Maciej Pinkwart
Pocztówka
18 września 2025
Pod koniec XIX wieku, a nawet jeszcze później pocztę w Zakopanem dostarczano do
domów dwa razy dziennie. Jak było coś pilnego, to listonosz jakoby potrafił
odnajdywać co ważniejszych turystów na wycieczce w górach i tam przynosić listy.
Trochę w to nie wierzę. Ale ładnie brzmi. Podobnie jak opowieść o pierwszym
doręczycielu, który pisał się Gąsienica, nazywał się Kuba, a wołali nań
Poczciarz. Wspominają go dawni relatorzy zakopiańscy, że chodził boso i że nie
umiał czytać, więc prosił o pomoc jakiegoś turystę, ten czytał mu nazwiska
adresatów, Kuba sobie to układał i po kolei roznosił.
Dziś jest ciekawiej. Przesyłkę – a jakże, priorytetową – którą wysłałem z Nowego
Targu doręczono w Grodzisku Mazowieckim już po dziewięciu dniach. A książkę,
kupioną we wtorek po południu przez internet, przypadkiem właśnie w Grodzisku
Mazowieckim, dostałem już w środę przed południem w Nowym Targu. Mimo, że ode
mnie szła w dół, a do mnie pod górę… Co więcej, pan kurier nie fatygował się
zadomofonić do mnie, tylko wszedł jak do stodoły i nawet nie zadzwonił do
drzwi, tylko postawił przesyłkę na wycieraczce i poszedł sobie. Oczywiście, to
miła zmiana w stosunku do poprzednich działań, kiedy przesyłka do mnie w ogóle
nie została przez listonosza zabrana z poczty, tylko zamiast niej wrzucono mi do
skrzynki awizo – mimo że cały czas byłem w domu. To i tak dobrze, bo kiedyś
nawet awiza nie dostałem i tylko sam po paru dniach wpadłem na to, że zamówiona
książka czeka na mnie na poczcie. Pewno doręczyciel był słabego zdrowia i nie
mógł nosić nawet awiz, no a książki to już teraz piszą takie grube i wydają w
twardych okładkach – najnowszy Dan Brown ma ponad 700 stron, twardą okładkę i
ponad 770 gramów żywej wagi. Jakby wszystkich 17 Nowotarżan, którzy w rejonie
mojej poczty czytują książki, kupiło sobie właśnie wydaną Tajemnicę tajemnic
i powierzyło jej doręczenie poczcie, to pod ciężarem nowych przygód profesora
Roberta Langdona listonosz dostałby ruptury i wysiadłby mu kręgosłup.
Teoretycznie podobno codzienne wykonywanie kilku tysięcy kroków i systematyczny
wysiłek fizyczny sprzyjają dobrej kondycji, ale to zdaje się sprawdza się tak
samo jak to, że sport to zdrowie i że kuchnia wegetariańska i zawierająca owoce
morza sprzyja utrzymaniu dobrej figury, co zapewne przyzna każdy, oglądający
wegańskiego słonia czy żywiącego się planktonem płetwala błękitnego.
Przyznaję wszakże, iż mam we wdzięcznej pamięci jednego z naszych listonoszy,
który nie zastawszy mnie w domu i nie doręczywszy mi przesyłki (sorry, to znów
była książka…), zauważył mnie jak kuśtykałem pod okolicznym sklepem, poprosił,
żebym zaczekał, po czym pobiegł na pobliski parking (bo doręczał nowocześnie,
posługując się własnym samochodem), wygrzebał w torbie moją paczkę i wręczył mi
ją, żebym nie musiał się fatygować na pocztę, która zresztą pracuje tylko przez
kilka godzin i to różnych w różnych dniach i obsługuje ją jedna pani.
A pamiętam doskonale najdawniejsze czasy, kiedy prawie na każdej ulicy był kiosk
„Ruchu”, gdzie można było kupić widokówki, pocztówki, koperty i przede wszystkim
znaczki pocztowe. Znaczki i inne akcesoria korespondencyjne można było też
kupić, a listy nadać w punktach pocztowych, znajdujących się w sklepach
osiedlowych czy samoobsługowych, dziś zwanych marketami. Potem z placówek
tych znikła możliwość nadawania listów poleconych i opłacania rat i czynszów,
później wycofano znaczki, a wreszcie z ulic poznikała większość skrzynek
pocztowych i wszystko znów trzeba było załatwiać na poczcie. Z czasem zaczęła
też znikać tradycja pisania listów, wysyłania życzeń i nadawania telegramów,
które stały się niepotrzebne w momencie, kiedy każdą pilną wiadomość można było
wysłać błyskawicznie wprost do adresata mailem, SMS-em czy innymi technikami
korespondencji cyfrowej. Tylko jak przechować na pamiątkę SMS z gratulacjami
ślubnymi?
Jeszcze kilka – no, może kilkanaście – lat temu wysyłałem coś koło setki kart
świątecznych z okazji Bożego Narodzenia. Wielkanoc cieszyła się u mnie mniejszym
wzięciem pocztowym. Kolorowe kartki mogłem kupić wszędzie, więc kupowałem w
sklepach spożywczych jako dodatek do karpia czy babki drożdżowej. Ale znaczki
już były tylko na poczcie. Wysyłających było wtedy wielu, wszyscy co najmniej w
moim wieku i wszyscy stojący przede mną w kolejce na poczcie. Nie narzekałem,
inni mieli tak samo źle albo gorzej, co zawsze jest pewną pociechą w kłopotach,
chodziłem na te przedświąteczne zakupy na kilka tygodni przed Wigilią, ale
wszyscy w kolejce byli tak samo cwani. Więc staliśmy grzecznie w ogonku,
rozglądając się po pomieszczeniu wielkości góralskiej białej izby, bo taką
miałem „swoją” pocztę, a właściwie coś, w co poczta się przekształciła:
skrzyżowanie kiosku „Ruchu”, salki parafialnej i księgarni, gdzie na
rozstawionych gęsto witrynach rozkładały się pisma prawicowe, ezoteryczne i
religijne, dewocjonalia, liczne biografie świętego Jana Pawła II i kosmetyki, z
wodą brzozową na czele.
Kupowałem te znaczki, zawsze za dużo, wracałem do domu, otwierałem notes z
adresami i zaczynałem pisać, starając się dla każdego dobrać inną kartę i inną
treść życzeń, co było bez sensu, bo adresaci jeśli nawet się znali między sobą
to raczej nie pokazywali sobie nawzajem otrzymanych ode mnie świąteczności. Co
roku w notesie przybywało adresów, ale też coraz więcej było przekreślonych, z
powodu dezaktualizacji adresata. Stąd coroczna superata w znaczkach. A te w
kolejnym roku nie dawały się użyć, bo rosła cena listu. Te notesy zwykle
stanowiły część rocznego kalendarza, gromadziłem je na dnie przepastnych szuflad
biurka, co roku też kupowałem sobie w prezencie nowe eleganckie
kalendarzo-notesy i co roku, gdzieś tak na początku stycznia, pracowicie
przepisywałem adresy, opuszczając tych, którzy w ostatnim czasie rzucili
palenie, natomiast zachowując w pisemnej pamięci tych, którzy (które)
wyrzucili do śmieci mnie i znajomość ze mną, albo z obozu nielicznych przyjaciół
przeszli do obozu licznych przeciwników. Cóż, liczyłem na to, że może się
nawzajem odmienimy.
Sam też dostawałem karty ze świątecznymi życzeniami, a jakże. Zwykle w proporcji
jedna otrzymana na pięć wysłanych. Te otrzymane układałem potem pod choinką,
obok prezentów, żeby się chwalić, jak to mnie ludzie kochają i o mnie pamiętają,
niechby tylko świątecznie. I kiedy już zostały tylko trzy-dwie-jedna,
dostrzegłem, że ja sam ze stu przeszedłem na
pięćdziesiąt-dwadzieścia-dziesięć-pięć. A potem zauważyłem, ile pięknych i
bezznaczkowych kart świątecznych można wysłać mailem i moje wizyty w placówce
pocztowej, czyli nowocześnie mówiąc – pocztówce – w zasadzie ograniczyły
się do odbierania tam przesyłek, których doręczyciel z takich czy innych powodów
nie doręczył. A w życzeniach wysyłanych przez internet zaczął dominować hurt:
wiele instytucji, z którymi miałem w minionym roku do czynienia, niekiedy tylko
incydentalnie, a i wiele leniwych osób włączało mnie do listy odbiorców tego
samego mailika z tym samym rysunkiem i tą samą, zwykle dość sztampową, treścią.
Takie życzenia podlegały u mnie zazwyczaj elektronicznej utylizacji: jeśli nie
jestem dla kogoś na tyle ważny, żeby mnie nie traktować indywidualnie, to taka
znajomość nie ma sensu. Cóż, ja przynajmniej każdemu wysyłałem życzenia osobne,
spodziewając się, że odbiorca ucieszy się, że choć w chwili ich pisania,
myślałem właśnie o nim. Nie znoszę masówki. I tak kilka lat temu poczta
przestała dla mnie być miejscem wysyłania pocztówek, a ona sama jako
pocztówka przestała być dla mnie ważną miejscówką.
Odnotowuję tu dla potomności filologiczny fakt, iż słowa z końcówką -ówka,
stały się modne jako bardziej familiarne spieszczenia. Miejscówka
zastąpiła miejsce (choć nie wyparła destynacji), osobówka – na
wzór ciężarówki – określa samochód osobowy, stylówka to sposób
ubrania się czy w ogóle ubranie… Puchówka to kurtka czy kamizelka,
wypełniona na ogół plastikowymi odpadami udającymi puch, dwuznaczna nosówka
to specyficznie wymawiana przez nos głoska, ale i groźna choroba wirusowa u
psów, podczas gdy wirusówka to rozmaitego rodzaju wirusowa infekcja u
ludzi. Księżycówka zaś to nie jest hipotetyczna mieszkanka Księżyca,
tylko domowej produkcji wódeczność. A mieszkaniówka to nie dawna
mieszkanka, tylko gałąź gospodarki, zajmująca się budową mieszkań.
Dwuznaczne jest też samo słowo końcówka, bo oznacza nie tylko zakończenie
słowa, ale i przedmiotu, no i poniekąd egzystencji. Natomiast w związku z
rozbudową sieci autostrad i zmianie charakteru poboczy dróg – jednoznaczne dotąd
słowo tirówka coraz częściej jest stosowane tylko na określenie samochodu
ciężarowego o dużym tonażu, służącego do transportu międzynarodowego.