OKNO
Znów zapiekło go ostro w żołądku. Przełknął odrobinę wystygłej herbaty i zakrztusił się, kiedy trociny fusów osiadły mu na języku. Odsunął na krawędź stołu popielniczkę ze stertą niedopałków i sięgnął po talerz, stojący dalej, w cieniu. Pozostawione po wczorajszej kolacji dwie kromki chleba z serem zeschły się, mimo że przykrył je plastykową torebką. Z trudem zmusił się do jedzenia.
Robił to wszystko niemal automatycznie, nie odrywając wzroku od okna, za którym wysokie topole rzucały brudne plamy cienia na zakurzoną ulicę. Zajmował piętro niewielkiego domu, nieco z dala od centrum miasta, przy końcu głównej ulicy. Przez okno, między drzewami, widać było kawałek jezdni, może 10 metrów. Ulica potem zakręcała, z lewej niknąc za wysokim budynkiem mieszkalnym, z prawej łącząc się koło niewielkiego baru "Samanta" z niemal polną dróżką, noszącą - jak koszulę ze starszego brata - miano bohatera narodowego. Od tej właśnie, można by powiedzieć, stojącej na palcach uliczki, która udawała, że jest czymś więcej niż jest - biegła wąska ścieżka do furtki jego domu.
Przez kilka pierwszych dni co godzinę zmieniał miejsce
obserwacji, przechodząc z pokoju do niewielkiego okna w kuchni,
skąd miał widok na furtkę i uliczkę na wyrost. Potem doszedł
do wniosku, że od strony dworca autobusowego i tak nie
przyjdzie, a z dworca kolei najbliżej jest przez ulicę
Główną. Tę, którą widział z pokoju.
A tak naprawdę, to nie chciało mu się ruszać z miejsca.
Pierwsze godziny i dni oczekiwania płynęły dość nerwowo,
biegał z pokoju do kuchni, raz nawet wyszedł z domu i sztucznie
niespiesznym krokiem spacerowicza powędrował ulicą Główną w
stronę dworca. W połowie drogi zawrócił jednak szybko,
przestraszony, że może jednak - choć to nieprawdopodobne - ona
przyjedzie autobusem i zastanie drzwi zamknięte. Potem
zrezygnował z ryzykownego wybiegania losowi naprzeciw i
siedział przy oknie, wpatrzony w ulicę, a właściwie jej
dziesięciometrowy fragment, odarty z drzew jakimś
błogosławionym huraganem.
Wstawał rano, przed nadejściem pierwszego pociągu. Golił się starannie, zazwyczaj w wesołym nastroju pogwizdując w łazience i co drugi dzień wychodził do sklepu przy ulicy Głównej. W porze, kiedy tam przychodził, przywożono właśnie pieczywo i stojąc w kolejce gospodyń domowych, wybiegających z domu nierzadko jeszcze w szlafrokach i przydeptanych papuciach, obojętnie przysłuchiwał się zabieganym rozmowom na temat pogody, dzieci, wnuków i zaopatrzenia sklepu - słowem tego, co nurtowało mieszkańców miasteczka. Był, zdaje się, jedynym obcym w tym towarzystwie, ale też szybko się doń przyzwyczajono.
Z papierową torbą pod pachą wracał z zakupów, zjadał pośpiesznie śniadanie i siadał przy stoliku pod oknem. Rozkładał przed sobą stertę notatek i przez kilka chwil udawał przed sobą, że pracuje. Ale już koło dziesiątej spojrzenie coraz częściej uciekało za okno, myśl nieodwracalnie porzucała pracę i wreszcie zrezygnowany odsuwał notatki i oparłszy głowę na dłoni, lokował wzrok w wyrwie między drzewami.
Dziś nie poszedł do sklepu, mimo, że wypadał dzień parzysty. Od kilku dni stracił apetyt, zresztą miał jeszcze jakieś zapasy. Słońce świeciło coraz mocniej, na niebie nie było ani jednej chmurki, po ulicy przejechała wolno żółta polewaczka. Nieliczni przechodnie usuwali się na skraj chodnika przed poziomą fontanną. Jezdnia nagrzana letnim słońcem szybko parowała. Dochodziło południe.
Zmusił się do przymknięcia powiek. Siedział w cieniu - długi
okap zatrzymywał słońce na zewnątrz pokoju. Pomyślał, że
gdyby dom miał z tej strony balkon, przez kilka ostatnich dni
mógł już być opalony na Murzyna.
Który to dziś dzień? Dziesiąty, czy dwunasty? Stracił
rachubę czasu, nie wiedział jaki jest dzień tygodnia, a
rozregulowanie systemu zakupów sprawiło, że nie wiedział
też, czy przypadkiem nie zostanie bez zapasów na niedzielę.
Ocknął się z zamyślenia i znów zobaczył ulicę. Machinalnie
rejestrował przejeżdżające samochody i wyobraził sobie, że
być może w chwili, kiedy miał oczy zamknięte, ona minęła
jego fragment chodnika i, zasłonięta ścianą domu skręca
teraz do furtki. Za chwilę rozlegnie się nerwowy brzęczek
dzwonka, on popędzi na dół i usłyszy:
- Jestem. Czekałeś?
Minęło pięć minut. Nic. Zszedł na dół i sprawdził na wszelki wypadek, czy dzwonek działa. Działał. Wrócił na górę, usiadł przy oknie.
Najbardziej na świecie chciał jednego. Żeby teraz, w tej
właśnie chwili, zza wysokiej topoli, której gruby konar w
połowie wysokości musiał być kiedyś złamany przez wiatr i
pochylał się nad chodnikiem - żeby zza tej lewej futryny jego
okna pojawiła się szczupła sylwetka w pomarańczowej bluzce, z
torbą podróżną na ramieniu. Żeby na chwilę przystanęła,
popatrzyła na dom i dojrzawszy go w pokoju - machnęła ręką
na powitanie. Żeby wiatr rozwiał za nią długie, czarne
włosy...
Widział ten film tysiące razy. Co chwilę cofał w myśli
taśmę i zatrzymywał w tym geście: wzniesiona ręka,
pomarańczowa bluzka, rozwiane wiatrem włosy.
Z trudem dokończył chleb i włączył grzałkę, żeby zagotować herbatę. Z całym gospodarstwem przeniósł się do pokoju - wychodzenie do kuchni groziło przegapieniem tego momentu, gdy zza topoli pojawi się szczupła sylwetka w pomarańczowej bluzce...
Pomyślał, że siedzi w tym miasteczku już drugi miesiąc i jeszcze go w ogóle nie zna. Początkowo czas upływał mu na intensywnej pracy i niedalekich, wieczornych spacerach. Kiedyś wyszedł za miasto, żeby obejrzeć ruiny zamku i tam się poznali. Trzy dni, dwa spotkania i to idiotyczne pożegnanie: "Przyjadę z początkiem miesiąca. Może na tydzień, może na dwa. Czekaj na mnie, przyjdę od razu do ciebie."
No, to czekał.
Odpoczywał właściwie dopiero nocą, po odczekaniu kwadransa od przyjazdu ostatniego pociągu. Wtedy pisał listy do znajomych, buszował po bibliotece przyjaciela, śpiesznie klecił następny rozdział pracy. Właściwie po to tu przyjechał - kiedy przyjaciel zaproponował mu przeniesienie się na okres wakacji do niego, gdzie od paru lat dorabiał się jako prowincjonalny lekarz - przystał na to z ochotą. Po całorocznej harówce w szkole, po hałasie i spalinach wielkiego miasta, perspektywa zniknięcia w odległej, przez Boga i ludzi zapomnianej mieścinie wydała mu się szczególnie atrakcyjna. Spakował więc notatki do swego doktoratu, parę ciuchów i jednym z tych żółto-niebieskich pociągów przyjechał tutaj. Zaprzyjaźniony lekarz tego samego dnia załadował rodzinę w samochód i wyjechał za granicę. Tak się złożyło, że zajmujący parter domu lokatorzy też niebawem wynieśli się na wakacje. Miał zatem idealne warunki do pracy. Napisał 20 stron.
Woda zagotowała się, zalał fusy wrzątkiem. Spojrzał na zegarek. Minęła pierwsza. "Z samego rana pewno nie wyjechała. Najwcześniej koło 10, 11-tej. Licząc przeszło dwie godziny jazdy... Teraz jest najlepsza pora."
Przez pierwsze dni denerwował się. Irytowało go, że się tak nieprecyzyjnie umówił, że traci czas, czekając. Irytowało go to, że się irytuje. Próbował myśleć logicznie. "Korzystaj z czasu. Jak ma przyjechać - przyjedzie bez twojego czekania. Rób swoje, w pracy czas szybciej zleci".
Potem próbował machnąć na to ręką.
"Takie głupiątko. Chwilowa fascynacja, potem przyszło opamiętanie, potem zapomniała. Niepotrzebnie czekasz, na pewno nie przyjedzie."
W piątym dniu czekania dostał pierwszy list. Od niej. Po kilku zdaniach ogólników przeczytał, że się zaczyna pakować i nie pisze dużo, bo i tak zobaczą się za parę dni. Spojrzał na datę - wysłany dwa dni temu. A więc może dziś... No, najdalej jutro...
Potem przyszła jeszcze jedna wiadomość, na widokówce: lada dzień się spotkamy, czekaj...
No, to czekał.
Jak był młodszy, nienawidził czekania. Z dziewczyną, która dwa razy spóźniła się na randkę 15 minut, zerwał, mimo że przedtem sądził, że to najciekawsza historia jego życia. Spóźniający się pociąg doprowadzał go niemal do szaleństwa.
Potem, z upływem lat, kiedy na coraz więcej rzeczy przyszło mu w życiu czekać, znajdywał w tym jakąś dziwną, masochistyczną nieco przyjemność. Czekanie zwiększało satysfakcję odsuniętego spełnienia, niejako wzmagało apetyt. Teraz, analizując swój stan, stwierdzał, że jest to sytuacja wysoce stresowa. Jego uczucia rysowały podwójną sinusoidę: co wieczór kładł się spać z poczuciem przygnębienia i zawodu, co rano budził się pełen nadziei: to na pewno dziś. I drugie wahadło, szybciej tykające: każda sylwetka, pojawiająca się za drzewami mogła być nią i każda po chwili stawała się kimś innym, obcym i wrogim.
Znał już wszystkich okolicznych mieszkańców, z daleka poznawał ich postacie. Machinalnie odprowadzał ich wzrokiem, gdy mijali jego fragment ulicy i automatycznie odwracał oczy do lewego skraju okna. Nowa osoba, nowa nadzieja i nowe rozczarowanie.
Spojrzał na zegarek i zapalił papierosa. Przedwczoraj narzucił sobie reżim: nie częściej niż co godzinę. I zupełnie nie wiedział, jakim cudem wypala półtorej paczki dziennie. Co godzinę na niewielki peron stacyjki wjeżdżał żółto-niebieski pociąg. Odczekiwał 15 minut i zaczynał się denerwować. Jeszcze przez chwilę oszukiwał się nadzieją, że może iść wolniej, że czeka na taksówkę, że może pociąg się spóźnił... Mijała godzina, przychodził następny pociąg i wszystko zaczynało się od początku.
Próbował jakoś zracjonalizować sprawę, ale nie udawało mu
się. Tłumaczył sobie, że to nie ma sensu, że przecież nic
do tej dziewczyny nie czuje i niczego sobie po jej wizycie nie
obiecuje. I denerwowało go zarazem, że tak właśnie jest
naprawdę. Nic do niej nie czuł. Spotkali się dwa razy,
spędzili czas na przyjemnej rozmowie, która jednak nie
wychodziła poza ogólniki. Rozważanie turystycznych uroków
miasteczka, mętne wywody filozoficzne...
Po południu upał nieco zelżał, a od zachodu pojawiły się chmury. Trzy dni temu,
tak jakoś o tej samej porze, zerwał się wiatr i zaczął padać tak ulewny deszcz, że ulica przed domem
znikła jak za gęstą firanką. Przymknął wtedy oczy i
wsłuchiwał się w szum ulewy. Odpoczywał.
Wzruszył ramionami. Jasne, że nie zabierze się do pracy, i tak zupełnie nie mógł skupić myśli. Żeby chociaż jakaś książka... Ale zaprzyjaźniony lekarz uważał widać, że biblioteka jest bardziej do pokazywania w salonie niż do używania - więcej było książek ładnie oprawionych niż ciekawych, więcej tych, które wypada mieć niż takich, które chce się czytać. Porządny kryminał z dziesięcioma trupami w wannie może byłby go w stanie oderwać od okna. Eliza Orzeszkowa raczej nie.
Pomarańczowa bluzka, długie, rozwichrzone włosy... Taką ją zapamiętał z ostatniego spotkania. Ta wzniesiona ręka to też rekwizyt z ostatniej chwili, przeszło miesiąc temu. Niewiele więcej pamiętał. Przez ten cały czas, kiedy tkwił w oknie czekając na nią - tylko raz przypłynęła do niego wyrazista wizja jej twarzy. Jeden raz.
Wstał, przecisnął się obok stolika i wyjrzał przez okno. Na dole różnobarwne kwiaty układały się w dziwne wzory na klombie, wiatr kołysał lekko krzakami róż.
Ulicą Główną przejechała taksówka, hamując z piskiem przed zakrętem. Wyprostował się szybko, spojrzał w tamtą stronę i zakręciło mu się w głowie. Powinien unikać gwałtownych ruchów, chyba z krążeniem coś jest nie w porządku. Przysiadł na stoliku, długopis potoczył się po blacie i spadł na podłogę. Chciał go podnieść, ale dał spokój. Oddychając głęboko, nasłuchiwał, czy samochód nie zatrzymał się przy jego domu. Niewidoczny stąd wóz zazgrzytał niewprawnym przełączaniem biegów, warkot silnika niósł się jeszcze przez chwilę z wiatrem i ścichł gdzieś za drzewem. Nie.
Wrócił na fotel, podniósł z podłogi długopis i rzucił go na stół. Czuł się osłabiony jak po długiej chorobie. Uśmiechnął się gorzko i pomyślał, że gdyby nawet przyjechała, choćby w tej chwili, nie miałby już sił, żeby się z tego cieszyć. Gdyby przyjechała... Czy potrafiłby się cieszyć...
Znów wyobraził sobie ten moment. Wychodzi powoli zza tej topoli z ułamanym konarem, zatrzymuje się na chwilę, szukając wzrokiem tego właśnie domu. Wiatr bawi się jej włosami, pomarańczowa bluzka połyskuje w świetle zachodzącego słońca. Podnosi rękę, potem znów chwyta torbę i szybszym już krokiem idzie dalej, by zniknąć za drzewami z prawej strony. Potem nie widać jej dłuższą chwilę, ale on już zbiega w dół do furtki, zostawiając wszystkie drzwi otwarte. Staje na drodze bez ruchu, ona uśmiecha się lekko i mówi:
- Jestem nareszcie. Czekałeś?
Nie potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie. Jak opowie jej o tym, że czekał? Że czekał tak bardzo, że wszystko razem z nim było jak w letargu, było tym czekaniem?
Za topolami zamajaczyła wysoka sylwetka. Zmierzchało się. Coś pomarańczowego. Niemożliwe, to nie może być ona. Już w to nie wierzył. A jednak...
Wstrzymał oddech, potem spokojnie powiedział:
- Idiota. Zupełny kretyn.
Zza topoli wyszła dziewczyna popychająca pomarańczowy wózek dziecinny. Znał ją z widzenia, była córką sąsiadów z ulicy bohatera narodowego.
Wyjął następnego papierosa z paczki, Jeśli zapalniczka zapali się od razu, przyjedzie - pomyślał i pstryknął. Zapaliła się. Pstryknął jeszcze dwa razy. Płomyk drżał od podmuchów wiatru. Przypalił papierosa, odłożył ronsona i wzruszył ramionami. Miał dobrą zapalniczkę, to wszystko.
W środku był rozdygotany i zupełnie nie potrafił wziąć się
w garść. Wieczorem, kiedy próbował trochę spokojniej
pracować, po godzinie czy dwóch czuł się tak zmęczony, że
zostawiał wszystko i walił się spać jak po całodziennej
harówce.
Wiele lat temu, kiedy był dorastającym chłopakiem, chodził
spać wcześnie i długo leżał w łóżku przed zaśnięciem,
wyobrażając sobie różne rzeczy. Co by było, gdyby wygrał
milion. I jakby było, gdyby złotowłosa Elka, siedząca w
ławce przed nim w dziesiątej klasie, poszła z nim za miasto,
nad rzekę. Teraz, wyrwany z codziennej rzeczywistości,
zamknięty z własnej woli w tym podmiejskim domku, próbował
wrócić do dziecinnych marzeń przed snem. Nie mógł. Zasypiał
kamiennym snem, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki.
Śniły mu się różne rzeczy, ale nigdy nie zdarzyło mu się
wyśnić jej, tej na którą czekał. Ubiegłej nocy wędrował
we śnie przez wielką, nie mającą początku ani końca łąkę
i gdzieś, za wzgórzami otaczającymi miasteczko spotkał
zapłakaną dziewczynę, której nigdy przedtem nie widział. Nie
przypominała w niczym tej, na którą czekał, ani żadnej
innej. Wziął ją za rękę i zaczęli wracać do miasta. Przy
rogatkach, przypominających wieże strażnicze, dziewczyna
zatrzymała się, spojrzała na niego i powiedziała coś, czego
nie zrozumiał. Powtórz głośniej, powiedział. Popatrzyła na
niego i powiedziała to samo. Znów nie rozumiał - mówiła w
jakimś dziwnym, nie znanym mu języku. To znaczy, wydawało mu
się, że zna te wszystkie słowa, ale znaczą one coś zupełnie
innego i związki między nimi są niewłaściwe. Dziewczyna
wyjęła z kieszeni spodni długą, zieloną wstążkę,
zawiązała mu na szyi jak krawat i szybko odbiegła w stronę
wzgórz. Dopiero teraz zauważył, że była bosa.
- Zmarzniesz! - zawołał za nią i obudził się. Była piąta rano i zdawało mu się, że zerwał go jakiś hałas. W piżamie zszedł na dół, przekonany, że ktoś dzwoni do drzwi. Nikogo nie było. Różowy świt malował chmury, na kwiatach srebrzyła się rosa. Wrócił na górę, zapalił papierosa i zaczął się zastanawiać nad tym snem. Teoretycznie widział, że to prawie niemożliwe, by widzieć we śnie kogoś nieznajomego - sny są zwykle projekcją tego, co już było. Ale kiedyś już się tak zdarzyło: wyśnił sobie dziewczynę, którą w kilka dni później poznał. Zgadzało się wszystko, nawet strój. To była właśnie ta dziewczyna, z którą bardzo chciał się ożenić i z którą zerwał przez jej niepunktualność.
Zdusił papierosa w popielniczce i poszedł do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. Od paru dni jadł dwa razy dziennie, rezygnując z wychodzenia na obiad. Początkowo około drugiej chodził do "Samanty" zostawiając w drzwiach kartkę, że zaraz wraca. Siadał przy stoliku pod oknem, wychodzącym na ulicę Główną. Kiedyś ktoś zajął ten stolik. Więcej do "Samanty" nie poszedł.
Zamarznięte w lodówce masło nie dawało się rozsmarować na chlebie. Usmażył na gazie jajecznicę i zjadł szybko prosto z patelni, parząc sobie usta. Przez okno kuchni widział teraz furtkę i uliczkę bohatera narodowego, odciętą od ogrodu żywopłotem. Za nielicznymi zabudowaniami po drugiej stronie rósł niewielki las sosnowy, dalej ciągnęły się łąki i pola, kończące się daleko pofałdowaną linią wzgórz, wyraźnie odcinających się teraz od różowiejącego zachodzącym słońcem horyzontu.
Pomyślał, nie wiadomo który już raz, że marnuje wakacje. Że ten czas, wyrwany z codzienności, winien spędzić tam, na łąkach i wzgórzach. Że trzeba by wyjść z domu o świcie i jedną z tych rysujących się wyraźnymi kreskami ścieżek pójść aż do zmęczenia, bez żadnego celu, dla samego marszu. I znaleźć to miejsce, którego szukał tyle lat...
Urodził się trzydzieści parę lat temu w podobnym miasteczku, gdzie kilkaset domów, skupionych w centrum, rozpraszało się w podmiejską dzielnicę willową, by jeszcze dalej, wśród pól i lasów, bez żadnej wyraźnej granicy przeistoczyć się w wiejskie zabudowania gospodarskie.
Z dzieciństwa niewiele obrazów pozostało w jego pamięci. Ale z całą wyrazistością pamiętał to miejsce, do którego na dziecinnych nogach szło się niewiarygodnie długo, tam, gdzie pozostawały z tyłu szumiące dęby, gdzie kończyły się ostatnie stodoły i wszystko, co mógł zobaczyć na codzień. Matka, z czerwoną przepaską na jasnych włosach, niosąca torbę z wiktuałami, ojciec, trzymający go za rękę, z brązowym kocem przerzuconym przez ramię, on sam w krótkich spodenkach, z podrapanymi kolanami, poparzony przez pokrzywy. Dochodziło się do niewielkiej rzeczki, zarośniętej tatarakiem i odurzającą miętą, potem szło się w górę jej biegu aż do szerokiego zakola, gdzie rzeka wymyła spory kawał piaszczystej plaży. Rodzice układali się na kocu w cieniu wysokich krzaków leszczyny, on biegał po wydmach, zsuwając się na brudnych piętach w gorącym piachu. Była ogromna cisza, powiększana jeszcze cykaniem polnych koników, gwizdami ptaków i leniwie bulgotliwym szemraniem rzeki. Niedaleko brzegu sterczał w nurcie duży, nagrzany głaz, na którym kładł się na brzuchu i wpatrywał się w wodę. Biegały po niej nartniki na pajęczych nogach, czasem mignęła niewielka ryba o srebrzystych bokach i nakrapianym grzbiecie. Odwracał się potem na plecy i czując na gołej skórze przyjemną, ciepłą szorstkość kamienia, zanurzywszy dłonie w wodę, patrzył w niebo, po którym przepływały chmury o fantastycznych kształtach.
Dwa razy był tam z rodzicami, a potem, podczas spacerów, samotnie czy w towarzystwie - nigdy nie udało mu się tego miejsca znaleźć.
Wstawił patelnię do zlewu i wrócił do pokoju, na swoje miejsce pod oknem.
Zmierzchało. Różowiejące na zachodzie chmury rzucały dziwne, perłowe światło na rozrzucone na stole papiery. Notatki pokryły się warstwą kurzu i drobinami popiołu z papierosów. Rozejrzał się i stanowczo zadecydował, że jutro z rana bierze się do porządków.
Na ulicy Głównej zapaliły się lampy. Z przyjemnością wpatrywał się w żółte światło, spływające łagodnie na szarozielone pnie topoli. Światło elektryczne, w porównaniu do wielkomiejskich jarzeniówek, było takim samym relaksem dla oczu, jak świeca zapalona po zgaszeniu żarówki.
Lampy przypominały mu ulicę, przy której mieszkał w swoim miasteczku. Drewniane, smołowane słupy, po których wspinali się robotnicy w brudnych kombinezonach, z przytwierdzonymi do nóg metalowymi pałąkami, szczerzącymi ostre zęby, przytrzymywani skórzanym pasem. Strzelanie z procy do ulicznych żarówek było jedną z ulubionych rozrywek jego rówieśników i co kilka dni dostarczało roboty słupołazom.
W świetle lamp, w szarzejącej godzinie zmierzchu, widoczny przez okno fragment ulicy był cichy i opustoszały. Tylko co kilka minut niespiesznym krokiem zmierzali do swego celu jacyś spóźnieni przechodnie. Nie wypatrywał już szczupłej sylwetki w pomarańczowej bluzce. Zresztą, ochłodziło się i na pewno miałaby na sobie jakąś kurtkę, czy sweter...
W głębi pokoju stało radio i pomyślał, że dobrze byłoby wstać i włączyć je cicho, wypełnić dobrą muzyką ciszę, wyłażącą z ciemnych kątów mieszkania. Ale siedział dalej, machinalnie przyglądając się nielicznym przechodniom. Liczył na nią, na tych kilka dni wyjętych z codzienności, będących niejako na marginesie. Związek między nimi - bardziej wyobrażony niż istniejący - był szczery i swobodny, tą szczerością i swobodą, jaka cechuje przyjaźnie zawarte na czas podróży w tym samym przedziale kolejowym. Po wyjściu z pociągu zapomina się na ogół o najsympatyczniejszym nawet partnerze podróży - i dzięki temu można być wobec niego całkowicie szczerym. Jeśli nawet się gra - można grać konsekwentnie.
Za kilka dni, za tydzień, za dwa - porzuci to miasteczko, wyjedzie i nigdy tu nie wróci. Jeżeli spotka ją na ulicy swojego miasta - zamienią kilka zdawkowych słów i rozejdą się w swoje strony, niepotrzebni sobie, przekonani, że nie mają nic wspólnego. Tutaj, w tej sennej ciszy prowincjonalnych uliczek, zaczynających się w rynku, a kończących wśród pól i łąk, na dalekich spacerach bez celu, podczas wieczornych rozmów o wszystkim i niczym, odseparowani od rzeczywistości byliby więksi, lepsi - bo ograniczeni czasem.
Duży krzak jaśminu rosnący pod oknem wyglądał jak przysypany watą. Zerwał się wiatr i topole szumiały coraz głośniej. Kilka kartek spadło ze stołu na podłogę. Wstał i zamknął okno.
Nie zapalał światła, mimo że mrok pozacierał już litery na notatkach i wydobywał z głębi mieszkania coraz ciemniejsze myśli. Wiedział, że z chwilą, gdy przekręci kontakt, zniknie za oknem ulica Główna i kolejne godziny czekania zsumują się ze wszystkimi nieudanymi momentami w jego trzydziestoczteroletnim życiu. Przysunął się do stołu i położył głowę na łokciu. "Czekanie ogromnie męczy - pomyślał - tak samo jak męczy sam apetyt, bez dobrej kolacji..."
W rodzinnym domu, który już tak daleko od niego odpłynął - szczególnie uroczyście obchodziło się jego imieniny. Na przeszło miesiąc naprzód ustalał z rodzicami listę gości, matka żartobliwie przedkładała mu "do akceptacji" menu, długie wieczory przed zaśnięciem spędzał na układaniu szczegółowego scenariusza zabawy. Wiele dni zajmowała dekoracja domu, jakieś kotyliony, losowanie partnerów, przygotowywanie pokoju dla dzieci i pokoju dla dorosłych... Często sama uroczystość była znacznie mniej ciekawa niż to ekscytujące oczekiwanie, ten stan napięcia "przed". I to liczenie czasu: już za tydzień, już jutro, już za dwie godziny...
Uśmiechnął się, nie otwierając oczu - ile to już lat temu! Od ilu to już lat imieniny to tylko obowiązkowy koniak z ciasteczkami, stawiany kolegom w pracy i tradycyjne już od jakiegoś czasu samotne pójście do teatru...
Okno tworzyło teraz ramę sielankowego obrazka o barwach mistrzów holenderskich: ciemna, prawie czarna zieleń drzew ulicy Głównej, bliżej prawie czarna czerwień róż i poszarzała biel kwiatów jaśminu, daleko - różowiejąca jeszcze czerń wzgórz, otaczających miasteczko.
Prawa ręka opadła mu na kolano, poprawił się na fotelu i oddychał coraz spokojniej. Przez chmury przebił się skrawek księżyca i oświetliwszy pokój, wydobył z mroku połyskujące matowo szyby biblioteki, stonowaną teraz szaro-brązową narzutę na tapczanie, opalizujący ekran telewizora...
Wokół lamp krążyły ćmy, wiatr ucichł i odgłos kroków niósł się daleko po ulicy. Ale on już tego nie słyszał - widział teraz siebie, w wypłowiałym sweterku z niebieską tarczą na rękawie, z wielkim, czarnym wilczurem na smyczy, spacerującego obramowaną wysokimi dębami uliczką, pod elektrycznymi latarniami, wydłużającymi i po chwili skracającymi jego cień. Na żwirowanej ścieżce pod oknem zazgrzytał odgłos kroków. Trzasnęła furtka. Poruszył się, przełożył głowę na drugi łokieć. Pies wyrywał się, więc spuścił go ze smyczy. Biegli teraz razem, od latarni do latarni. Dzwonek przy drzwiach zabrzęczał cicho, jakby niepewnie. Oddychał ciężko, zmęczony biegiem, pies wywalił różowy język i zadowolony merdał ogonem. Zawrócili do domu. Dzwonek zadźwięczał drugi raz. Rozejrzał się czy nikt nie widzi, przywołał psa do nogi, wyjął z kieszeni procę i strzelił podniesionym z ziemi kamykiem do najbliższej latarni. Pocisk trafił z hałasem w obudowę żarówki, nie wyrządzając jej szkody. Pies szczeknął krótko, jakby z dezaprobatą. Dzwonek przy drzwiach brzmiał wyraźnie z irytacją.
Podniósł głowę, przetarł oczy i otworzył okno. Na ulicy Głównej wolno przejechał samochód. Zapalił światło. Postanowił wyjść na spacer.