Maciej Pinkwart
Program partii
24 lipca 2025
W XIX i XX wieku partie i organizacje społeczne walczyły o władzę, by
zrealizować swój program polityczny i socjalny. Głosowali na nich ci ludzie,
którzy ten lub podobny program popierali, z takich czy innych powodów. Dziś
partie i organizacje społeczne wybierają sobie taki program polityczny i
socjalny, który pozwoli im zdobyć władzę, dzięki głosom ludzi, którzy popierają
taki a nie inny program. Innymi słowy – kiedyś ludzie popierali partię, bo miała
odpowiadający im program. Dziś partie popierają taki program, który zjedna dla
nich większość wyborców, co pomoże zdobyć władzę. Jeszcze prościej: kiedyś
zdobycie władzy służyło realizacji programu politycznego. Dziś program
polityczny służy zdobyciu władzy.
A po zdobyciu władzy relacje między partią, jej programem i elektoratem się
zmieniają. Dawniej władza usiłowała za wszelką cenę udowodnić, że działa w
interesie społecznym, żeby wyborcy w następnej elekcji znów na nią zagłosowali.
Dziś dąży do tego, żeby zniszczyć tych, na których mogłaby zagłosować niechętna
jej większość wyborców. Konkurenci mający małe poparcie, choćby najbardziej
radykalni i występujący przeciwko rządzącym, nie są celem ich ataków.
Przeciwnie, głaszcze się ich czasem czule, żeby pokazać, jak bardzo
demokratyczna jest ta władza. A program i jego realizacja? Staje się nieistotny
– jako temat dyskusji wróci dopiero w czasie kolejnej kampanii wyborczej. A
jeśli „dobrze” pokombinują – to nie będzie musiał wracać, bo albo wyborów już
nie będzie, albo ich ordynacja zostanie tak zmanipulowana, jak po przyjęciu tzw.
konstytucji kwietniowej z 1935 roku, kiedy to opozycja w zasadzie nie miała
możliwości wystawienia swoich kandydatów, więc wyborcy mieli do wyboru albo
tych, których już wcześniej wybrali rządzący, albo bojkot wyborów. W rozwiniętej
wersji tę sanacyjną politykę zastosowały władze PRL, ujmując to w zadziwiającym
w swej szczerości haśle – program Partii programem narodu. Czyli naród
miał do wyboru program PZPR albo… program PZPR. PZPR nie musiała zważać ani na
program – bo go w sensie wyborczym nie było – ani nawet na poglądy, plany i
marzenia wyborców, bo nie byli to wyborcy, tylko głosowacze. Jak się
wydaje, to miał na myśli jeden ze współczesnych polityków, zapowiadając zmianę
ustroju i zablokowanie możliwości działania niektórych osób, mówiąc że trzeba
będzie coś z tym zrobić. Na rok przed zmianą konstytucji, w 1934 roku
otwarto dla tych, z którymi coś trzeba było zrobić, obóz odosobnienia w
Berezie Kartuskiej. Kierowano tam opozycjonistów bez sądu, jedynie na podstawie
decyzji administracyjnej. Może się mylę, ale w programie przedwyborczym
Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Józefa Piłsudskiego Berezy nie było.
W powyższym rozumowaniu sam program i jego społeczna wartość nie ma znaczenia.
Jest tylko usprawiedliwieniem dla chęci zdobycia i utrzymania władzy. W zasadzie
na tym właśnie polega polityka, co wiemy od czasów Solona po Trumpa. Poprzez
Machiavellego, oczywiście. Program wspomnianego BBWR z 1928 roku może warto
przypomnieć, zanim nawiążą do nich współczesne struktury polityczne. Na
pierwszym miejscu stawiano kult wodza, wówczas oczywiście Józefa
Piłsudskiego. Zapowiadano walkę z partyjniactwem, czyli istnieniem wielu
partii politycznych krytykujących rząd, a przez to mających destrukcyjny wpływ
na państwo. Opowiadano się za solidaryzmem społecznym, czyli wspólnotą interesów
różnych grup obywateli, wyznających te same zasady moralne i opartych na kulcie
państwa jako nadrzędnej idei społecznej. Przyszłe zasady ustrojowe miała ująć w
prawnej formie nowa konstytucja, co jak już wiemy – dokonało się w kwietniu 1935
roku. W zasadzie sprowadzało się to do przyznania większej władzy prezydentowi i
ograniczenia uprawnień Sejmu. Według Konstytucji, liczbę posłów do Sejmu z 444
zmniejszono do 208, Senat zaś stał się instytucją całkowicie fasadową: 1/3 jego
składu mianował wedle własnej woli (w ramach swojej prerogatywy) prezydent,
pozostałych wybierała wyselekcjonowana grupa obywateli, mających prawo głosu z
tytułu zasług, wykształcenia lub zaufania. Podający te informacje w Gazecie
Wyborczej (nr 166 z 19 lipca 2025) prof. Tomasz Nałęcz ocenia, że 95-osobowy
Senat był wybierany przez 2 procent uprawnionych do głosowania. Teraz możemy być
o jedno spokojni: jeśli mówiąca o zmianie ustrojowej partia przedstawi projekt
nowej Konstytucji, cenzus wyborczy na pewno nie będzie zależał od wykształcenia.
Przynajmniej od wykształcenia wyższego.
Następną sprawą jest technika utrzymania władzy. Oczywiście, pewne formacje
usiłują postępować w myśl bolszewickiej zasady: raz zdobytej władzy nie
oddamy nigdy. Jednak żywiący takie przekonania Władysław Gomułka, uważany u
schyłku swej działalności za sklerotycznego starca, miał w chwili oddania (1970)
władzy 65 lat. Jego następca, Edward Gierek, stracił stanowisko I sekretarza
partii (1980) w wieku 67 lat. Dzisiejsi liderzy głównych partii polskich mają 76
(Kaczyński) i 68 (Tusk) lat. W przypadku pierwszego z nich władza w partii
wydaje się być dożywotnia, władza w
państwie też: Kaczyński rządzi w Polsce nawet będąc w opozycji. W dodatku jest
prezesem dla wszystkich – tak tytułują go także ci, którym do jego partii jest
bardzo daleko. Donald Tusk najprawdopodobniej będzie rządził w swojej partii
dotąd, aż uzna taką działalność za głupiego robotę: z powodu
destrukcyjnie egoistycznej działalności swoich koalicjantów, ze względu na
własne fatalne decyzje personalne, z których nijak mu się wycofać, z poczucia
kontrastu między tym co robił i jak go traktowano w Unii Europejskiej i tym, jak
jest traktowany w Polsce. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby wobec tego co go
teraz spotyka i jak się do niego odnoszą ci, co go niegdyś na rękach nosili,
rzucił tę robotę i został wykładowcą Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Gdańsku.
Utrzymywanie się przy władzy w demokracji, w której odbywają się mniej czy
bardziej uczciwe wybory jest zawsze obarczone swojego rodzaju ryzykiem, ale
ryzykowne jest też trwanie w trakcie kadencji w sytuacji, gdy parlament nie ma
trwale zabezpieczonej większości; w tej sytuacji partie monolityczne lub
wyraźnie dominujące – także poprzez charyzmatycznych, czy wręcz autokratycznych
liderów mają znacznie łatwiej niż partie słabsze, opierające swoją władzę na
mniej czy bardziej trwałej koalicji mniejszych ugrupowań, z których każde stara
się ciągnąć w swoją stronę pod pozorem spełniania oczekiwań swoich wyborców, nie
zawsze zwracając uwagę na to, w jakim stopniu ich partyjny program jest spójny z
programem koalicyjnego rządu. W takich sytuacjach im bardziej demokratyczna jest
władza, tym z biegiem czasu staje się bardziej nietrwała, coraz bardziej
rozmywając swój program, w coraz mniejszym stopniu realizując obietnice
wyborcze, grzęznąc w kompromisach, zawieranych z koalicjantami jedynie za cenę
poparcia dla rządu przy kluczowych głosowaniach – kluczowych nie dla wyborców,
tylko dla utrzymania się przy władzy. W takiej sytuacji kolejna reelekcja staje
się niemal niemożliwa, bo wyborcy widzą przede wszystkim to, co najbardziej
rzuca się w oczy – kontrast między obietnicami a ich realizacją i nieskuteczność
działania. Efektywność, nieważne in plus czy in minus, zawsze jest oceniana
przez elektorat pozytywnie. I, co ciekawe, dotyczy to spraw tak o wielkiej, jak
i małej wadze.
Ale jest jeszcze czynnik, którego nie sposób skwantyfikować i położyć na szali
naprzeciw skuteczności. Jest to wiara w mądrość lidera. Żyje w nas wciąż stara
zasada rusko-bizantyjsko-tatarska: niezachwiana pewność tego, że jeśli przywódca
krzyczy i nikt mu się w żaden sposób nie przeciwstawia, to akceptuje się lub nie
zauważa negatywów jego działalności, bzdur, egzageracji, demencji czy wręcz
szaleństwa. Historia pełna jest szaleńców, których lud uwielbiał i dopiero
zdesperowana rodzina lub żądni władzy akolici wysyłali do domu wariatów lub na
cmentarz. Lud częściej powstawał nie przeciw skretyniałym ciemiężcom, tylko
przywódcom miękkim i ugodowym. Sukcesy zresztą zawsze idą na konto genialnego
wodza, prezesa czy cara, porażki na konto jego podwładnych – lub zrzuca się winę
za nie na knowania wrogów.
A wyborcy? Pójdą za tymi, którzy albo im więcej – i po nowemu – obiecają, albo
za tymi, do których mają duchowo najbliżej. Najchętniej za tymi, którzy są tacy
sami jak oni. Nie będą głosować na mądrego, żeby się nie wymądrzał, tylko na
głupiego, któremu się udało osiągnąć to, co im przeszło koło nosa. Choćby to
osiągnięcie to był wywiad w TW Republika czy posada radnego, posła, prezydenta.
A że niemądrych w każdej społeczności jest więcej niż mądrych – to ci pierwsi
zazwyczaj decydują o kształcie władzy. Zwłaszcza teraz. Bo kiedyś wybierało się
mądrego, żeby rządził mądrze i dobrze dla wszystkich. Tyle, że to już od dawna
była tylko teoretyczna mądrość…
Demokracja ateńska też znała partie polityczne, znała też tyranów i kult
jednostki. Jej antytezą była despotia spartańska. Obie w historii miały jasne i
ciemne strony. Niestety, co jest jasną, a co ciemną stroną możemy ocenić dopiero
po latach, kiedy sprawdzimy jakie skutki przyniosły takie czy inne rządy. Ja
jednak jestem entuzjastą tego okresu demokracji ateńskiej, kiedy swoje władze
lud wybierał spośród siebie (no, nie całego siebie – bez kobiet, niewolników,
osiadłych w Atenach cudzoziemców i ludzi objętych ostracyzmem) w drodze
losowania. Procedura ta (nazywana kleroterion) wyłaniała przy pomocy
specjalnego urządzenia większość urzędników, członków Rady Pięciuset i sędziów.
Niektórych fachowców (np. dowódców wojskowych, czyli strategów) wybierano
spośród sprawdzonych specjalistów. Kadencja przewodniczącego Rady Pięciuset
trwała… jeden dzień i nie można było funkcji tej pełnić dwukrotnie. Jestem
pewien, że na naszym gruncie wylosowani absolutnie w ciemno i całkowicie
przypadkowo ludzie rządziliby krajem na pewno nie gorzej niż obecnych 460 posłów
z paru partii, partyjek, Polski 2050, PSL-u i krypto- czy jawno faszystów. W
jeszcze większym stopniu mogłoby to się sprawdzić w samorządach i sądach. W
krajach anglosaskich poniekąd jest to kontynuowane przez sądy przysięgłych.
I jako post scriptum zapisany przez historyka Tukidydesa fragment przemówienia
ateńskiego stratega Peryklesa, wybieranego kolejno na 15 rocznych kadencji,
wygłoszonego na początku wojny peloponeskiej (431 r. p.n.e.):
W sporach prywatnych każdy obywatel jest równy w obliczu
prawa; jeśli zaś chodzi o znaczenie, to jednostkę ceni się nie ze względu na jej
przynależność do pewnej grupy, lecz ze względu na talent osobisty, jakim się
wyróżnia; nikomu też, kto jest zdolny służyć ojczyźnie, ubóstwo albo nieznane
pochodzenie nie przeszkadza w osiągnięciu zaszczytów. W naszym życiu państwowym
kierujemy się zasadą wolności. W życiu prywatnym nie wglądamy z podejrzliwą
ciekawością w zachowanie się naszych współobywateli, nie odnosimy się z
niechęcią do sąsiada, jeśli się zajmuje tym, co mu sprawia przyjemność, i nie
rzucamy w jego stronę owych pogardliwych spojrzeń, które wprawdzie nie
wyrządzają szkody, ale ranią. Kierując się wyrozumiałością w życiu prywatnym,
szanujemy prawa w życiu publicznym; jesteśmy posłuszni każdoczesnej władzy i
prawom, zwłaszcza tym nie pisanym, które bronią pokrzywdzonych i których
przekroczenie przynosi powszechną hańbę.
Aha, w Atenach kadencja członka każdej władzy trwała rok, więc nie opłacało się
uchwalać prawa „pod siebie”, bo w efekcie służyłoby komuś innemu, może nawet
naszemu wrogowi. I z całą pewnością nie było wówczas kampanijnych debat
telewizyjnych. Zwłaszcza w Końskich.