Maciej Pinkwart
Śledź polimerowany
Dobra, przyznaję się: to wszystko moja wina. Oczywiście, nie jestem na tyle
egocentryczny, żeby twierdzić, że tylko moja. Tych, których zaniechaniom
zawdzięczamy to co mamy, jest więcej. Powiedziałbym – jest ich jakieś osiem
miliardów. Ale obecność w gronie wszystkich współczesnych Ziemian (i paru
miliardów tych, którzy byli przedtem) mojej winy nie wyklucza, choć trochę ją
umniejsza. A było tak.
Kiedy w milanowskim liceum zacząłem być edukowany z nowoczesnej fizyki – nie
mogłem się nadziwić, że to wszystko jest takie ciekawe, a w dodatku – że
wszystkiego tego naucza nas jedna z najstarszych nauczycielek w szkole, z powodu
specyficznej urody wdzięcznie nazywana Kobyłą. Ja wiem, że z urody nie
należy się wyśmiewać, ale ja się wcale nie wyśmiewam, tylko informuję, a poza
tym, nie o urodzie tu mówię, tylko wręcz przeciwnie. Fascynujące było i to,
czego Julia Heybowicz uczyła, znacznie wykraczając poza oficjalny program,
którym – zdaje się – kompletnie się nie przejmowała, a poza tym to, że robi to
osoba, która była tak wiekowa (gdy dochodziłem do matury, miała 68 lat…) i która
była uczestniczką powstania warszawskiego, tak jak mój ojciec, od którego nota
bene była o rok młodsza. Była absolwentką Wydziału Fizyki Uniwersytetu
Warszawskiego i to w moich oczach stawiało ją gdzieś w okolicach Marii
Skłodowskiej-Curie. To od niej dowiedziałem się o cząstkach atomowych i
promieniowaniu subatomowym, o promieniotwórczości naturalnej i sztucznej, o
teorii nieoznaczoności Heisenberga i kocie Schrödingera,
o entropii, fotonach, antymaterii, dziurze Diraca, zasadach Pauliego i w ogóle o
fizyce kwantowej. To ona skierowała moją uwagę na literacką wartość fizyki i
dzięki niej zacząłem czytać opowiadania George’a Gamowa o panu Tompkinsie i
razem z nim poznawałem atom i mechanikę, rządzącą tym małym-wielkim światem.
Zostałem
przewodniczącym szkolnego kółka fizycznego, pomagałem rozstawiać aparaturę do
ćwiczeń i niekiedy w zastępstwie profesorki prowadziłem zajęcia, próbując ubrać
w literacką formę różne trudne sprawy, na przykład opowiadając o niemożliwych do
przeprowadzenia poszukiwaniach czarnego kota w piwnicy z węglem przy pomocy
latarki, w której fotony byłyby wielkości piłek tenisowych… Nigdy specjalnie nie
lubiłem kotów.
W dodatku, pani
profesor uczyła także astronomii. Dzięki niej dowiedziałem się o Wielkim Wybuchu
i rozmaitych teoriach kosmogonicznych, ale tu się specjalnie nie zachwyciłem, bo
nigdy nie potrafiłem wyszukać na nocnym niebie żadnego gwiazdozbioru, a już
zupełnie nie umiałem zobaczyć w nich tych wszystkich Łabędzi, Psów, Skorpionów i
Niedźwiedzic. Zresztą wkrótce w Milanówku zapanował smog świetlny i już niczego
ciekawego nie widywałem po nocy. Wszystko wydawało mi się czarną materią, żeby
nie powiedzieć czarną dziurą. Ale czarnych dziur wtedy nawet jeszcze oficjalnie
nie znano.
Po latach, kiedy
moja dawna profesorka od polskiego chwaliła się na spotkaniu szkolnych emerytów
otrzymaną ode mnie pierwszą moją książką, z serdeczną dedykacją oczywiście,
profesorka od fizyki parsknęła ze złością: Nie mów mi o tym zdrajcy! Miał być
fizykiem…
No, nie do
końca. Któregoś dnia bowiem pojawiła się w szkole nowa nauczycielka chemii.
Niedawno skończyła studia, była pełna świetnych pomysłów, przeprowadzała
kolorowe doświadczenia, miała piękne rude włosy i – jeśli dobrze pamiętam –
nienaganną figurę. Dzięki profesorce Joli Osińskiej wpadłem w świat tworzyw
sztucznych, które wydawały mi się prawdziwą krainą czarów. Oczywiście, istniały
naturalne polimery – jak na przykład zwykłe drewno – ale polimery sztucznie
produkowane na bazie powszechnie dostępnej (wówczas) i taniej (wówczas) ropy
naftowej wydawały się wtedy Świętym Graalem przemysłu: niedrogie, nadające się
do masowej produkcji i do wytwarzania w zasadzie wszelkich form przemysłowych i
różnorodne: miękkie i twarde, termoplastyczne i termoutwardzalne, łatwe do
farbowania na najróżniejsze kolory, obojętne chemicznie i co najważniejsze –
wprost idealne do recyklingu: wystarczyło – jak sądziłem – taki zużyty
polietylen podgrzać, roztopić, wlać do formy i wyprodukować nową rzecz. A
termoutwardzalny poliester czy silikon nie dawał się co prawda roztopić, ale
wydawało się, że zmielony na pył koniec końców da się skleić jakimś klejem
epoksydowym i już można produkować z niego nowe rzeczy.
Próbowałem
pogodzić fizykę i chemię, zwłaszcza gdy pani od chemii pokazała mi nieznany
wcześniej świat prawdziwej budowy cząsteczki wody, której dipolowa, czyli
dwubiegunowa elektrycznie struktura była przyczyną doskonałych własności
rozpuszczających. Może taka struktura pozwoli na pełną odwracalność procesu
polimeryzacji? – myślałem. Wybrałem więc chemię i to przemysłową, składając
papiery na Politechnikę Warszawską.
Po studniówce
koledzy przekonali mnie, że jako bałwan matematyczny nie mam szans. Przeniosłem
papiery na uniwersytecką neofilologię. Na maturze zdawałem chemię, ale komisja
była wspólna – fizyko-chemiczna, a pytano mnie (naprawdę to wylosowałem!) o
sztuczną promieniotwórczość i przyszłość produkcji polimerów. Jakoś nie
połączyłem tych dwóch spraw, choć może bombardowanie plastiku promieniami gamma
załatwiłoby sprawę, tak jak załatwia wiele innych rzeczy. Maturę zdałem.
Poszedłem na orientalistykę.
Wiele lat później zacząłem jeździć po moim świecie, świecie
śródziemnomorskim. Zabytki, będące dowodem na źródła mojej kultury,
fascynująca przyroda, przyjemny klimat, wspaniałe widoki, przyjazne morze… Przez
lata niektóre miejsca stawały się znajome, zaprzyjaźnione, wracało się do nich
niemal jak do siebie. I któregoś lata, po kilkudniowym wietrze od południa, nie
poznałem jednej z oswojonych od lat zatoczek: między kamiennymi klifami w
piękny, słoneczny dzień nie lśniło lustro wody, tylko mieniło się wszystkimi
kolorami tęczy morze plastiku. Kiedy indziej na egipskiej pustyni samum sypał mi
w twarz piasek i plastikowe torebki.
Właśnie wróciłem ze sklepu, gdzie kupiłem bułkę, pomidory, parę jabłek, dziesięć
deko baleronu i żółty ser. Wszystko opakowane w plastikowe torebki. Dlaczego nie
w naturalne polimery, papier czy tekturę? Bo plastik jest tańszy w produkcji,
choć droższy w recyklingu.
Trudno mi zrozumieć, że w XXI wieku, kiedy już niebawem wyprodukujemy leki
leczące impotencję seksualną i umysłową, raka, starość, śmierć, a może nawet
chamstwo – nie potrafimy wynaleźć metody na degradowalność plastiku czy
odwracalność procesu polimeryzacji. Ale trudno mi też zrozumieć to, że z takim
wysiłkiem naukowym poszukujemy wody na Marsie, a nie potrafimy jej wydobyć spod
piasków Sahary. Wiem, pisałem o tym wiele razy, napisze pewno jeszcze nie raz.
Ubolewamy nad tym, że rekiny i wieloryby duszą się odpadami plastikowymi, że w
tuszach ryb znajdują się drobinki plastiku, które po zjedzeniu krążą w naszych
żyłach i zatruwają nasze płuca, wątroby i mózgi, że ptaki wiją gniazda
wykorzystując śmietnikowe odpady plastikowe – a parlament europejski w planach
poprawy warunków klimatycznych mówi tylko o okropnych paliwach kopalnych, nie
zastanawiając się nad tym, co jeszcze szkodliwego produkujemy z ropy naftowej i
jak bardzo nad tym wszystkim nie panujemy. Dobra, wiem, że ropopochodna aspiryna
pomaga na wiele chorób, a ropopochodna wazelina jest podstawowym produktem w
polityce wewnętrznej i zagranicznej niektórych krajów – ale o ile wiem, aspiryna
ani wazelina nie jest pochłaniana przez śledzie, choć prawdę powiedziawszy nie
wiem, co się z nimi efektywnie dzieje w naszych organizmach.
Inna rzecz, że nie spodziewam się żadnych stanowczych regulacji prawnych w
dziedzinie plastiku od organizacji, która nie potrafi od kilkunastu lat podjąć
decyzji o zlikwidowaniu zmian czasu na swoim terenie. Natomiast radośnie
uchwaliła prawo, nakazujące przymocowywanie plastikowych nakrętek do
plastikowych butelek, żeby nakrętki te się nie gubiły i nie były połykane przez
nasze dzieci i psy. Tak, wiem, że to ważne. Ale moje dziecko kiedyś połknęło
metalowy spinacz i trzeba było via rentgen śledzić jego wędrówkę przez organizm.
Przeszedł swobodnie. Inna rzecz, że jeszcze Unia się tym nie zajęła. Zresztą,
wtedy jeszcze nie należeliśmy do Unii.
Teoretycznie sprawa jest prosta: każdy wprowadzany na rynek produkt powinien
zawierać przepis na technologię jego degradacji bez szkody dla środowiska. Ale
lobby plastikodawców obaliłoby ten projekt raz-dwa.
Można jednak liczyć na to, że z biegiem czasu – za kilkanaście czy kilkadziesiąt
tysięcy lat – z problemem tym poradzi sobie ewolucja: albo natura sama wynajdzie
sposób na to, byśmy – my, zwierzęta – potrafili sami trawić plastik, albo nas
szlag trafi in gremio i wreszcie będzie na Ziemi święty spokój.
Ale może nie trzeba się tym zbytnio przejmować, tylko uważać, żeby nie włożyć
sobie w łazience na głowę plastikowej torby, unikając losu Jerzego Kosińskiego,
jadać włoszczyznę bez opakowania i ufać, że nie dający się zniszczyć na
wysypiskach przez tysiące lat plastik nie wniknie w nasze organizmy, a jeśli już
wniknie, to poczyni w nich mniejsze spustoszenie niż codzienne oglądanie
telewizji, czytanie gazet i scrollowanie Facebooka i Tik-toka.