podhala odłóżmy na bok (rozważam to
szerzej w książce Mit Zakopanego,
której premierę Wydawnictwo Wagant zapowiada przed Gwiazdką, nie precyzując
wszelako roku owej Gwiazdki) i skupmy się na czymś ważniejszym. Omawiany album
jest niejako pokłosiem wystawy twórczości Adama i Bożeny Doleżuchowiczów,
prezentowanej latem tego roku w Centrum Kultury Rodzimej w willi Czerwony Dwór.
Większą część wystawy i główną treść albumu stanowi malarstwo na szkle, uznawane
za sztukę par excellence
ludową, ba! – za kwintesencję ludowych sztuk pięknych Podhala. Od lat wysoko
ceniona i doskonale się sprzedająca, przyszła do nas co prawda z południa, z
Czech i Słowacji, ale była do II połowy XIX wieku obecna niemal w każdej
góralskiej chacie, a potem została niemal w całości zniszczona, na skutek
działalności zakopiańskiego proboszcza ks. Józefa Stolarczyka, który widział w
niej przejaw bałwochwalstwa i kultu góralskiego bandytyzmu, nazywanego tu
zbójnictwem. Odrodziła się przed drugą wojną światową, a prawdziwy renesans
przeżywała w czasach PRL, kiedy władze oficjalnie promowały wszelkiego rodzaju
ludowość, nie potępiając nawet sakralnego nurtu tej sztuki.
Tylko że dzieła Adama Doleżuchowicza i
Bożeny Doleżuchowicz-Mickiewicz sztuką ludową nie są. Są indywidualnymi dziełami
artystycznymi, jedynie formą
związanymi
z ludowością. Bowiem istotą twórczości ludowej jest jej powtarzalność,
powielanie archetypów istniejących w kanonie od tzw. niepamiętnych czasów. Jest
ona nośnikiem tradycji i jest uważana za tym lepszą, im wierniej odtwarza
wcześniejsze wzorce. Sztuk
a
Doleżuchowiczów pod wieloma względami od kanonu odchodzi, drwi z niego lub w
ogóle ma go gdzieś. Adam Doleżuchowicz oczywiście malował sceny konwencjonalne –
ale w niekonwencjonalny sposób (akty Adama i Ewy w raju, Chrystus na krzyżu w
pełnym stroju góralskim, karykaturalne postacie zbójników…), ale od konwencji
odchodził też tak daleko, że wkraczał na nowe terytoria, góralszczyźnie
tradycyjnej w ogóle nieznane. Najczęściej owym motywom towarzyszy humor, ironia,
satyra czy wręcz pastisz. Bożena Doleżuchowicz, która na szkle zaczęła malować
będąc na emigracji w Szwecji, najchętniej tworzy dzieła w góralskiej tradycji w
ogóle nieobecne, lub też obecne jedynie w charakterze ornamentu, u niej zaś
stanowiące motywy główne lub jedyne: kwiaty i przepiękne ptaki. Są tam też sceny
miłosne czy erotyczne (u Adama Doleżuchowicza niemal zawsze w wersji
prześmiewczej, u Bożeny – romantyczne i wzruszające), są i religijne, ale będące
daleko idącym przetworzeniem znanych motywów czy też daleko wychodzące poza
standard (mam w domu malowany na szkle przez Bożenę wizerunek Marii Magdaleny,
będący interpretacją pięknego portretu tej świętej, znajdującego się w kościele
św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty w Toruniu…). A więc dzieła jak
najbardziej artystyczne, w zadziwiający sposób współgrające z charakterem sztuki
góralskiej.
Powiedziałbym,
że prześmiewcze obrazy zwłaszcza Adama Doleżuchowicza są bardziej zbliżone go
tego, co uważamy (niekoniecznie słusznie…) za charakter góralski, niż
standardowe wizerunki świętych pańskich, Janosika skaczącego przez ogień czy
szopek betlejemskich usytuowanych w Bańskiej Wyżnej.
Jest w tej publikacji spory materiał biograficzny na temat obojga artystów, wiele zdjęć z archiwum rodzinnego, także istotnych dla dokumentacji powojennej historii Zakopanego.
Gigantyczną pracę przy stworzeniu tego
albumu wykonał Paweł Murzyn, kapitalnie fotografując obrazy, będące w kolekcjach
prywatnych, przez co usytuowanie ich w publikacji jest może jedyną formą ich
udostępnienia publicznego. Jak trudno jest fotografować malarstwo na szkle wie
każdy, kto kiedykolwiek usiłował to robić. Paweł stosował technikę HDR,
nakładając na siebie pięć ujęć każdego motywu… Dzięki wielkie dla Zakopiańskiego
Centrum Kultury, które firmuje wydawnictwo, dla szefowej Centrum Kultury
Rodzimej dr Małgorzaty Wnuk, która przygotowała edycję oraz dla Ministerstwa
Kultury i burmistrza Zakopanego Leszka Doruli, którzy album sfinansowali.
Burmistrz w krótkiej przedmowie chwali się tym dokonaniem i dobrze: to co po
zakopiańskich twórcach zostanie w postaci publikacji jest ważne dla trwałości
tradycji artystycznej Zakopanego. I takie Zakopane kochamy najbardziej. Warto
postarać się dotrzeć do Czerwonego Dworu i zaopatrzyć się w tę książkę. I kiedy
będzie szczególnie ponuro i smutno – otworzyć w dowolnym miejscu: albo nas to
rozbawi, albo wzruszy, albo przypomni, że dzięki swoim twórcom Zakopane naprawdę
wciąż jeszcze jest ważnym miejscem na mapie polskiej kultury. Mimo wszystko…
----------------------
Zakopiańskie malarstwo na szkle. Adam
Doleżuchowicz, Bożena Doleżuchowicz Mickiewicz,
Wydawca: Zakopiańskie Centrum Kultury,
Zakopane 2021. 172 strony, nakład 500 egz.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |