Maciej Pinkwart
Tu i tam
- Ja tam lubię ciepło – tak sąsiadka skwitowała w windzie moje narzekania
na panujący od kilku dni upał. Przez jedną krótką chwilę zastanawiałem się nad
szczegółowym znaczeniem użytego przez nią słowa „tam”, ale doszedłem do wniosku,
że w tej wypowiedzi sąsiadki jest to nie zaimek przysłówkowy, tylko partykuła
wzmacniająca. No, coś w rodzaju partykuły. I pomyślałem sobie, jak różnie
odczuwamy różne rzeczy w różnych miejscach. Na przykład ja też lubię ciepło tam
– w krajach, gdzie ciepło jest immanentną cechą klimatu, ale najlepiej to ciepło
konsumuję gdzieś w falach ciepłego morza, albo na plaży, owiewany ciepłym, ale
nie gorącym wiatrem, pod warunkiem, że nie jest za mocny i nie obsypuje mnie
ciepłym, ale nieprzyjemnym piaskiem. Ale może jeszcze bardziej lubię ciepło tu –
gdzie jeszcze nie jest ono stanem częstym, gdzie do morza mam daleko i
zdecydowanie nie jest to ciepłe morze i gdzie, jeśli się trafi dzień ciepły,
słoneczny i bezwietrzny, a przypadkiem nie jest to związane z mocno
zanieczyszczonym powietrzem – robi się naprawdę przyjemnie, co mój meteopatyczny
na starość organizm potrafi docenić i wynagrodzić chwilowym dobrostanem.
Sporo się przemieszczam tu i tam, choć w zasadzie jestem domatorem, ale nie
kochając specjalnie otaczających mnie warunków, od czasu do czasu muszę się
gdzieś ruszyć. Banalne powiedzenie o ładowaniu akumulatorów najlepiej mi się
sprawdzało w odniesieniu do samochodu – wiedziałem, że przynajmniej co kilka dni
powinienem ruszyć auto i przejechać, gdziekolwiek, co najmniej dwadzieścia
kilometrów po to, żeby podładować akumulator. Przez kilkanaście lat nie musiałem
robić tego specjalnie: przemierzana codziennie między domem w Nowym Targu a
pracą w Zakopanem i z powrotem odległość była dwukrotnie większa. Przejście na
emeryturę ten sposób odesłało do magazynów spraw minionych. Teraz wypada mi dbać
o podładowywanie własnych baterii. Te zaś w coraz większym stopniu stają się
fotowoltaiczne.
Rejon śródziemnomorski, gdzie bywam (coraz trudniej się na to decydując) jakieś
dwa razy do roku’ tę dostawę słońca i ciepła mi w zasadzie zapewnia, choć
zdarzało się i tak, że na francuskiej Riwierze, na Sycylii czy na Sardynii
wciągałem na siebie wszystkie koszule, swetry i polary, bo temperatura przez
mistral potrafiła spaść do plus 10 stopni w czerwcu. A kiedyś na Krecie nie
udało mi się dotrzeć do jaskini Zeusa na Psiloritis z powodu zasp śnieżnych,
które z początkiem lata zawaliły drogę i wejście do groty.
Ale przecież jeździmy tam nie tylko po to, żeby wygrzewać stare kości na
gorącym piasku plaży, a potem chłodzić je w morzu, którego temperatura zwykle
utrzymuje się w przyzwoitych granicach 22-24 stopni. To także inna kuchnia, inne
widoki, inne tradycje, inni ludzie. Właśnie: inni, a nawet różni. Wśród
nielicznych aprobowanych przeze mnie atrakcji letnich wyjazdów są pobyty w
miejscach, gdzie otacza mnie różnobarwny, różnojęzyczny i – by tak rzec –
różnotemperamentny tłum. Tęsknię, owszem, do długiego pobytu w jakiejś zapadłej
(ale koniecznie pięknie położonej) dziurze, do codziennego siedzenia w tym samym
kafenionie, do podglądania tych samych flamingów, brodzących w rozlewiskach
Camargue, do leniwego sączenia żółtego pastisu w brzydkiej kawiarni van
Gogha w Arles – ale najlepiej się czuję na nabrzeżu modnego portu, koło jachtów
w Portofino, na nabrzeżu w Chani czy na Polach Elizejskich w Paryżu, które
kowboje z Nowego Jorku nazywają okropnie Czemps Elajzys, wśród setek
ludzi, równie tam obcych jak ja i czujących się równie jak ja swobodnie.
Po latach podróżniczych doświadczeń zrozumiałem, że podróż to może najciekawsze,
co nas spotyka: kiedy wędrując po świecie stwierdzamy, że tam, gdzieś, wszystko
jest inne niż tu, u nas. A zarazem – jak się temu przyjrzeć dokładniej i
odrzucić cały ten sztafaż scenografii, klimatu i języka – jest tak samo tam i
tu. Bo my jesteśmy zasadniczo tacy sami, bez względu na to co nas różni… Dwie
ręce, dwie nogi, dwoje oczu, jedna wątroba, jeden kiepsko zbudowany kręgosłup,
półtorakilogramowy mózg, fatalnie urządzony system irygacyjno-reprodukcyjny,
niewielka zdolność komunikacyjna…
W wędrówkach „tam” równie ciekawa jest egzotyka, rozumiana jako oryginalność
(one tam chodzą z gołymi piersiami! One tam całe zakryte chodzą! Żaby jedzą!
Modlą się na dywanikach! Stoją godzinami na jednej nodze!), jak i odkrywanie
tego, co znamy z „tu”. Niezwykłych wzruszeń dostarcza nam spotkanie z czymś
„naszym” w miejscach, które są „nie nasze”. Pomnik Mickiewicza w Paryżu, moja
książka na wystawie księgarni polskiej przy Bulwarze St. Germain, polska wódka w
sklepie w tureckim Demre…
Ale jeszcze większe wrażenie robiły na mnie rzeczy znane na pamięć „tu”, a
zobaczone w realu „tam”. Wiele ich było, wymienię cztery. Ja, stary,
trzydziestoparoletni chłop, mało się nie poryczałem, kiedy któregoś lutowego
dnia dawno, dawno temu stanąłem pod tabliczką z napisem Avenue des Champs
Elysées.
Jakiś czas potem znalazłem się dwa metry od portretu kobiety, której wizerunek
miałem w domu – i choć pani Lisa di Antonmaria Gherardini, czyli Mona Lisa del
Giocondo liczyła sobie wtedy blisko 500 wiosen, to jej wiszący w Luwrze portret
wykonany przez Leonarda połączył moje Zakopane z moim Paryżem. Kilka lat później
włóczyłem się po Barcelonie śladami Gaudiego, Picassa i Joana Miró – i wszyscy
oni oglądani „tam”, byli po prostu potwierdzeniem tego, co znałem z „tu”: to, co
miałem w książkach, istniało naprawdę: i katedra Sagrada Familia, od przeszło
120 lat wciąż w budowie, i Parc Güell Gaudiego, i niezwykłe muzeum Miró w
Montjuïc, i nawet nieco zapyziały zaułek d’Avinyo, gdzie młody Pablo malował
brzydkie prostytutki, a wiele lat później mer Awinionu z oburzeniem prostował,
że ten burdel to nie u nas.
No, Awinion, oczywiście: przez wiele lat towarzyszyła mi piosenka w wykonaniu
Ewy Demarczyk, do genialnego tekstu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, będącego
najpiękniejszą kwintesencją poezji: Na moście w Avignon. I ten moment,
kiedy w towarzystwie kilku pięknych kobiet znalazłem się na Pont Saint-Bénézet,
urwanym nad nurtem Rodanu gdzieś w dwóch trzecich długości, na jednej części
mostu grupka młodzieży śpiewała po francusku Sur le pont d’Avignon, on y
danse, on y danse, na drugiej my nuciliśmy Baczyńskiego, pewno fałszując,
niech mi kompozytor tej piosenki kochany Andrzej Zarycki wybaczy…
Jednak to wszystko – i wiele innych – to były wrażenia kontaktu z czymś ulotnym,
które trwa dzięki wspomnieniom, dzięki maleńkim kotwicom, które zarzucone gdzieś
w świecie, tkwią mocno w naszym „tu”. Ale wrażenie największe to kontakt z
prawdziwą potęgą, czymś trwałym, w ludzkim rozumieniu – nieśmiertelnym, czymś co
jest wspólne nie tylko dla nas, wymuskanych intelektualistów, ale dla
wszystkich.
Zaduszki 2010. Wtorek. Minęła dopiero ósma rano, a cały Kair tonie w smogu,
przez który ledwie widać wysokie piętra zapyziałych bloków. Nasz autokar właśnie
przejechał przez most na Nilu i z trudem przepycha się wąską ulicą Gazy między
zdezelowanymi samochodami, rowerami i leniwie kroczącymi wielbłądami. Spojrzenie
ucieka mi na lewą stronę i tam, między czteropiętrowymi blokami, na których
wyrasta las anten telefonii komórkowej, pojawia się ledwo widoczna w smogu, ale
bliska i niezwykle wielka piramida. Nie, nie ta największa, Cheopsa, tylko nieco
niższa, ale charakterystyczna przez zachowaną resztkę wapiennej okładziny –
piramida Chefrena. A więc one naprawdę istnieją, są tu, o krok, za kilka,
kilkanaście minut stanę u ich podnóża i znajdę się w świecie, który znam od lat,
o którym się uczyłem i wyobrażałem sobie jak wygląda na podstawie zdjęć i
filmów, a jestem teraz jego częścią – świata, który tu pokazuje swoje oblicze
sprzed ponad czterech i pół tysiącleci.
Po latach wędrowania między tu i tam zrozumiałem też, że pozostawanie w
miejscu – czy tu, czy tam – może być czymś najciekawszym, co nas spotyka. Bo po
pierwsze nie wędrując, i tak wędrujemy: codziennie krążymy wokół słońca,
codziennie przemierzamy otchłanie Kosmosu nie ruszając się z domu i nie będąc
Sławoszami ani Mirosławami, codziennie doświadczamy zagłady milionów naszych
komórek i cudu narodzin milionów innych, codziennie sami się zmieniamy i zmienia
się świat wokół nas – pączki, kwiaty, owoce, jaja, gąsienice, poczwarki, motyle,
martwota zimy i zalotna młodość wiosny, malwy i wrzosy równie piękne jak
oleandry i lawendy…
Przeczytałem gdzieś, że znaczna część naszej (a na pewno nie tylko naszej)
populacji spędza całe lub prawie całe swoje życie, nie opuszczając granic swojej
gminy, no, może powiatu. Świat, oczywiście, wchodzi z butami do ich domów przez
okienka telewizorów i komputerów, ba! – tak u nas, w Górnych Dołach, jak i w
wiosce Kelulu koło Nairobi wszyscy noszą cały świat w kieszeni – co w Kelulu
może być trudne, bo często nie ma gdzie mieć kieszeni – ale smartfon jest często
bardziej dostępny niż spodnie, miska ryżu czy butelka wody.
Jednak ciekawość świata istnieje naprawdę, nieważne czy da się ją zaspokoić w
realu, czy w świecie wirtualnym. Brak tej ciekawości czy niemożność jej
zaspokojenia często skutkuje agresją dla inności, ksenofobią,
nacjonalizmem czy koniec końców faszyzmem. Z ciekawości, jak to jest na tym
innym świecie, a dokładniej: za polską granicą – młody dziennikarz Ryszard
Kapuściński ruszył w daleki świat, z czasem stając się jednym z
najwybitniejszych na tym świecie reporterów. Właśnie przypominam sobie o tym
czytając po raz kolejny jego Podróże z Herodotem. Przypominam sobie też
Herodota, żyjącego w V wieku przed naszą erą, którego ciekawość świata i jego
różnorodności oraz pasja poznawcza także gnała po świecie, czego skutkiem stała
się jedna z najciekawszych książek, jakie czytałem, o skromnym tytule Dzieje.
Obu poznałem osobiście: Kapuścińskiego na swoich studiach dziennikarskich, gdzie
seminaria przez niego prowadzone były najciekawsze w całym programie
dydaktycznym, a Herodota w Halikarnasie, gdzie grecki ojciec historii
około 484 roku przed naszą erą się urodził i mieszkał, gdy wracał z podróży i
gdzie dziś w centrum miasta na zachodzie Turcji jest jego okazały pomnik.
Sfotografowałem się z nim, będąc w Bodrum (tak teraz po turecku nazywa się dawny
joński Halikarnas). Jednak, ani jeden, ani drugi nie zarazili mnie swoją pasją
do zwiedzania świata i zapisywania historii, opowiadanej przez jej twórców lub
tylko relatorów. Nigdy też nie wyemigrowałbym z Polski na stałe – z wielu
powodów, wśród których patriotyzm odgrywa najmniejszą rolę – wielkimi patriotami
byli wszak polscy emigranci, od Władysława Łokietka do Jana Nowaka
Jeziorańskiego i będą nimi wszyscy ci, którzy będą chcieli teraz uciec od
zaduchu kruchty i czarnych koszul współczesnego polskiego faszyzmu.
Ja zostaję. Nie tylko dlatego, że jestem za stary na ryzyko dalekich i długich
podróży, ani dlatego, że myślę i piszę po polsku, a w innych językach co
najwyżej się porozumiewam. Po prostu, jestem bardziej ciekaw tego, jak się
sytuacja rozwinie tu, niż jak ją – i mnie – będą postrzegać tam. A podróż do
Murzasichla może być na tyle egzotyczna, że zastąpi nawet peregrynację do Kelulu.
Które, zdaje się, w ogóle nie istnieje, bo je właśnie wymyśliłem. Ale może
kiedyś powstanie – proszę wtedy pamiętać, że jestem jego ojcem chrzestnym.