Maciej
Pinkwart
Ostatnie tango w Watykanie
Na kanwie niedawnej rezygnacji papieża media przypomniały film Nanni Morettiego Habemus papam, w którym rolę rzecznika stolicy apostolskiej zagrał brawurowo Jerzy Stuhr. Dziennikarze oczywiście, a i sam aktor sugerowali, że ten film miał charakter profetyczny i że to, co tam było fikcją, teraz przekształciło się w rzeczywistość. W tej sytuacji bardzo trafnie telewizja Canal + wprowadziła do programu (a może to był przypadek, czyli zrządzenie losu?) emisję tego filmu w ostatnich dniach i udało mi się go obejrzeć. Wcześniej jakoś nie było okazji czy ochoty.
Jakoś nie dostrzegłam owej profetyczności. Benedykt XVI, jak wiadomo, zapowiedział swoją abdykację po 8 latach pontyfikatu. W filmie Morettiego jest zupełnie inaczej: oto po śmierci naszego papieża zbiera się konklawe i po kilku nierozstrzygniętych głosowaniach, w czasie których odpadają wszyscy „pewniacy”, kardynałowie wybierają całkowitego fuksa – starego, w zasadzie nie znanego nikomu kardynała Melville'a, który wybór przyjmuje, ale spada to na niego jak grom z jasnego nieba, jak największe nieszczęście, z jakim mógłby się spotkać… Jego reakcją jest ucieczka: najpierw ucieka w głąb własnej psychiki, potem odmawia wyjścia na balkon i powitania zgromadzonych, a wreszcie – sprytnie ucieka z Watykanu i włóczy się po ulicach Rzymu.
Dobry film. Nie dlatego, że dotyczy papieża, że odbywa się w nieco
karykaturalnie pokazanym środowisku za spiżową bramą (zabawne rozmowy
psychoanalityka z kardynałami i ich terapia poprzez mecze siatkówki…) i że jest
to jakieś zderzenie świeckiego Rzymu z grzęznącymi w średniowieczu obyczajami i
terminologią Watykanu. To film o odpowiedzialności, o marzeniach i o –
paradoksalnie – wolności, którą daje stronienie od zaszczytów i najwyższych
stanowisk. Doskonałe role – i pierwszo, i drugoplanowe. Kapitalny jest Michel
Piccoli, mimo włoskiego nazwiska Paryżanin, były mąż Juliette Greco, dziś
88-letni aktor, rewelacyjnie grający nowowybranego papieża, w Watykanie będącego
zgrzybiałym i nawet niezbyt rozgarniętym starcem, a na wolności – gdy przypomina
sobie swoje niespełnione marzenia bycia aktorem – sprawiającego wrażenie
przesympatycznego, w pełni akceptowanego przez wszystkich starszego pana. Jerzy
Stuhr – występujący tu jako rzecznik Stolicy Apostolskiej, noszący wdzięcznie
brzmiące w uszach nowotarżan nazwisko Marcin Rajski – powraca do najlepszych
swoich czasów i znów jest
Wodzirejem:
trochę śmiesznym, trochę strasznym, na dobrą sprawę trzęsącym całym Watykanem.
Trochę to nieprawdziwe w stosunku do obu
znanych nam bliżej ostatnich pontyfikatów, ale dobrze wygląda w kontekście tego,
co wiemy o roli prasy w polityce. I to on bierze na siebie to, czego kardynałom
nie wolno, a przynajmniej nie wypada: kłamie przed dziennikarzami, zwodzi
kardynałów, oszukuje opinię publiczną umieszczając w pokoju prywatnym papieża
gwardzistę, którego sylwetka za oknem ma świadczyć, że papież jest w Watykanie,
że po wyborze się modli, a nawet słucha w radiu tanecznych melodyjek… Reżyser
Nanni Moretti obsadził sam siebie w jednej z głównych ról – świeckiego
psychoterapeuty, najlepszego w Rzymie, którego Rajski sprowadza do Watykanu, by
przeprowadził terapię zszokowanego Melville'a. Przerysowany, eksponujący swoją
naukowość, przeciwstawianą ortodoksyjnej schematycznej wierze, człowiek, który
działając w obrębie własnych naukowych schematów nie potrafi nic pomóc i
uwięziony przez rzecznika w Watykanie w zasadzie staje się jakimś paradoksalnym
kaowcem na papieskim dworze. I niewielka, ale ważna i dobrze zagrana rola
kardynała – kamerlinga, który sam jest początkowo głównym kandydatem na papieża,
a potem – głównym przegranym, który jednak w największym stopniu przeżywa to, że
jego nieoczekiwany konkurent ma nervous breakedown, godzący w same
podstawy watykańskiej tradycji. Kardynał Gregori, grany przez 74-letniego Renato
Skarpę pewno żałuje, że nie wygrał, bo zaoszczędziłoby to Watykanowi frustracji,
ale jest w pełni lojalnym uczestnikiem akcji „przywracania papieża” Kościołowi.
Jednak,
mimo wszystkich różnic, aktualna sytuacja sprawia, że nolens volens
porównujemy postawę i postępowanie bohatera filmu Habemus papam z decyzją
Benedykta XVI. On też, jak teraz słychać, przyjął wybór jak dopust Boży, ale
póki miał siły i zdrowie, ciągnął ten papieski rydwan bez buntu. I dopiero
teraz, gdy ocenił, że już Kościołowi nie może pomóc – odchodzi, by nie
przeszkadzać. To godna i pełna odpowiedzialności postawa, pierwszy taki krok w
historii Kościoła (jego prekursor w abdykacji, Celestyn V, 7 wieków temu panował
ledwie kilka miesięcy…), który zapewne stworzy precedens. I z drugiej strony, w
filmie - nieśmiały kardynał Melville, niedoszły aktor, który ucieka przed ciężarem władzy
i odpowiedzialności. Czy przez to jest mniejszy, czy grzeszy
nieodpowiedzialnością? Mógł przecież – powie ktoś – nie zgodzić się już na
początku, był wszak dwukrotnie pytany przez kamerlinga, czy wybór przyjmuje.
Otóż właśnie nie: nowowybrany papież, jak każdy z kardynałów jest przekonany, że
tego wyboru dokonał Bóg, a wypełniane przez elektorów kartki to tylko narzędzie,
jakim Najwyższy się posługuje… Boskiego wyboru kardynał odrzucić nie może, bo to
by oznaczało zanegowanie całego jego świata – może się tylko ugiąć pod jego
ciężarem. Po kilkudniowej wędrówce po Rzymie (gdzie w starych, cywilnych
ciuchach nikt go nie identyfikuje, jest przecież jest kompletnie nie znanym
kardynałem z prowincjonalnej diecezji) papież wraca do Watykanu, przebiera się w
szaty pontyfikalne, wychodzi na słynny balkon, słucha przez chwilę wiwatującego
tłumu, po czym oznajmia, że nie da rady być papieżem, odwraca się i już bez
słowa odchodzi. Powiewające flagi i transparenty jakby ze wstydem nikną w
tłumie, wychodzą kardynałowie – elektorzy i tak, bez słowa, kończy się ten film:
bardzo ludzki, bardzo zwyczajny, a przez to – bardzo religijny. Ale tę prostotę
i ludzką zwyczajność religii znamy z czasów bardzo odległych, dziś prawie
zapomnianych. Ten ludzki wymiar wiary chrześcijańskiej wszakże bliższy jest
Kazaniu na Górze, modlitwie w Getsemani i spotkaniu w Wieczerniku niż kapiącym
od złota bazylikom - olbrzymom z Jamusukro na Wybrzeżu Kości Słoniowej i
polskiego Lichenia, Chrystusowi ze Świebodzina czy Rio de Janeiro i blichtrowi
lokalnych episkopatów.