Maciej Pinkwart
Dziewczynka z cocktailami i wisielcy w pubach
Po
ostatnich alkoholowych występach posła Adama Hofmanna w Elblągu i pod Mielcem
podświadomie oczekiwałem
na ciąg dalszy, dlatego natychmiast zwróciła moją uwagę reklama książki „Pod
Zawianym Kaczorem”. Z notki towarzyszącej reklamie dowiedziałem się, że jest
to kryminalna powieść Marthy Grimes, amerykańskiej pisarki, próbującej iść w
ślady największej mistrzyni gatunku – Agathy Christie. Już prawie bym wysłał
zamówienie, gdy zauważyłem, że „Zawiany Kaczor” to ostatnia książka w serii,
więc zacząłem szukać poprzednich. Śledztwo wykazało, że to tylko jedna z serii –
ta, której akcja dzieje się w Anglii, a jej bohaterem jest przystojny inspektor
policji i jego równie przystojny przyjaciel, skądinąd arystokrata, który się
próbuje sproletaryzować. Myślałem, że będzie o gejach. Druga seria ma akcję na
głębokiej prowincji amerykańskiej, a skomplikowane relacje z policjantami i
przestępcami ma 12-letnia dziewczynka. Myślałem, że będzie o pedofilach. W obu
przypadkach się pomyliłem. Spojrzałem na stan konta i zaryzykowałem, zamawiając
całość – siedem tomów. Kosztowało mnie koło stówki, ale co tam… Zacząłem od
dziewczynki.
Nigdy nie byłem w Ameryce i prawdopodobnie nigdy tam nie będę. Ale pociąga mnie oddawana świetnie w literaturze atmosfera wielkich, pustych przestrzeni, specyfika niezrozumiałej w zasadzie dla Europejczyka psychiki miejscowej ludności, o historii liczącej coś koło 250 lat (mówię o Stanach Zjednoczonych), mimo braku wspólnych korzeni niezwykle patriotycznej – szczególnie tym nie do końca dla nas zrozumiałym patriotyzmem małych ojczyzn. Mówię tu, rzecz jasna, nie o wielkich metropoliach, lecz o amerykańskiej prowincji. Tej prowincji, tak interesująco opisywanej w powieściach Johna Steinbecka, Erskine Caldwella, Williama Faulknera i – mniej od nich znanej, najbardziej współczesnej, a dla mnie najciekawszej - Annie Proulx. I właśnie na głębokiej amerykańskiej prowincji, w wymyślonej miejscowości Spirit Lake koło La Porte, jeśli dobrze identyfikuję – w stanie Kentucky toczy się akcja powieści Marthy Grimes „Hotel Paradise”, która w oryginale ma podtytuł „An Emma Graham Novel”, powieść Emmy Graham. Emma to właśnie 12-letnia bohaterka, która próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci dziewczynki – która przed wielu laty utopiła się, mieszkając w samotnym domku nad jeziorem ze starymi ciotkami.
Emma
na wakacje przyjeżdża do tytułowego starego hotelu, którego współwłaścicielką
jest jej matka, będąca najwspanialszą kucharką na świecie. Talenty
gastronomiczne – na razie ograniczające się do przyrządzania niebanalnych
sałatek i cocktaili – odziedziczyła także Emma, która poza tym ma zamiłowania
literackie i stanowi – jak możemy się domyślać alter ego autorki. Uwaga
przy czytaniu! Jeść się chce nawet bardziej niż przy „Klubie Pickwicka”
Dickensa.
Akcja toczy się – dość leniwie, zgodnie z duchem amerykańskiej prowincji –
głównie w okolicach Spirit Lake i La Porte oraz
tajemniczego, stanowiącego jakby fragment opuszczonej dekoracji filmowej
miasteczka Cold Flat Junction, gdzie czas i jego sprawy jakby zatrzymały się w
miejscu i gdzie prowadzą niektóre tropy śledztwa w sprawie wypadku? –
morderstwa? – samobójstwa? kilku osób, i z przeszłości, i z współczesności,
której dzień dzisiejszy miesza się ze swoimi krewniakami sprzed lat, jak
składniki cocktaili, przyrządzanych przez Emmę dla jej przeszło 90-letniej
ciotki, której umysł, zamroczony przez sklerozę i alkohol przechowuje sporo
wskazówek cennych dla młodej reporterki.
Kapitalna parada amerykańskich typów, aż prosiłaby się – wraz z tajemniczą, jak z horroru wziętą scenerię – o przeniesienie na wielki ekran, gdyby nie to, że Martha Grimes rozciągnęła akcję powieści do trzech sporych książek, liczących każda ponad 400 stron. To jeszcze dałoby się pokonać (nie takie rzeczy robił Peter Jackson z Tolkienem!), ale jest inny problem: otóż mała, ale obrotna Emma kręci się głównie wokół trzech dorosłych, parę razy starszych od niej facetów: niezwykle przystojnego szeryfa, któremu nie układa się z żoną, zabójczo przystojnego, podejrzanego o morderstwo żony wdowca i wściekle przystojnego kłusownika, w stanie wolnym. Są podobnie do siebie jak dwie krople tego samego cocktailu, a Emma najchętniej spędzałaby czas ze wszystkimi trzema. Jak to pokazać w amerykańskim moralnym kinie?
Nadmiar takich samych bohaterów to również dolegliwość, dręcząca powieści
drugiego nurtu twórczości Marthy Grimes. Tu również miejscem akcji jest
prowincja, ale głównie ta podlondyńska (choć sam główny bohater, tak jak
Herkules Poirot, mieszka w Londynie), pełna starych pubów o dziwnych nazwach i
tradycji jeszcze wiktoriańskiej, gdzie podejrzani są niekiedy przedstawicielami
dziwacznej postimperialnej arystokracji, dla których polowanie na lisa i
polowanie na przestępcę mają smak podobnej przygody. Tu także autorka nie może
się do końca zdecydować, którego ze swych bohaterów obdarzyć większą sympatią –
ogromnie przystojnego i inteligentnego inspektora Scotland Yardu Richarda Jury
czy szalenie przystojnego zblazowanego arystokratę Melrose’a Planta, który
zrezygnował z lordowskiego tytułu, bo mu się nie chciało jeździć do Londynu na
posiedzenia
Izby… Podobnie zresztą i oni obaj nie mogą się zdecydować, w której z
podejrzanych kobiet lokować swoje rozkwitające delikatnie uczucia. Zastanawiałem
się, czy pierwowzorem dla pani Grimes byli tu bohaterowie powieści Agathy
Christie Herkules Poirot i kapitan Arthur Hastings, czy może Arthura
Conan-Doyle’a Sherlock Holmes i dr John Watson. Myślę, że Amerykance bliżej do
pani Christie, z uwagi na postać namolnej ciotki byłego lorda Planta – Agathy
Ardry (zbieżność imion zapewne nieprzypadkowa), która jako żywo przypomina
autorkę kiepskich kryminałów, przyjaciółkę Poirota panią Ariadnę Olivier. Choć
aluzje do Holmesa znajdziemy także, szczególnie w wypowiedziach Planta.
Atmosfera także niezwykła i moim zdaniem Martha Grimes jest w tym mistrzem. Te prowincjonalne puby… coś nie do odtworzenia w głośnym Zakopanem czy umierającym na anemię społeczną Nowym Targu. Gdyby usytuować je w którejś z podhalańskich wiosek, inspektor Jury musiałby w każdym być zatrudniony na pełny etat… Cóż – ów pub „Pod Zawianym Kaczorem”, który urzekł mnie tytułem mieści się w Stratfordzie nad rzeką Avon, koło Królewskiego Teatru Szekspirowskiego, nieopodal miejsca gdzie urodził się genialny William. Hm, może więc miejscem takiego inspirującego pisarzy, zbrodniarzy, policjantów i lordów pubu mogłaby być Rabka, z uwagi na żyjącego tam i tworzącego Piotra Biesa?
Każda z powieści z cyklu „angielskiego” stanowi osobną całość, choć niektóre
wątki i postacie, także drugoplanowe, powracają w kolejnych tomach, a klimat
wszystkich jest podobny. Czyta się łatwo, mimo pewnych dłużyzn i uproszczeń –
siedem tomów przeczytałem w 10 dni… Na pewno Martha Grimes nie jest Agathą
Christie, ale – dedukuję, drogi Watsonie - że tym bardziej nie jest Arthurem
Conan-Doylem.
