Maciej Pinkwart
Znaki zakazu
12 czerwca 2025
W niektórych krajach już wprowadzono, w niektórych (w tym w Polsce) zamierza się
wprowadzić zakaz korzystania ze smartfonów przez młodzież – albo w ogóle, albo
na terenie szkoły, albo tylko podczas lekcji. W jednej ze szkół, z którą byłem
związany, zakazano smartfonów, ale stare komórki bez dostępu do internetu były
dozwolone. W argumentacji wieje grozą: smartfony ogłupiają, rozpraszają,
wciągają w świat pornografii i narkotyków, przyczyniają się do depresji, chorób
psychicznych i samobójstw. I co najgorsze – umożliwiają fotografowanie,
nagrywanie i filmowanie nauczycieli.
Szkoła – zwłaszcza szkoła polska, jako instytucja pedagogiczno-wychowawcza odkąd
pamiętam była ostoją konserwatyzmu i spetryfikowanego wstecznictwa. Mówię o
systemie, nie o poszczególnych placówkach czy ludziach. Choć ludzie też, wskutek
wygodnictwa i – jednak! – wymogów systemu w większości byli niechętni zmianom i
innowacjom. Przykład może mało typowy: gdy w 2010 roku wybuchł islandzki wulkan
o niemożliwej do wymówienia nazwie Eyjafjallajökull, zapytałem znajomą
nauczycielkę geografii, czy z tej okazji miała lekcję na temat Islandii, a może
wulkanologii. Okazało się, że zgodnie z podstawą programową realizowała wtedy
omawianie rolnictwa Danii i Węgier. Nie pytałem, po jaką cholerę uczniom
polskiej podstawówki wiedza o rolnictwie Danii i Węgier, bo się lubiliśmy i nie
chciałem jej robić przykrości. Islandię, jak się okazało, klasa VI przerabiała
kilka tygodni wcześniej.
Pierwszą – niewykluczone, że jedyną – dwóję (jedynek wtedy nie było) z polskiego
dostałem pod koniec podstawówki, kiedy do Warszawy przyjechał ze Stanów dawny
podkomendny Taty z powstania warszawskiego, postrzelony w niepolityczne miejsce
i wyniesiony przez Tatę kanałami poza obręb walk. Chciał się odwdzięczyć,
jeszcze raz podziękować i uhonorować swego wybawcę. No i jego rodzinę. Zaprosił
nas na kolację do Hotelu Europejskiego.
Dostałem wtedy od niego gumę do żucia i długopis, w Polsce jeszcze wtedy
rzadki. No i go użyłem. Wypracowanie zostało przez nauczycielkę przekreślone i
zaopatrzone dwóją oraz uwagą: nie wolno pisać długopisem. Dodam, że od
jakiegoś czasu przestaliśmy pisać piórem ze stalówką maczaną w kałamarzu, bo
można było już używać wiecznych piór z gumową pompką. W uzasadnieniu ustnym
usłyszałem, że długopis wypacza charakter pisma. Było to dla mnie niezrozumiałe:
mojego charakteru pisma nic już nie mogło pogorszyć.
Maturę już pisałem długopisem, żadnych pomocy (np. słowników)
oczywiście nie było, ale na matematyce
można było korzystać z tablic logarytmicznych, z tym, że nie własnych, tylko
szkolnych – żeby uniemożliwić korzystanie z przygotowanych wcześniej ściągawek.
Zdaje się jednak, że tą drogą dotarły do mnie rozwiązania wszystkich zadań.
Dzięki temu maturę zdałem. Mam nadzieję, że ministerka Barbara Nowacka nie
unieważni mi teraz egzaminu dojrzałości, a co za tym idzie wszystkich dyplomów
uniwersyteckich, studiów podyplomowych i doktoratu. Może to się już, po
sześćdziesięciu latach, przedawniło?
W tym roku oglądając relacje z matur zauważyłem, że podczas pisemnej matematyki
wszyscy mieli na stolikach kalkulatory. W mojej starej szkole podczas klasówek
odbierano nawet szesnastostronicowe zeszyty w kratkę, bo one miały na zadniej
okładce wydrukowaną tabliczkę mnożenia. Nie uwierzycie, ale w podstawówce uczono
mnie rachować na liczydle. Wygooglujcie sobie co to jest i jak wyglądało. Mój
Tato jako główny księgowy na takim czymś liczył bilanse. Mama, też mająca
epizody pracy jako księgowa, liczyła już na arytmometrze (wygooglujcie...).
Kiedy pojawiły się pierwsze bateryjne kalkulatory – najpierw nadające się raczej
do plecaka niż do piórnika (mój pierwszy nazywał się Bolek) – dzieci słyszały w
szkole, że nie wolno z nich korzystać, bo to zlikwiduje umiejętność liczenia w
pamięci i na papierku. A co zrobicie – pytała pani nauczycielka – jeśli
będziecie musieli policzyć coś – tam gdzie nie będzie prądu?
Pomyślałem wtedy, że tam gdzie nie będzie prądu, na przykład na odległych
Wyspach Pacyfiku, wystarczy umiejętność liczenia na palcach, ale to nie była
prawda: w jednej z peryferyjnych dzielnic Zakopanego prąd elektryczny pojawił
się później niż elektryczne kalkulatory. A one tam świetnie działały, bo w
przeciwieństwie do mojego Bolka były nie na kabel, tylko na baterie. Wtedy
jeszcze nikt nie mówił o kablowaniu przez Bolka. Ale to nie była oznaka jakiejś
specjalnej awangardy: baterie Alessandro Volta wymyślił 80 lat wcześniej niż
Thomas Edison z Nikolą Teslą skończyli spór o rodzaj prądu w sieci.
Czy używanie smartfonów przez młodzież może być niebezpieczne, a nawet zgubne w
skutkach? Oczywiście. Tak samo jak używanie ich przez dorosłych. Z tym, że
zgubne w skutkach jest w zasadzie nadużywanie. Podczas przechodzenia przez
jezdnię, prowadzenia samochodu, rozmowy towarzyskiej, kochania się, w
filharmonii, teatrze, kościele... No i naturalnie na lekcji.
Ja podczas swoich zajęć z uczniami nie miałem takich
problemów. Pewno dlatego, że szkoła była dość specyficzna, uczniów niewielu, a
lekcje miały charakter warsztatowy. Nie kazałem nawet wyłączać komórek,
sugerowałem tylko wyłączenie dźwięku. Jeśli jednak ktoś do ucznia w czasie
lekcji zadzwonił, pozwalałem odebrać, „wyciszałem” resztę klasy i wszyscy
czekaliśmy, aż rozmowa się skończy. Słuchaliśmy takiej rozmowy w ciszy,
przyglądając się rozmówcy. Komentować nie pozwalałem. Zwykle jeden-dwa takie
eksperymenty wystarczały, żeby na lekcji nikt nie miał już ochoty na korzystanie
ze smartfonu. Tu dygresja: często przychodzi mi uczestniczyć w spotkaniach z
młodszymi, ale jednak dorosłymi ludźmi, które to spotkania polegają na tym, że
ich uczestnicy scrollują każdy swoją komórkę, od czasu do czasu tylko pokazując
sobie co ciekawsze, a właściwie zabawniejsze posty. Uważam to za mocno
niegrzeczne. W dodatku, przypomina mi to stary dowcip rysunkowy, bodaj Andrzeja
Mleczki: dwoje młodych ludzi siedzi obok siebie na kanapie, każde trzyma jedną
rękę we własnych spodniach, a drugą przerzuca strony pisemka pornograficznego.
Każde swojego. Podpis był: Miłość po szwedzku…
Oczywiście na swoich lekcjach nikomu komórki nie zabierałem. Przeciwnie,
tłumaczyłem, jakie to wspaniałe narzędzie, wspomagające pracę, dostarczające
wiedzy itp. Prawie na każdych warsztatach prosiłem o wyszukiwanie informacji w
Internecie, próbowaliśmy też korzystać z AI. Zwykle udawało się tak poprowadzić
zajęcia, żeby wykazać, iż człowiek – uczeń – potrafi ciekawiej opracować temat,
niż cyfrowy asystent. Najlepsze było poprawianie uzyskanych w Internecie tekstów
– ta sama cyfrowa podpowiedź naturalnie uzyskiwała u różnych osób inny kształt,
zgodny zazwyczaj z profilem osobowości ucznia.
Ważne było to, by odfetyszyzować komórkę i Internet, pokazać że są to tylko
narzędzia. Kapitalne, pomocne, ważne i niekiedy wszechstronne, ale narzędzia.
Których używanie wymaga inteligentnego, a więc krytycznego podejścia. Pomagało w
tym pewne ćwiczenie – nieco ryzykowne i wymagające przygotowania demonstracji
przeze mnie. Wybierałem jakiś kontrowersyjny post, na przykład polityczny, a
potem pokazywałem umieszczone pod nim komentarze. Zwykle od drugiego – trzeciego
już nikt nie odnosił się do komentowanego postu, tylko do poprzedniego
komentarza. Komentowano komentowanie, atakując nie poglądy komentującego tylko
jego samego. Ćwiczenie to miało wykazać bezproduktywność wchodzenia w takie
niemerytoryczne polemiki. Oczywiście, każdej odsłonie kolejnego komentarza
towarzyszyło pojawienie się kolejnego banneru reklamowego: bo w sumie w
aplikacji nie chodziło o żaden spór, tylko o klikalność strony, co przeliczało
się na pieniądze.
Internet, dostępny w komputerze czy telefonie – który przecież telefonem jest
już tylko z nazwy – jest fantastycznym oknem na świat, najwspanialszym
narzędziem, jakie oferowano ludziom. Ale to od nas zależy, jak tego narzędzia
użyjemy. Młotek – też w sumie narzędzie – może posłużyć do wbicia w ścianę
gwoździa, na którym powiesimy piękny obraz. Ale może też posłużyć do czegoś o
wiele gorszego. I to nie młotek stanie w razie czego przed sądem i pójdzie do
więzienia...
Czy nadużywanie smartfonów nie może być wykorzystywane do hejtu, stalkingu,
dyskryminacji i innych opresji? Niestety, nie tylko może, ale w wielu
przypadkach jest. Ale zakazy korzystania z tego narzędzia nic w tej sprawie nie
pomogą. Dziesięcioro przykazań, prawa Hammurabiego i rozmaite kodeksy prawne
istnieją od tysiącleci, a ludzie jak kłamali, kradli, zabijali i pożądali żony
bliźniego swego, tak robią to dalej. Zresztą toksyczne działanie smartfonowego
uzależnienia w jeszcze większym stopniu niż u młodzieży występuje u dorosłych.
Właśnie pisząc te słowa spoglądam przez okno i widzę młodą i zapewne atrakcyjną
(ech, te starcze dioptrie...) sąsiadkę, która w pociągającym (zdaje się...)
dezabilu rozwiesza pranie, barkiem przytrzymując przy uchu telefon.
Urwane zdania dobiegają do mnie przez
szerokość ulicy. Niżej, na chodniku idzie pan, trzymając za rękę paroletniego
synka, drugą ręką, niewygodnie, wstukując wiadomość do smartfonu.
Zapewne rozmowa pani od prania i post pana od synka były ważne, ale na pewno
mogły poczekać. W przeciwieństwie do relacji mijanej niedawno pani z wózkiem,
która wrzeszczała do telefonu:
- O, k…, sorki cię, Andżela, muszę kończyć, bo mi się Dżesika wyj... ła z
wózka!
Paradoksalnie, powszechna dostępność tego największego skarbu współczesnej
techniki zdeprecjonowała jego ważność. Miałem może 15 lat, kiedy po jedenastu
latach starań Mamy założyli nam w Milanówku telefon. Do dziś pamiętam jego
numer: 58-33-13. Pamiętam, jak drżącymi palcami po raz pierwszy wykręcałem numer
mojej ówczesnej prześlicznej sympatii warszawskiej o wdzięcznym przezwisku
Poziomka. Robiłem to codziennie przez dłuższy czas, kiedy tylko wróciłem ze
szkoły. Do dziś pamiętam jej numer, niewątpliwie zresztą mnemotechniczny:
22-18-20. Pamiętam też, że kiedy Milanówek i Warszawa znalazły się w różnych
strefach i różnych centralach i za połączenie trzeba było płacić, Mama na tarczę
telefonu założyła kłódeczkę. Pamiętam również ile trudu musiałem włożyć w
wykonanie miniwytrycha. Zawsze byłem dobry z prac ręcznych.
Dziś w ramach niewysokiego abonamentu mogę za darmo telefonować, wysyłać
wiadomości tekstowe, zdjęcia i filmy nie tylko w Polsce, ale i unijnej Europie.
Tylko coraz mniej numerów odpowiada, bo tam, gdzie są teraz rozmaici moi dawni
współabonenci, niestety nie ma zasięgu.
Na szczęście, w smartfonie mam mnóstwo przydatnych aplikacji – kompas,
wysokościomierz, pogodynkę, atlas nieba, śledzenie lotów nad moją głową, ZAiKS,
ZUS, MObywatel, Internetowe Konto Pacjenta, gazetę, telewizję, radio i
wyszukiwarkę Google, która podpowie mi słowo, jakie akurat pożarła mi starcza
demencja. Ale nie ma już niestety książek telefonicznych, gdzie mógłbym odnaleźć
aktualny numer Poziomki, albo choćby pani sąsiadki od prania. Zresztą, gdybym
nawet taki numer znalazł, to i tak byłby zajęty.