Maciej Pinkwart
Plecak ewakuacyjny
23 października 2025
Dawniej, jak podobno mawiał Stańczyk, w Polsce było najwięcej lekarzy. Potem
wszyscy znali się na ekonomii, piłce nożnej, tenisie, kosmosie i oczywiście na
polityce. Teraz wszyscy znają się na wojnie, bo Hannibal jest już ante portas.
W zasadzie jest już w drzwiach, widać przytrzymującą je nogę, więc periculum
in mora. Ja oczywiście też uważam się za kompetentnego w sprawach
wojskowości, bo na Studium Wojskowym UW terenoznawstwa uczył mnie słynny
pułkownik Omelan, musztry – major Kuźma, a nieobcy był mi nawet rotmistrz
Kucejko. A na poligonie w jedynostce w m. Morąg zdobyłem szlify
podoficerskie, konkretnie: stopień starszego kaprala podchorążego, więc:
baczność, temat zajęć: ewakuacja, spocznij, wolno palić.
Od pewnego czasu w mediach nawołuje się nas do kupna lub spakowania plecaka
ewakuacyjnego (P.E.), którym posłużymy się, gdy już wybuchnie wojna z Rosją. W
plecaku mają się znaleźć potrzebne w czasie wojny i po ewentualnym powrocie z
niej dokumenty (metryka, dowód osobisty, paszport, akty własności domów,
mieszkań, gruntów, akty ślubów, wyroki sądowe, zwłaszcza w kwestii rozwodów, o
testamentach jakoś się nie mówi), woda (sześć litrów), jedzenie (suchary,
konserwy, marynaty, suszone owoce i warzywa, cukier i cukierki, sól, czekolady),
kilka zestawów bielizny, ciepła odzież zwierzchnia, zapasowe buty, mała piła,
łom, siekierka, noże i nożyczki, saperka, sznurek, lina, płaszcz-pałatka,
telefon, kilka naładowanych powerbanków, gotówka polska i zagraniczna w małych
nominałach, apteczka samochodowa i stale zażywane lekarstwa na pół roku
(przemysł farmaceutyczny przestanie istnieć jako pierwszy) oraz odbiornik
radiowy na baterie, solar i korbkę. Na wszelki wypadek wszystko, co się da (z
wyjątkiem łomu i pałatki) należy wrzucić do internetowej chmury. Całe to mienie
przesiedleńcze nie powinno ważyć więcej niż 30 kilo, a zapasy mają nam starczyć
na trzy dni.
Już widzę, jak wdziewam na plecy te 30 kilo i zbiegam z czwartego piętra po
schodach (windę, rzecz jasna, od razu szlag trafił), czając się za węgłem (nie
mylić z węglem, jesteśmy nowocześni i zamiast węgla mamy fotowoltaikę) i
posuwając się skokami lub czołganiem ewakuuję się w bezpieczne miejsce. Czyli
pewno w Tatry albo w Gorce, trudno się zdecydować, bo w Tatry dalej, ale na
lewo, a w Gorce przez centrum i na prawo. Po trzech dniach wracam do miasta,
żeby uzupełnić zapasy wody i fasolki po bretońsku, oddać butelki kaucjonowane do
automatu i dokupić czekolady, korzystając z gotówki w małych nominałach. Ale
sklepy nie są czynne, bo sprzedawcy spakowali plecaki i też się ewakuowali,
podobnie jak dostawcy, pracownicy stacji benzynowych tudzież wszyscy inni.
Umieram z głodu, albo przełamuję swoje opory i zaczynam polować na zwierzęta
chronione.
OK, nie żartujmy, sprawa jest śmiertelnie poważna, więc bzdury nie powinny nas
zajmować. Mniejsza o plecak, ale jak i dokąd mamy się ewakuować? Jakoś nie
podpowiada się nam w mediach, jak mają się ewakuować niesprawni, samotni ludzie,
gdzie mają dać swój sprzęt: laski, chodziki, kijki, kule, wózki inwalidzkie i
dziecięce... A reszta ludzi? Czy należy przyjąć, że z momentem ataku wschodnich
sąsiadów cały kraj się wyłącza i ucieka, a ostatni patriota gasi światło? Pewno
nie cały. Rząd tym razem nie ewakuuje się przez Zaleszczyki, no bo Zaleszczyki
są teraz na terenie Ukrainy, a więc nie da się tamtędy uciec do Rumunii, ani
nawet na Węgry, choć tam już mamy zalążek rządu na uchodźstwie. Opozycja,
odzwyczajona od działalności w podziemiu, zamknie się w klasztorach, a reszta
społeczeństwa podzieli się na tych, którzy walczą tym, co mamy i tych, którzy
postanowią na emigracji czekać na zwycięskie dostawy z Korei i Ameryki.
Tylko gdzie uciekniemy? Jak wyłączą nam internet, a obrażony na nas Elon Musk za
darmo nie udostępni nam Starlinków (zresztą, gotówkę mamy w małych nominałach),
będziemy się błąkać jak pijane dziecko we mgle, nie wiedząc gdzie wschód, a
gdzie zachód, bo w dobie kryzysu klimatycznego nie ma co liczyć ani na wiecznie
zachmurzone słońce, ani na mech rosnący na drzewach od strony północnej, bo mech
dawno wysechł i nie rośnie nigdzie. Ale jeśli nawet wygrzebiemy z dna plecaka
ewakuacyjnego analogowy kompas po dziadku – harcerzu, to gdzie wyruszymy na
emigrację? Na wschód zostaną przewiezieni luksusowymi limuzynami ujawnieni
ostatecznie bohaterowie książek Tomasza Piątka i Grzegorza Rzeczkowskiego. Na
południe, do Słowacji i Czech nas nie wpuszczą, bo współobywatele Roberta Fico i
Andreja Babiša zamkną granicę i pukania nie usłyszą, poza tym uznają, że to nie
ich wojna. Na północ do Szwecji i Danii popłynie tylko flotylla polskich łodzi
podwodnych, które zostaną zwodowane za jakieś trzy dekady.
Więc gdzie? Na zachód, do Niemiec? Tam
na granicy na wszystkich przejściach będzie blokada dziarskich chłopców Ruchu
Obrony Granic z kosami na sztorc, którzy pierwsi będą chcieli znaleźć się po
drugiej stronie, ale nie wpuszczą ich tam działacze AFD, więc zrobi się korek.
Wpław przez Odrę raczej nie, bo może się zdarzyć, że na drugi brzeg dopłynie
tylko nasz szkielet, a i to niecały, zżarty przez zrzuty wody kopalnianej,
hutniczej i fabrycznej. Zresztą, Niemcy już wtedy poprą starania Polski o
zablokowanie możliwości udzielania azylu
i w ogóle przyjmowania imigrantów ze wschodu, więc Polaków nie będą wpuszczać.
Drang nach Westen?
Unmöglich!
Pozostaną tylko Lasy Państwowe, stosunkowo bezpieczne, bo choć co prawda będą w
nich leżeć zagubione rakiety, których polskie wojsko nie zauważy, a już na pewno
szybko nie zidentyfikuje, ale za to pieszczeni przez Ministra Wojny myśliwi
gromadnie udadzą się na front, gdzie będą mogli sobie postrzelać do dzików,
udających ludzi. Pardon – udających wrogą swołocz. Więc rozpakujemy P.E.,
wykopiemy sobie ziemiankę, rozepniemy płaszcz-pałatkę i będziemy wykorzystywać
zgromadzone na trzy dni zapasy. Jeśli starczy prądu w telefonie, obejrzymy sobie
Pluton, Czas apokalipsy i Nazajutrz.
Dlaczego każą nam wziąć zapasy na trzy dni? Czy dlatego, że więcej się nie
zmieści do plecaka? Czy może dlatego, że po trzech dniach będzie już po
wszystkim, bo wojsko NATO wygoni agresorów tam, skąd przyszli? A może tyle
będzie trzeba czasu, żeby wielki wódz Pomarańczowy Jeleń kazał swoim ludziom
rozłożyć czerwony dywan na Przesmyku Suwalskim dla swoich przyjaciół Alexa i
Wołodii? A może po trzech dniach już opadnie wiadoma chmura i bojsi z
Arizony wspólnie z maładcami z Krasnojarska w maskach i kombinezonach
zaczną penetrować teren w poszukiwaniu tego, co z nas zostało? Może jakieś złote
zęby?
Cała ta propaganda z plecakami ewakuacyjnymi jest dodatkową ilustracją
powiedzenia, że zarówno politycy, jak i generałowie zawsze rozgrywają poprzednią
wojnę. Choć tragiczny, to jednak szalenie instruktywny jest przykład agresji na
Ukrainę. Ta wojna miała trwać właśnie trzy dni, a wjeżdżające na teren naszego
wschodniego sąsiada długie rzędy czołgów miały być witane przez zniewoloną przez
rzekomych ukraińskich faszystów ludność miejscową kwiatami. W Kijowie, który
mieli w parę godzin zdobyć rosyjscy komandosi miał się objawić nowy rząd i
podpisać z Rosją wieczny pokój, na mocy którego ZBiR miał się przekształcić w
ZBUiR. No i nie wyszło. Czołgi się psuły, niszczyły je drony i ręczne wyrzutnie
przeciwpancerne, a uszkodzone miejscowi Romowie odciągali traktorami do punktów
skupu złomu. Rosyjski Blitzkrieg przekształcił się w rozciągnięte na wieleset
kilometrów okopy spod Verdun. Wojna trwa już czwarty rok i stanowi niezwykłą
hybrydę archaicznych operacji z pierwszej światowej i działań, nowocześniejszych
od Pustynnej Burzy.
A my pakujemy sześć litrów wody do plecaka ewakuacyjnego. Namawiamy obywateli i
samorządy do budowania schronów, do systematycznego chodzenia na strzelnicę i do
zwiększania tężyzny fizycznej w ramach ćwiczeń wojskowych i harcerskich. I
wyobrażamy sobie, że mamy się przygotowywać do wojny z lutego 2022 roku. Albo z
1920. A więc, że po agresji Rosji Polacy będą milionami uciekali na zachód (z
plecakami ewakuacyjnymi), gdzie nas przyjmą z otwartymi ramionami, choć po kilku
latach wypomną nam, że jesteśmy niewdzięczni, oni nam tak pomogli, a my im nie
zwróciliśmy Stettina i Breslau. A może zostaniemy in corpore w napadniętym kraju
i wyszkoleni na strzelnicach w pykaniu z KBKS-ów wesprzemy nasze dzielne wojsko
dowodzone przez weteranów z Iraku i Afganistanu, a zarządzane przez „Tygryska”,
który jako lekarz pediatra będzie walczył o obronę naszych dzieci przed Ruskimi
i aborcją, a jako wódz chłopów przypomni hasło żywią y bronią, co zapewni
mu – jeśli przetrwamy – miejsce w koalicji rządowej, z kimkolwiekbądź.
Obecny rząd (wzorem poprzedniego) rujnuje budżet państwa wielomiliardowymi
wydatkami na kupno koreańskich i amerykańskich czołgów, samolotów, haubic i
śmigłowców, które na współczesnej wojnie przydadzą się jak średniowieczne hełmy
z przyłbicami do jeżdżenia na hulajnodze. Jeśli nawet dotrą one do nas jeszcze w
tym półwieczu, to gdzie będą garażować i hangarować, czym będą strzelać i do
czego? Ile mamy wartych miliony dolarów pocisków, którymi będziemy strzelać do
dronów wartych kilka tysięcy złotych? A czym będziemy strącać zabaweczki z
Aliexpressu, mogące przerzucać przez linie frontu ładunki wybuchowe, niewielkie
ale doskonałe do zabijania ludzi i niszczenia linii kolejowych? Jak
przeciwstawimy nasze działania (nasze to znaczy także NATO-wskie, bo NATO, tak
jak i Unia Europejska nie ma własnej armii, tylko składa się z armii członków
Sojuszu) rosyjskim pociskom wielkiego kalibru i rakietom, wyposażonym w ładunki
choćby konwencjonalne, nie mówiąc już o taktycznej broni nuklearnej? Zestrzelimy
je (jeśli je na czas zauważymy i w nie trafimy), a jak skutkiem tego spadną na
nasze miasta czy wsie? Zniszczymy je, a one nas i tak zabiją…
A jeśli cybernetyczne natarcie Rosjan przejmie nasz system dowodzenia, albo
choćby tylko obronne systemy sterowania? Będziemy w te cyfrowe chmury strzelać z
abramsów czy apaczów? Ale fajnie, żeśmy je kupili: pan minister i pan prezydent
ładnie na ich tle wyglądają na Tik-Toku. Bo niewiele żeśmy się nauczyli z wojny
ukraińskiej, w której obecnej fazie operacyjna przydatność czołgów, a zwłaszcza
helikopterów jest, delikatnie mówiąc, niewielka. Liczy się tylko sprzęt
latający: drony, rakiety, samoloty. Oraz komputery i sztuczna inteligencja do
cyberataków, do ich wykrywania i odpierania.
A propos liczenia się. Najbardziej obrzydliwą stroną wojny, zaraz po zabijaniu
ludzi i niszczeniu mienia, jest sprzedajność empatii: nie wiem, jak można bez
wstrętu słuchać tego, jak prezydent największego mocarstwa, którego wydajność
orężna liczona w overkillach, czyli zdolności do zabicia całej ludzkości
jest w zasadzie nieograniczona, mówi nam, Europejczykom, że jeśli chcemy pomagać
Ukrainie się bronić przed rosyjskim zabijaniem, to musimy kupić dla niej broń w
Stanach Zjednoczonych, które przecież na tym wszystkim muszą zarobić. A to
nawoływanie do przeznaczania pięciu procent PKB na zbrojenia oznacza po prostu
wymuszoną konieczność przekazania większości z tych pięciu procent dla
amerykańskich koncernów zbrojeniowych. Cóż, znamy to z działalności Cosa Nostry:
zapłać nam haracz, to cię nie zabijemy, a może nawet nie pozwolimy, by inni cię
zabili.
Nie jestem naiwny, wiem że wszystko, także życie, kosztuje. Ale robienie z
handlowania życiem i śmiercią głównego celu polityki mocarstwa, które podobno
jest dla nas wzorem wartości i moralności, wydaje mi się przesadą.
Nie spakuję plecaka ewakuacyjnego. Zostanę tam, gdzie jestem, co najwyżej mnie
zabiją, to w sumie niewielka różnica w stosunku do tego, co i tak nieuniknione.
Ale przynajmniej do końca będę świadkiem tego, jak sprawy się potoczą. Choć,
niestety, nie doczekam do tego, żeby zobaczyć, czy sprawdzi się porzekadło
Einsteina: nie wiem jakiej broni użyją ludzie w trzeciej wojnie światowej, ale w
czwartej będą to dzidy i maczugi. Genialny Albert nie wspomina nic o plecakach
ewakuacyjnych.