Maciej
Pinkwart
Zemsta Nilu
Oglądałem już kilka adaptacji jednej z najbardziej znanych i najlepszych
powieści Agaty Christie Śmierć na Nilu. W tej ostatniej, której premiera
odbyła się w ubiegłym roku, Herculesa Poirota gra znany głównie z inscenizacji
szekspirowskich Kenneth Branagh (będący również reżyserem filmu), który po
sukcesie jego inscenizacji Morderstwa w Orient Expresie zmierzył się z
kolejnym dziełem brytyjskiej pisarki. Dla mnie nadal niedoścignionym, wręcz
modelowym wzorem genialnego belgijskiego detektywa działającego głównie w
Anglii, pozostaje angielski aktor David Suchet. Trzeba jednak przyznać, że
Poirot Branagha jest przynajmniej równie dobry, choć oczywiście irytujące jest
trochę to, że jest zbyt wysoki, zbyt szczupły i za mało pewny siebie jak na
nasze przyzwyczajenia. Poza Branaghem i nieco przebrzmiałą sławą Anną Bening nie
ma w filmie jakiś wybitniejszych i bardziej znanych aktorów - choć trzeba
powiedzieć, że wszystkie role obsadzone są nieźle. A jedna z głównych
antagonistek, Jacqueline de Bellefort, grana przez Emmę Mackey budzi więcej
sympatii niż bizneswoman Linnet Doyle – w tej roli Gal Gadot. Armie Hammer, mimo
dziwnie brzmiącego nazwiska, jest świetnym czarusiem Simonem Doyle, który
początkowo przywodzi nam na pamięć przedwojenną piosenkę Co temu winien
Zygmuś, że jest taki śliczny, a potem, w sytuacjach dramatycznych staje się
sztuczny, by tak rzec – aktorski, przez co przestajemy mu wierzyć, wyprzedzając
niejako ustalenia śledztwa. Wśród pozostałych bohaterów dramatu błądzimy trochę
jak pijane dziecko we mgle – skróty scenariuszowe powodują, że mało o nich
wiemy, przez co ich związki z ofiarą i ewentualne motywy morderstwa stają się
niejasne, a ich obecność na pokładzie płynącego Nilem statku – niezrozumiała.
Zupełnie inaczej wyglądała ekspozycja i obsada najsławniejszej adaptacji, tej z
1978 roku (Oscar za kostiumy), w gwiazdorskiej obsadzie - z Peterem Ustinovem
jako Poirotem (też za wysoki!), któremu partnerowali m.in. Jane Birkin, Betty
Davis, Mia Farrow, David Niven, Jack Warden i Maggie Smith. Tu wierność tekstowi
Agathy Christie była największa.
Oczywiście, każda z adaptacji filmowych tej powieści musiała ją sporo uprościć i
tłumaczenie pewnych spraw przenieść ze sfery słowa do strefy obrazu. To rzecz
jasna jest problemem każdego reżysera, zmagającego się z treścią popularnego
dzieła literackiego. Ale adaptacja Branagha wydaje się być inna od poprzednich.
Autor scenariusza (Michael Green) dokonał zadziwiających zabiegów zestawiając
gromadę osób, wędrujących z milionerką Linnet po Egipcie. U Agathy Christie i we
wcześniejszych adaptacjach osoby podróżujące statkiem po Nilu były dość
jednoznacznie określone, bardzo od siebie się różniły, ich związki z główną
bohaterką były ważne, a same postacie świetnie pasowały do tamtej epoki, czyli
lat 30. XX wieku. Tutaj niektóre postacie po prostu usunięto, inne mocno
zmodyfikowano (np. zamiast ekscentrycznej pisarki-alkoholiczki występuje
starzejąca się czarnoskóra pieśniarka) wykonując pewne ukłony w stronę
poprawności politycznej. Statkiem po Nilu z Kennethem Branaghem płyną starzy i
młodzi, arabska załoga wygląda bardziej elegancko niż pasażerowie, wśród których
znalazły się osoby niebiałe, nie heteronormatywne, no i uwielbiające jazz. To
ostatnie, rzecz jasna, jest mi szczególnie bliskie.
Treść znamy. Ale oczywiście zapewne są też tacy, którzy jej nie znają, w związku
z czym jeżeli o niej powiem, to tylko tyle, żeby mniej więcej odtworzyć nastrój
tej filmowej noweli. Oto grupka kilkunastu osób związanych z główną bohaterką,
jej przyjaciół, ale i ukrytych wrogów podróżuje statkiem po Nilu. Napięcie
narasta, no i w pewnym momencie dochodzi do morderstwa. Płynąłem takim statkiem,
ba - oglądałem w Asuanie hotel, gdzie Agatha Christie pisała tę powieść.
Ciekawe, że fakt goszczenia w tym hotelu autorki Śmierci na Nilu jest
reklamowany w przewodnikach jako atrakcja turystyczna… Obecne propozycje biur
podróży są inne niż za czasów autorki – rejs rozpoczyna się w Karnaku, kończy
się w Asuanie. Wyżej jest już tama, nawet dwie, no i jezioro Nasera. Żeby
zobaczyć jeden z najpiękniejszych zabytków Egiptu – świątynię Ramzesa II w Abu
Simbel (skądinąd w czasie budowy tamy rozebraną i przeniesioną w inne miejsce,
wyżej) – trzeba dojechać samochodem, ewentualnie z Kairu można dolecieć
samolotem.
Ale bohaterowie powieści – i filmu – dopływają do Abu Simbel, zwiedzają
świątynię, gdzie ma miejsce nieudany zamach na Linnet, a kilka godzin później
milionerka żegna się z tym światem. Jak to w dobrych powieściach kryminalnych –
w odizolowanym miejscu (na statku są tylko pasażerowie, załoga nocuje na lądzie)
jest niewielka liczba osób, biorących udział w dramatycznych wydarzeniach, jest
ofiara – skazana niejako na śmierć, jak w greckiej tragedii, podejrzani – poza
detektywem - są wszyscy, co więcej – wszyscy mieli motyw, żeby pozbyć się Linnet.
Ale pozornie nikt nie miał takiej możliwości, a alibi głównych bohaterów wydaje
się żelazne. Jednak na pokładzie jest Herkules Poirot. Trup, co prawda ściele
się dalej gęsto, ale koniec końców pozostali przy życiu dopływają do portu,
gdzie czeka policja, a wszystko zostaje przez detektywa klarownie wyjaśnione.
Czy warto jeszcze raz obejrzeć historię dramatycznego morderstwa na Nilu?
Oczywiście, że tak. Są świetni aktorzy, a przede wszystkim doskonały Kenneth
Branagh. No i jest jeszcze coś, co temu filmowi wystawia jak najlepsze
świadectwo: fantastyczne zdjęcia Egiptu, piękne wykorzystujące nowoczesne
techniki. Aż chciałoby się popłynąć w taki rejs. Oczywiście w miarę możności bez
tak dramatycznych wydarzeń. Sięgnijcie zatem do nowej adaptacji Śmierci na
Nilu, posłuchajcie dobrego bluesa, popatrzcie na liczące wiele tysięcy lat
zabytki i na piękną, choć złą Jaqueline de Bellefort… Największe przeżycia
będziecie mieli, jeżeli obejrzenie filmu poprzedzicie choćby pobieżną lekturą
oryginału – jednej z najlepszych powieści Agaty Christie.
Ale bądźcie czujni, to nie koniec: jeszcze w tym roku ma odbyć się premiera
kolejnego filmu Kennetha Branagha, który pod tytułem A Haunting in Venice
zaprezentuje nam mocno odbiegającą od oryginału adaptację powieści Agathy
Christie Wigilia Wszystkich Świętych. A dramatyczny splot wydarzeń
zakończy się morderstwem, popełnionym podczas seansu spirytystycznego w
nawiedzonym przez duchy pałacu w Wenecji. Już się boję.
28 lutego 2023