Maciej Pinkwart
Życie seksualne Nowotarżan
na ścieżce spacerowej
Obowiązkowa godzinka na ścieżce spacerowej. Pogoda ładna, samopoczucie nie
gorsze niż zwykle, więc nie ma pretekstów, żeby się od obowiązku uchylić. Ale
tych spacerów nie lubię, głównie dlatego, że obowiązkowe. A w dodatku byłyby
szalenie nudne, gdyby nie to, że można się do nich nastawić jak Bronisław
Malinowski podczas podróży na Wyspy Triobriandzkie: stosować naukowe podejście
do rzeczy banalnie zwykłych. To pozwala zresztą choć na krótki czas nie myśleć o
tym, co jest powodem obowiązkowości tych spacerów.
Dzień zwyczajny, ani nie święto, ani nie weekend, ani nie piknik lotniczy. Ale
wielu Nowotarżan wyprowadza dziś, jak co dzień, na spacer swoje telefony – albo
pieszo, albo rowerem, albo prowadząc zarówno konwersację, jak i wózek dziecięcy.
Woda w Dunajcu jeszcze jest, w końcu to nie Wisła przy warszawskich Bulwarach,
ale już taka, że przechodzą ją pieszo nie tylko miejscowi wędkarze, ale i
okoliczne psy, jedni i drudzy nie zamaczając nawet ogona. Osowiałe mewy grzebią
w coraz większych kępach trawy, wyszukując w nich co smaczniejsze odpadki życia
miejskiego, ale na rzece rządzą kaczki, pływające, brodzące i polatujące nieco
reumatycznie. Kaczki, niestety, nie odleciały w przeciwieństwie do bocianów.
Wysoko nad wysychającą strugą leci boeing, zapewne na trasie z Katowic do
Antalyi, albo z Manchesteru do Abu Dabi. Jedna z miejscowych działaczek uparcie
lansuje tezę, że boeingowe ślady zostawiane przez smugi kondensacyjne nad Polską
to zabójcze chemi-trailsy, wpływające negatywnie na zdrowie ludzi. Gdyby to była
prawda, w dodatku związana ze stanem psychicznym, wiele spraw w Polsce stałoby
się bardziej zrozumiałych. Nie mając ambicji wylatywania nad poziomy, przysiadam
na jednej z dwóch ławeczek, jakie udało się po wielu miesiącach wyprosić u
lokalnych władz, które – jako ludzkie paniska – ustawiły je w okresie
poszukiwania poparcia emerytów przed wyborami samorządowymi. Podczas kolejnej
kampanii, prezydenckiej, na asfalcie przed ławeczką jakiś miejscowy lub
przyjezdny polityk wydrapał wersalikami sugestię seksualną odnoszącą się do
jednego z kandydatów. Nazwisko kandydata – długie, więc wydrapane ciasno małymi
literami tak, by się zmieściło w poprzek ścieżki – już w zasadzie zanikło, nie
widać więc kogo napis dotyczył, dziś pozostało tylko ogólne wezwanie seksualne,
które można w zasadzie rozpatrywać w aspekcie nieudolnych prób zwiększenie
dzietności w Nowym Targu. Trochę chamskie, prawda, ale to akurat tutaj nikogo
nie dziwi, o oburzaniu się nie wspominając. Babcie z wnukami (i z telefonami),
ojcowie z dziećmi na rowerach (i z telefonami), staruszkowie z laskami (i z
telefonami), laski z dziadkami i wnukami (i z telefonami) przechodzą mimo,
omijając wzrokiem miejsce paraerotycznej inskrypcji.
Kilkaset metrów dalej podobny napis, zaopatrzony dodatkowo w poglądowy, choć
mocno przesadzony w wymiarach rysunek, dotyczy jednego z osobników z pobliskiego
osiedla. Kiepskie umiejętności plastyczne, w połączeniu z kompulsywnym
powtarzaniem seksualnego wezwania i imienia odnośnego bohatera wezwania każą
sądzić, że i rysujący, i rysowany (no, bez przesady – narysowany był tylko jeden
szczegół, ale w rozmiarach Priapistycznych) niewątpliwie razem mają mniej niż
wynosi ustawowa granica wieku, umożliwiająca dokonywanie czynności, do której
napis zachęca. W zasadzie to już nie zachęca – najpierw ktoś – albo nazwany z
imienia bohater inskrypcji, albo przedstawiciel miejscowej parafii lub też
organów porządku publicznego imię owo zamazał całkiem, czynność seksualną tylko
trochę, ale pozostawił organ. Nieistotne – bezlitosny (a może w tym przypadku:
litościwy) czas, zmienna podhalańska pogoda i tysiące stóp, wykonujących
codzienne obowiązkowe tysiące kroków już niebawem uporają się z tym problemem,
który już nawet dziś, a nawet już wczoraj nie był prawdziwym problemem dla
hasających po nim dzieci, przechadzających się panien w każdym wieku i dostojnie
kroczących panów, a nawet radnych miejskich płci obojej.
Dawno, dawno temu, kiedy spacerowałem tu dla przyjemności, a nie z obowiązku,
zauważyłem napis, wykonany kolorową kredą i powtarzający się w kilku miejscach –
I love Krycha. Wzruszyło mnie, bo to i romantyczne, i świadczące o
znajomości przynajmniej dwóch słów w języku obcym, i niejakiej familiarności, by
nie rzec – rubaszności w, przepraszam za wyrażenie, stosunku między autorem a
bohaterką inskrypcji. Krychą właśnie.No i o poddaniu się pewnemu determinizmowi
filozoficznemu: napis, wykonany kredą, dość szybko znika. Podobnie jak większość
miłości, zwłaszcza tych kolorowych.
A zatem wygląda na to, że w pobliżu nowotarskiej ścieżki spacerowej wezwania
erotyczne odnoszą się albo do polityków, albo osób małoletnich (nie wiem w jakim
wieku była wówczas Krycha, ale surowiec malarski kierował moje myśli w
stronę wieku szkolnego: w tamtych czasach w szkołach były jeszcze tablice i
kreda). A autorzy owych inskrypcji musieli być nielicho sfrustrowani, jeśli nie
mając innych możliwości ekspresji, powierzali swoje uczucia czarnemu, sorry,
asfaltowi i eo ipso ludziom, którzy nie wznoszą oczu ku gwiazdom, tylko
mają wzrok spuszczony do ziemi, by starannie omijać psie kupy, porzucone przez
dzieci zabawki i raniące stopy kamienie czy połamane przez wiatr gałęzie.
Przysiadam na innej ławce, obok miejsca gdzie do niedawna latem stawała
plastikowa sławojka, a dziś uwagę skupia sztuczna plaża, sztuczne palmy,
prawdziwe leżaki i prawdziwa reklama alkoholi (naturalnie, bezalkoholowych). Tu
koło ławki pod nogami mam tylko piasek, pety z wypalonych papierosów i
plastikowe odpadki, które jak wiadomo są wieczne, jak śmierć, podatki, chamska
bezczelność i polska beznadzieja geopolityczna. W tej okolicy nikt nikogo nie
zachęca do żadnej (nawet tzw. innej) czynności seksualnej, ale kątem oka,
przymrużonego od niskiego już pod jesień słońca, zauważam mężczyznę w średnim
wieku, który przemieszcza się z miejsca na miejsce pod kładką pieszą prowadzącą
na lotnisko i do rezerwatu na Borze. Mężczyzna ów, schludny nad podziw, a przez
to mocno odróżniający się od innych użytkowników ścieżki, ma w ręku nie telefon,
ale oldskulowy aparat fotograficzny. Może nie japoński, tylko z kraju bardziej
bliskowschodniego? Od razu przypominam sobie swoją Smienę II, kupioną za
pierwsze honorarium, jakie zarobiłem w dziewiątej licealnej za występy w
telewizyjnym programie Warszawskie legendy. Smiena, wiadomo,
radziecka, wybaczcie, ale nie zarobiłem tyle, żeby kupić sobie też
ludowo-demokratyczną, ale znacznie lepszą NRD-owską Praktikę. No więc
elegancki pan z aparatem małoobrazkowym chodzi sobie tam i sam i fotografuje
most. A za mostem jest lotnisko. Obie rzeczy zgodnie z wypowiedziami
współcześnie rządzących – nie do fotografowania. Oczywiście, satelity
szpiegowskie mogą sfotografować nie tylko lotnisko i na nim każdy samolot i most
z każdym przechadzającym się tam emerytem, ale nawet potrafią wyczaić, gdzie
przed dwoma dniami stał samochód, nielegalnie podjeżdżający po ścieżce
spacerowej albo przez nadrzeczną łąkę do nowotarskiej sztucznej plaży. Ale co
wolno satelicie, tego nie wolno ewentualnemu ludzkiemu szpiegowi.
A na lotnisku tego dnia był ruch. Latały szybowce, jeszcze nie rozbite, skakali
spadochroniarze, jeszcze żywi, przemknął nawet z dzikim hałasem sprowadzony z
Nowej Zelandii samolot z silnikiem zdaje się pochodzącym ze zdezelowanego
kombajnu Bizon, a może z czołgu Rudy. A tu fotografista podejrzany kręci się
podle mostu.
Wyjąłem po kryjomu telefon, żeby fotografa na wszelki wypadek sfilmować, z
nadzieją, że pokażą to w telewizji i pochwali mnie za czujność jakiś minister, a
może nawet wicepremier, ale w tym momencie zauważyłem, co ów elegancki pan
fotografuje: utrwalał mianowicie naszprejowane na filarach mostu napisy i
graffiti. A więc zapewne dziennikarz lub doktorant miejscowej uczelni.
Większości inskrypcji nie dojrzałem, albo nie zrozumiałem, poza standardowymi
wyrazami sympatii do kilku klubów piłkarskich i jednego hokejowego. Ale na
filarze na drugiej stronie rzeki (wiadomo, na starość stajemy się
dalekowidzami…) dostrzegłem napisaną dużymi literami zachętę do czynności
seksualnej, a poniżej obiekt tej czynności: PZPN.
Uważam, że w dziedzinie życia seksualnego lokalnych kibiców jest to przejaw
wyjątkowego altruizmu, który być może będzie podzielany przez większą grupę
społeczną. Zastanawiam się tylko, czy jest to wyraz poglądów erotycznych z
dziedziny polityki, pedofilii, zoofilii czy po prostu obaw przed kolejnymi
działaniami kadrowymi i wokalnymi prezesa Cezarego Kuleszy. Może ktoś uznał
niestosowność połączenia Barki z mostem na Dunajcu. Całe szczęście, że
jest to Biały Dunajec.