Maciej Pinkwart

Stereotypicznie o Zakopanem

TUTAJ wersja audio

 

Dałem się namówić na obejrzenie filmu Poskromienie złośnicy, bo myślałem, że to nowa adaptacja sztuki Szekspira. Okazało się jednak, że to współczesna polska komedia romantyczna, w dodatku zakotwiczona w Zakopanem i okolicach. Ucieszyłem się. Zakopane pokazywane w filmach jest zawsze śmieszne. Bez filmów zresztą też.

W czasie projekcji ze dwa razy szczerze się uśmiałem, kilka razy też nieszczerze, widząc to, co pokazują i słysząc to, co mówią. I jak. Po powrocie do domu przeczytałem w Internecie komentarze na temat filmu. Niemal wszystkie krytyczne. Aktorstwo kiepskie, fabuła idiotyczna, gwara góralska okropna, dialogi drewniane, sytuacje nieprawdziwe… Trochę mnie to zdziwiło: przecież od komedii romantycznej nie oczekujemy skomplikowanej fabuły z dramatycznymi zwrotami akcji, efektownych rozwiązań i psychologicznej wiarygodności, potwierdzonej badaniami naukowymi. Czy w Notting Hill wiarygodne jest to, że wielka gwiazda (Anna Scott – Julia Roberts) w przerwie między zdjęciami wchodzi bez ochrony do księgarni, prowadzonej przez niechodzącego do kina sprzedawcę (William Thacker – Hugh Grant), żeby sobie kupić fajną książkę, a potem zakochuje się w nim, podarowuje mu obraz Marca Chagalla – a on jej nie chce… Chodzi o to, żeby z bohaterami miło było się utożsamiać, choć zdajemy sobie sprawę, że do naszego sklepiku Julia Roberts nigdy nie wejdzie, choćby był to sklep nie z książkami, tylko z oscypkami.

A fabuła Poskromienia złośnicy, moim zdaniem, wcale banalna nie jest. Oto okropna bizneswoman chce zrobić interes na produkcji i sprzedaży drewnianych zydli wykonanych z czarnego dębu, który może być znaleziony tylko w jednej dolinie tatrzańskiej. Bank da jej na to kredyt, jeśli pani, nienawidząca zresztą gór, ale lubiąca się moczyć w Termach Chochołowskich, kupi najpierw tę dolinę. Dwóch górali, posiadających ową ziemię z tatrzańskimi dębami, chętnie by ją sprzedało, ale współwłaścicielką jest siostra jednego z nich, która co prawda mieszka aktualnie w Chicago, gdzie zajmuje się projektowaniem elektronicznego sprzętu i oprogramowania, podnoszącego wydajność pracy pszczół w ulach, ale właśnie pokłóciła się ze zdradzającym ją partnerem, więc wsiadła w samolot i wróciła do Zakopanego. O sprzedaży ziemi słyszeć nie chce, bo zamierza na niej postawić elektroniczną pasiekę. Bizneswomanka wszelako ma brata – mięśniatego jak Schwarzenegger, przystojnego jak polski hydraulik, udającego alpinistę, więc do Zakopanego pasującego jak znalazł, dającego sobie radę z kranem, choć nie umiejącego rąbać drewna, który ma kłopoty ze strony dość sporego gangstera, przypominającego z jednej strony Witalija Kliczkę w czasach, kiedy nie był jeszcze merem Kijowa, z drugiej - pana Buźkę z Bondowskiego Moorakera. Przystojniak udaje się – motorem - do Zakopanego, przymila się do panny pasiecznikowej, po licznych zwrotach akcji zdobywa jej serce i inne organy, zaś okropna siostrzyczka orientuje się, że w jej wymarzonej dolinie już dawno pobudowano Wielką Skocznię. A na koniec odbywa się wesele córki jednego góralskiego biznesmena z synem drugiego biznesmena. Kapela gra, ludzie tońcom, a nawet polewają się szampanem. W dodatku co i raz na ekranie pojawiają się piękne pejzaże i nadobne elementy folklorystyczne. Urzekł mnie zwłaszcza spacer głównych bohaterów (hydraulik wędruje z ulem w ręku) sprzed szczytu Kasprowego Wierchu granią trochę w stronę Świnicy, a trochę wprost przeciwnie (wspaniała pogoda, świetna widoczność) do jakiegoś lasu, być może koło Nowego Bystrego, po to, by uszczknąć trochę wiszącego na gałęzi świerka roju pszczelego, który może stać się dworem przesłanej listem poleconym w plastikowym pudełku z Brukseli (ech, ta Unia…) królowej pszczół. I czego tu się czepiać? Jak z powyższego widać, to niewątpliwie jedna z zabawniejszych komedii polskich, z pewnym odcieniem romantyzmu: lasy, żeby nie powiedzieć – bory, przaśny, zdrowy lud, który wciąż pije, ale nigdy nie ma kaca, nawrócony gangster, ukarane zło, nagrodzone dobro, właściwie ulokowane tak uczucia, jak i pieniądze. Niewiele tu z szekspirowskiego Poskromienia złośnicy, ale przecież Szekspir jest obecny – gdzieś tam w tle pojawia się echo Romea i Julii, znajdzie się i jakaś aluzyjka do Fredrowskiej Zemsty, a niemniej – do Samych swoich i góralskich odpowiedników Kargula i Pawlaka. Niejeden popłacze się naraz ze wzruszenia, jak i ze śmiechu. Wierzę w to i tak czuję głęboko, no a czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko.

Jeden z internetowych komentatorów wyłamał się z chóru mędrkujących krytykantów i napisał, że chętnie obejrzy film drugi raz. Poszedłem, niestety, tym śladem i obejrzałem film drugi raz.

Dawno nie widziałem tak niemądrego filmu. I tak źle, po cepersku zrobionego. Pomijam idiotyczną fabułę, bo w końcu nie zawsze się uda coś wymyśleć takiego, żeby na raz było głupie i mądre, zabawne i uczuciowe, wzruszające i podniecające, ale dlaczego przed kolaudacją nie obejrzał tego jakiś obiektywny, znający realia widz? W Poskromieniu złośnicy wszyscy – no, prawie wszyscy – górale od świtu do nocy chodzą w strojach góralskich, jakby właśnie urwali się ze skansenu albo Festiwalu Folkloru. Wszyscy górale – z wyjątkiem głównej bohaterki, góralki jak złoto, mówią gwarą, a w każdym razie czymś, co udaje gwarę, nie koniecznie góralską, w każdym razie co chwilę mówią krucafuks. Przekleństwami też rzucają, ale umiarkowanie. Za to nieumiarkowanie piją, od śniadania do kolacji, i to wyłącznie wódkę. W dodatku zakanszają nie oscypkiem (który w filmie bodaj nie pojawia się w ogóle, co jest ewenementem) tylko kisconym ogóreckiem. Jedna z heroin zajmuje się pędzeniem bimbru o nazwie góralska litworówka, ale ta litworówka bynajmniej nie jest zielona, tylko ma kolor moczu wielbłąda. Taż bohaterska babcia zajmuje się także leczeniem chorób w sposób, który prawdopodobnie już w czasach Tetmajera wyszedł z użycia na Podhalu, a dziś powinien wzbudzić protesty ekologów i miłośników przyrody, a którego nie opiszę, bo podobno jak gazeta napisała o podlaskich szeptuchach, to ich liczba wzrosła kilkukrotnie, a ogłoszenia ich usług pojawiły się we wszystkich mediach społecznościowych w liczbie znacznie większej niż ogłoszenia usług towarzyskich. Wszystkie domy w Zakopanem (zdaje się, też w Kościelisku) są stylowe, piękne i drewniane, nawet poczta, wielka i ogromna, która zaanektowała dla siebie XIX-wieczny gmach Technikum Budowlanego. Ogrom tej inwestycji poraża zwłaszcza wobec faktu, że w poczcie, na co dzień rozdeptywanej pewno przez kilkuset dziarskich uczniów, pracuje tylko jedna pani. Nie od dziś wiadomo, co z Pocztą Polską zrobiły obecne władze, a zwłaszcza jej zwierzchnik, wicepremier Jacek Sasin. Zakopane ma nie tylko jedną urzędniczkę w ogromnej poczcie, ale także jedną lekarkę w dużym ośrodku zdrowia. Lekarka – do wszystkiego zresztą - jest niewysoką erotomanką, której udaje się pozyskać dla swoich potrzeb wielkiego gangstera, co znów kieruje nasze myśli do pana Buźki z Moonrakera i jego niedużej panienki w okularach o pasterskim imieniu Dolly. Czarny dąb, podobnie zresztą tak jak jakikolwiek dąb nie występuje na terenie Tatr, a Tatry nie mają dolin, które mogłyby być przedmiotem prywatnego handlu. Złoża czarnego kopalnego dębu (w Polsce występujące na Podkarpaciu i w lubuskim) stanowią według prawa własność Skarbu Państwa, ale nie takie zasoby Skarbu Państwa eksploatowane są dziś prywatnie, podobnie jest z czarnym dębem, wyroby z którego jak najbardziej realnie sprzedaje znany powszechnie biznesmen. Niestety, podobnie jak czarny dąb, nie związany z Zakopanem. No, ale z drugiej strony – nie jest to film dokumentalny i nie robił go David Attenborough, a komentarza nie czytała Krystyna Czubówna.

Jednak dla miłośników, a może bardziej – znawców Zakopanego (a znawcami Zakopanego są, jak wiemy, wszyscy Polacy oraz kilku Słowaków, Amerykanów i Watykańczyków) niezmiernie ciekawe będzie wypatrywanie realnych miejsc zakopiańskich i identyfikowanie aluzyjnie pokazywanych postaci. Nie będę ich, rzecz jasna, rozszyfrowywał, bo ani nie jestem pewien, czy rozszyfrowuję dobrze, ani nie chcę innym psuć zabawy. Bardzo mnie rozśmieszyli dwaj lokalni biznesmeni – jeden brunet z wąsem, drugi blondyn bez wąsa, przypominający dwóch znanych właścicieli dwóch stron Krupówek, ucieszyłem się widząc prawdziwą zakopiańską aktorkę, absolwentkę tutejszej Szkoły Artystycznej, grającą aspirującą do zamążpójścia panienkę w ciąży, zmartwiłem się, że największego obecnie folklorystę, grającego na wszystkim, w scenie wesela widać było mało, ale największym hitem personalnym jest według mnie obsadzenie Sławomira Zapały w roli załatwiającego wszystko doradcy biznesowego, nie znoszącego Zakopanego i narzekającego szczególnie na góralskie disco-polo. A potem tańczącego do melodii przeboju Miłość w Zakopanem. Szacun za dystans do siebie, a właściwie do roli, w którą opinia publiczna wpasowała Sławomira, który przecież zanim został gwiazdorem Sylwestra Marzeń był twórcą ewidentnych pastiszów, naśmiewających się z miłośników disco-polo.

No właśnie, pastisz. To chyba jest klucz do tego filmu. Bo kiedy po raz trzeci zacząłem się nad nim zastanawiać – zobaczyłem w nim cały bukiet mitów, powszechnych opinii, standardów i stereotypów, które już bardzo wiele lat temu zdominowały myślenie o Zakopanem. To coś, co niekiedy tutaj nazywa się ceperstwem – bo ceper, to nie jest tylko nie góral – co wobec trudności w określeniu, kto góralem jest, a kto nie, jest dość mało precyzyjną etykietą. Ceper to jest ktoś, kto się na podhalańskich lokalnościach nie zna, ale usiłuje się ubrać w kostium górala. A kostium ten go mocno uwiera i gryzie, jak góralskie portki umięśnionego bohatera romansu. Inna rzecz, że po zrzuceniu tych portek i całej reszty, uzdolniony hydraulik-alpinista w łóżku niczym specjalnym nie różni się od Hugha Granta, Brada Pitta i Michała Żebrowskiego. Może trochę od Buźki, ale to głównie w dziedzinie gabarytów. No, ale rozmiar podobno jednak ma znaczenie.

Nie oczekując więc w filmie realiów Szekspirowskich ani Fredrowskich, jeśli będziecie chcieli zobaczyć trochę Zakopanego i spraw zakopiańskich ceperskim okiem – weźcie sobie na dwie godziny urlop od rzeczywistości, która oglądana serio nie jest wcale lepsza od bajkowego Poskromienia złośnicy.

Najważniejsze jednak jest to, że koniec końców kopalni czarnego dębu w Tatrach nie zrobiono, złośnica została sympatycznie poskromiona, moja dawna uczennica ze Szkoły Artystycznej wyszła za mąż w kaplicy w Jaszczurówce, pszczoły z Brukseli pożeniły się z pszczołami z Tatr, a nielegalnie pędzona litworówka może znów lać się strumieniami. Co było do okazania.

----------------------------------

Poskromienie złośnicy, reż. Anna Wieczur-Bluszcz, scenariusz Hanna Węsierska, Wojciech Saramonowicz, Netflix 2022.

Obsada: Kaśka, naukowiec od pszczół – Magdalena Lamparska, Patryk, umięśniony motocyklista – Mikołaj Roznerski, Agata, jego siostra, bizneswoman – Dorota Landowska, góralscy biznesmeni Wacuś – Piotr Cyrwus i Jędruś – Tomasz Sapryk, Maryla, producentka litworówki i znachorka – Dorota Stalińska, Włodziu, wszechstronny urzędnik – Sławomir Zapała, Janka, lekarka – Magdalena Szejbal, Jagódka, narzeczona – Elżbieta Trzaskoś, Franek, narzeczony – Jan Kardasiński, Sławomir, spory egzekutor – Mariusz Wach, prezes banku – Piotr Polk. W pewnym momencie na ekranie pojawia się ubrany po góralski Adam Małysz, grający sam siebie na weselu Jagódki. Z przyjemnością zauważyłem drugą, poza Elą Trzaskoś, absolwentkę zakopiańskiej POSA – Hanię Turnau (z domu Wojak), było kilkoro członków rodziny Trebuniów Tutków, Majerczyków, Staszlów, w dziale technicznym pracowali też m.in. Maciej Wojak i Jan Wierzejski.