Maciej Pinkwart
Źle się dzieje w poczcie duńskiej
11 grudnia 2025
Przeczytałem ostatnio w „Polityce”, że poczta duńska kończy działalność
doręczycielską. Nie zamierzam z tego powodu hamletyzować, ale z przyjemnością
się o tym dowiedziałem, bo Dania jest po Finlandii druga w rankingu
szczęśliwości. A tu proszę, poczta zbankrutowała. Nic tak człowieka nie cieszy,
jak nieszczęście kogoś szczęśliwego. Potem doczytałem i dowiedziałem się, że
przyczyną upadku doręczycielstwa w kraju moich przyjaciół, Hamleta, André
i policjanta Muldgaarda, o niewiadomym imieniu i stopniu służbowym, nie jest
degeneracja poczty, tylko degeneracja społeczeństwa, które znudzone wieczną
(choć drugorzędną) szczęśliwością przestało wysyłać do siebie cokolwiek, poza
ustnymi i internetowymi życzeniami szczęścia, bo resztę już mają pierwszorzędne:
zdrowie, opiekę społeczną i problemy z imigrantami.
Zasadniczo na duńskie problemy pocztowe nie zwróciłbym uwagi, bo w Danii
obchodzi mnie tylko Hamlet i André.
No i, jak wspomniałem, także policjant Muldgaard, jeden z bohaterów powieści
Joanny Chmielewskiej Wszystko czerwone. Ten miły memu lewackiemu sercu z
bajpasami tytuł ostatnio znów mi się spodobał, bo wystawił to dzieło jako sztukę
teatr w Podkowie Leśnej, a Muldgaarda, porozumiewającego się z polską kolonią
nieopodal Kopenhagi językiem biblijnym, grał mój (i André)
przyjaciel, Zbyszek. Hamlet ostatnio nigdzie się nie pokazywał, zresztą katując
kiedyś uczniów na literaturze czterogodzinną filmową wersją sztuki Szekspira z
Kennethem Branahgem w roli głównej trochę go znielubiłem, bo przynudzał, ale tak
efektownie umarł w końcowej scenie, że musiałem mu wybaczyć – oczywiście do
czasu, kiedy kostium Hamleta Branagh zamienił na garnitur Herkulesa Poirota, no
i niechęć mi znów wezbrała. Na szczęście, Poirot nie działał w Danii, a o ile
wiem, nawet do Danii nie pisywał listów. A Muldgaarda pokochałem od pierwszego
pytania, jakie zadał podczas przesłuchania po morderstwie niejakiego Edka w domu
Alicji:
- Azali były osoby mrowie a mrowie?
I tak sobie pomyślałem, że jakby przedstawiciele polskich sił
konserwatywno-religijnych zaczęli przemawiać do ludu językiem
najpopularniejszego dzieła literackiego na świecie, na którego rzekome treści
chętnie się powołują jako na ultima ratio – od razu byłoby nam lepiej. A
przynajmniej weselej. Tylko jak w języku proroków zaprzeczać, że się nie jest
putinowskim krypto-paputczykiem, opłacanym w bitcoinach?
Ale zatrzymałem się na problemach pocztowych w Danii, bo akurat usiłowałem
odnaleźć na rozległym terytorium między Bugiem, Wisłą, Odrą i Porońcem swoją
legitymację Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którą wysłałem do stolycy do
podstemplowania i oczekiwałem od kilku tygodni powrotu takowej. Gdy nie wróciła,
byłem prawie pewien, że została sprzeniewierzona przez zawistników, którzy nie
tylko że sami do Stowarzyszenia Pisarzy nie należą – choć, niestety, piszą, ale
przede wszystkim nie uznają mnie za pisarza, więc mi się legitymacja branżowa
ich zdaniem nie należy (mimo opłaconych składek!) i ją rąbnęli. Są oczywiście w
Zakopanem i w ogóle na Podhalu i tacy, którzy uważają mnie co prawda za pisarza,
ale kiepskiego, z czym bym się ostatecznie zgodził, każdy sądzi według siebie,
ale wiem, że w rozmaitych związkach twórczych jest więcej raczej kiepskich
autorów, a nikt im z tego powodu nie czyni zarzutu niewłaściwej przynależności,
a już z pewnością nie kradnie im legitymacji.
W stosunku do mojego pisarstwa odebrałem już w życiu tyle zarzutów, że niedługo
ich liczba przewyższy liczbę tych kalumnii, które sam na siebie rzucam, ale
jeden zarzut szczególnie sobie cenię i nawet gdybym umiał, to bym sobie
wyhaftował na serwetce i powiesił w kuchni obok haftów o treści Zimna woda
zdrowia doda oraz Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi.
Zimna woda jest zdrowa, a dobra żona nie korzysta z cateringu. A reklama Dody w
reklamie wody jest szczególnie sympatycznie perwersyjna. No, ale gdzie dziś mam
znaleźć zdrową wodę i dobrze gotującą żonę? Bo Dodę kiedyś znalazłem na
koncercie w Czarnym Dunajcu, ale nic z tego nie wynikło, bo cóż mogło wyniknąć
dla mnie w Czarnym Dunajcu? Nie było tam jeszcze Domu Opieki, a o zrujnowaną
synagogę jeszcze radni miejscy nie darli kotów. Zresztą, wtedy, za czasów Dody,
Czarny Dunajec jeszcze nie był miastem. Nie był miastem też już, ale to inna
sprawa. Wiem, że to skomplikowane i odbiegłem od tematu, ale już do niego wracam
ekstra kurierem pocztowym.
A ten zarzut do wyhaftowania na serwetce dotyczył tego, że jestem pisarzem
okropnie płodnym. Ponieważ napisano to z okazji moich 75 urodzin, więc
zarzut ten odebrałem jako przesadzony komplement.
Duńska poczta wszelako nie splajtowała z powodu zniechęcenia Duńczyków do
pisania i wysyłania listów, tylko z uwagi na rosnące koszty własnej
działalności, do której państwo duńskie (w którym – pamiętamy – źle się dzieje,
co wykrył już na przełomie XVI i XVII wieku William Shakespeare) przestało
dopłacać, a opłaty własne, ponoszone przez nadawców kosztów tych nie
rekompensują, mimo że są niemałe – znaczek na list kosztuje 29 koron, czyli
16,40 złotych. W Polsce to tylko 4,90 zł – no, ale Polska – jak już kiedyś
pisałem – zajmuje w rankingu szczęśliwości dwudzieste szóste miejsce, a Dania
drugie. Nie od dziś wiemy, że szczęście nie jest czymś tanim, a pieniądze go nie
dają. Już niebawem z ulic duńskich zniknie ponad półtora tysiąca skrzynek
pocztowych. W Polsce poczta, która w ostatnich latach zmieniła nieco charakter i
z placówek gdzie wysyłało się i odbierało listy i paczki oraz płaciło raty,
czynsze i alimenty przekształciła się w agencję sprzedaży literatury kościelnej
i ezoterycznej, kalendarzy papieskich i słodyczy – na razie nie zamierza
likwidować działalności komunikacyjnej, choć skrzynki pocztowe z polskich ulic
także w wielu miejscach poznikały, a liczba osób wysyłających i otrzymujących
listy i pocztówki z roku na rok też spada.
Niemniej jednak wielu z nas przypomina sobie, że miło jest położyć pod choinkę
kolorową kartkę z wizerunkiem ozdobionej jodełki, nawet kaukaskiej, świętego
Mikołaja, wesołych bałwanków i zwierzątek, a niekiedy różnobarwnej szopeczki,
gdzie czasem – choć coraz rzadziej – widnieje Święta Rodzina, dla której nie
stało miejsca w gospodzie. Bo też co roku coraz więcej ludzi obchodzi święta
Bożego Narodzenia (często zresztą w gospodzie…), a coraz mniej osób świętuje
Boże Narodzenie… Jednak najpiękniejszych nawet i najbardziej religijnych życzeń
świątecznych przesłanych przez Internet położyć się pod choinkę nie da, chyba że
sobie ten Internet wydrukujemy, jak robią to niektórzy ludzie z górnego sortu.
Przypominając sobie wszelako tęsknotę za przesyłką pocztową z moją zaginioną
legitymacją literacką chętnie wspominam i to, że kiedy do usług pocztowych
wprowadzono możliwość wysyłania kartek bez koperty, najczęściej z dość zdawkową,
lub standardową treścią – nie bardzo wiedziano, jak je ładnie po polsku nazwać.
Odkrytka była kalką z rosyjskiego, korespondentka – z
niemieckiego. W 1900 roku redakcja Słownika Języka Polskiego w Warszawie
ogłosiła więc konkurs na ową nazwę i otrzymała ponad 300 propozycji. Wstępnie
wybrano pięć („liścik”, „listówka”, „otwartka”, „pisanka” i „pocztówka”),
spośród których osoby zwiedzające Pierwszą Wystawę Kart Pocztowych w Warszawie
wybrały tę ostatnią, której autorką była niejaka „Maria z B.”. Po otwarciu
kopert z nazwiskami okazało się, że pod tym pseudonimem kryje się… Henryk
Sienkiewicz. Jak więc widać, ukrywający pseudonimicznie swoją płeć Sienkiewicz
nie zawsze był szczególnie ortodoksyjny! A jak ten idol polskiej prawicy
potrafił pięknie kląć! Mniam, mniam…
Pisarze – niekiedy – potrafią w zwarty sposób przekazać głębię myśli. Ćwierć
wieku później konkurs na slogan reklamowy polskiego cukru ogłosił Związek
Cukrowników Polskich. Wygrał go inny pisarz, Melchior Wańkowicz, hasłem
cukier krzepi, do którego znający polską praktykę prześmiewcy natychmiast
dodali drugą linijkę: ale wódka jeszcze lepiéj…
Sienkiewiczowska pocztówka miała uzasadnienie w tym, że te jawne
wiadomości wysyłano za pośrednictwem poczty. Zgodnie z tą logiką, pożyczkę
bankową należałoby nazywać bankówką, świadectwo szkolne – szkołówką,
a ostatnią posługę – cmentarzówką. W Danii zapewne postkorty też
wyjdą z użycia, a może już wyszły,
bo już nie pamiętam, kiedy z Danii dostałem jakąś postkort, gdyż ani
książę Hamlet, ani André
do ich wysyłania skorzy nigdy nie byli. Nie mówiąc już o komisarzu Muldgaardzie.
Teraz jednak, kiedy duńska poczta daje sobie siana i odpuszcza doręczycielstwo,
jej rolę w tym zakresie zamierza przejąć prywatna firma kurierska DAO, ale nie
wiem, czy można jej wróżyć podobną karierę, jaka stała się udziałem polskiego
InPostu, który co prawda niezbyt dobrze wyszedł na wysyłaniu listów z
obciążającymi blaszkami, ale za to podbił rynek swoimi paczkomatami.
W przyszłym roku poczta duńska będzie (no, właśnie nie wiem, czy będzie…)
obchodzić okrągłe czterystulecie doręczenia pierwszego listu. Poczta Polska jest
starsza o 68 lat, co budzi szacunek, ale też skłania do wybaczenia niejakiej
zadyszki i wolniejszego niż drzewiej dostarczania przesyłek. Liczę więc na to,
że może jeszcze w tym, niejubileuszowym roku, list z moją legitymacją
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich dojdzie z Warszawy na Podhale, choć to pod górę
i po nie zawsze dobrze odśnieżonych drogach. Czy pocztę stać na opony zimowe?
Pretensji wszelako mieć nie mogę i nie mam w żadnej mierze, zwłaszcza, że koniec
końców okazało się, iż mojej legitymacji literackiej zdarzył się iście literacki
przypadek, dokładnie taki, jaki znamy z kart Szatana z siódmej klasy
Kornela Makuszyńskiego, gdzie list profesora Gąsowskiego nie dotarł do adresata,
gdyż zamiast do skrzynki pocztowej, trafił do przepastnej kieszeni
profesorskiego surduta i tam spoczywał w spokoju, dopóki sprawy nie wyświetlił
szatański Adaś Cisowski.
Bo bez względu na kondycję poczty, list niewysłany porusza się znacznie wolniej,
niż wysłany.