Maciej Pinkwart
Parking
Zaparkowałem tam gdzie zawsze i poszedłem na mój przymusowy spacer. Na ścieżce
spacerowej tłoku nie było, ale nie byłem pierwszym korzystającym tego dnia z jej
uroków. Trudno było nie zauważyć, że wcześnie rano spacerowały tu już
nowotarskie barany. Mam na myśli samce od owiec. W maczystowskim świecie Podhala
na owce mówi się właśnie przeważnie właśnie barany. Zazwyczaj o tej porze
roku kierdle powinny być już rozpuszczone do domów, ale zmiany klimatyczne i
tutaj są widoczne: w przededniu zapowiadanych katastrofalnych opadów śniegu
(mówią, że może spaść go nawet trzy centymetry!) trawa wciąż była zielona, a
gdzieniegdzie złociły się podbiały, więc owce (i barany…) były na naturalnym
wikcie. Poranny przemarsz wypasowy odbywał się jednak nie po zielonej jeszcze
łące, tylko po wyasfaltowanej ścieżce.
W dodatku wyglądało na to, że wypasane zwierzęta mają problemy żołądkowe, ale
nie cierpią na niestrawność, tylko na nadstrawność, bo cała ścieżka
spacerowa pokryta była efektami ich procesu trawiennego w ilościach takich, że
spacerując, z trudem można było wyszukać miejsca, gdzie dało się postawić kijek
od nordic walking, a co dopiero stopę. Kijki, ostatecznie, można wziąć pod
pachę, ale gdzie wziąć na spacerze stopę? Cierpiące na gastryczne kłopoty owce
spacerowały tu rano w ilościach hurtowych, zapewne wszystkie odczuwały imperatyw
nawożenia, ale nikt im nie wytłumaczył, że zbawienne dla wegetacji skutki tej
działalności słabo się przyczynią do wzrostu wyasfaltowanej ścieżki. Człowiek na
ich miejscu poszedłby w krzaki, jeszcze przyozdobione jesiennym, ale nieopadłym
listowiem, ale one uparcie robiły wychodek tam, gdzie ja wyszedłem na spacer. W
dodatku opadły mnie pesymistyczne prognozy, że ścieżka pozostanie zas… trzeżona
dla miejscowych na długo, bo zapewne nikt jej nie sprzątnie, jako że jest
własnością publiczną, czyli niczyją. Była akurat wolna sobota, więc służby
komunalne miały wolne i może zajmowały się wypoczynkiem na świeżym (częściowo)
powietrzu. Ale już niebawem śnieg przykryje ścieżkę, owce wrócą do zagród, a
wiosenne roztopy załatwią kwestię owego załatwiania się.
Ostrożnie wróciłem na parking, wytarłem buty w oponę sąsiada, wsiadłem w
samochód i pojechałem gdziekolwiek, by na pustej drodze oddać się wspomnieniom o
czasach, kiedy spacerowało się co prawda nie po asfalcie, ale za to nie po
gnoju. Ponieważ, jak wspomniałem, był dzień wolny od pracy (emeryci co prawda
cały tydzień mają wolną sobotę, ale myśli o sprawach życiowych nie mają
wolnego), to wspomniałem rzewnie o czasach, kiedy odpowiadałem na pytania
wścibskich cioć i towarzyskich koleżanek mamy, indagujących mnie, kim to mały
Maciuś chciałby zostać jak dorośnie. Nikt, psiakrew, nie pytał mnie, kim zostanę
na starość…
Na początku chciałem być Indianinem (wtedy jeszcze wolno było tak mówić), ale
jeszcze wówczas byłem za mało czerwony, to mi przyszło potem. Później, jak
każdy, marzyłem o byciu strażakiem, pilotem i kosmonautą. Po pierwszym łyku
mojego pierwszego alkoholu (wino „Strawberries”, klasa może czwarta czy piąta)
myślałem o zawodzie barmana, ale wypiłem drugi łyk. Pod koniec podstawówki,
jakoś tak przed bierzmowaniem, chciałem zostać biologiem i nawet przybrałem
sobie imię Franciszek, od szalonego biedaczyny z Asyżu, bo zastanawiałem się czy
miłując naszych braci mniejszych, miłował też słonie i płetwale błękitne, choć
wątpię, czy mieszkając w prowincji Perugia mógł je widywać i oceniać, na ile
mali są ci bracia mniejsi. Widywał zaś z pewnością pchły i komarzyce, ale czy
uważał je za siostry mniejsze? A czy teraz ja braćmi mniejszymi mam nazywać też
spacerujące na tej samej co ja ścieżce nowotarskie barany (mam na myśli
oczywiście samce od owiec)?
Przed jedną z mszy poprzedzających bierzmowanie, kolega z tej samej ławki,
znający moje zainteresowania, wręczył mi w papierowej torebce małe zawiniątko z
napomnieniem, żeby absolutnie go nie otwierał w kościele. Rzecz jasna,
natychmiast otworzyłem – w środku był zdechły krecik. Uciekłem z mszy, w domu
odkaziłem denaturatem ukradziony mamie skalpel kosmetyczny i dokonałem
pierwszego cięcia. Pamiętam do dziś malutkie nereczki krecika, potem
zdecydowanie rozstałem się najpierw z niedawno zjedzonym obiadem, potem ze
zwierzątkiem, a na koniec z planami zostania biologiem. Postanowiłem zostać
fizykiem.
Ciekawe, co by powiedziały wścibskie ciocie i towarzyskie koleżanki mamy, gdyby
wiedziały, że w przyszłości zostanę niepraktykującym egiptologiem, emerytowanym
dziennikarzem, przeniesionym na strych muzealnikiem czy nauczycielem
dyplomowanym w szkole artystycznej… I kiedy już tutaj, w Zakopanem, wykonywałem
te wszystkie niepotrzebne nikomu prace zorientowałem się, że przeszła mi koło
nosa najfajniejsza robota. Poniewczasie zacząłem żałować, że zmarnowałem tyle
lat na głupoty, a mogłem zostać parkingowym.
Praca wygodna, na świeżym powietrzu, z ładnymi widokami na Tatry, trochę ruchu –
nie za dużo, w towarzystwie sympatycznych kierowców, ładnych kierowczyń i na tle
samochodów, na które – myślałem – nigdy mnie nie będzie stać, to sobie chociaż
koło nich postoję. Nic nie trzeba robić, bo kierowcy sami parkują, odchodzą,
potem płacą i wyjeżdżają. A od wielu lat na parkingach widnieją informacje:
Parking płatny niestrzeżony. Oni płacą, ja nie strzegę – bonanza! Wkrótce,
już jako kierowca, przekonałem się, że to nie takie proste. A nawet
niebezpieczne i to dla wszystkich stron: kierowców, samochodów i parkingowych.
Parkowanie zawsze było dla mnie czymś strasznym, wręcz traumatycznym. Prawo
jazdy robiłem za wczesnego Gierka w Kietrzu na Opolszczyźnie, gdzie byłem
wicedyrektorem PGR-u. Miasteczko ładne, okolica malownicza – ech, te jazdy
ćwiczebne po pustych i prostych drogach, ciągnących się kilometrami między
polami kukurydzy… W mieście było wszędzie pod górkę, więc musiałem opanować
ruszanie z ręcznego, ale parkingów nie było, po prostu zatrzymywało się auto na
poboczu ulicy i tyle. Nie było też zdawania „placu”. Za to na egzaminie
teoretycznym były nie tylko znaki, krzyżówki i przepisy, ale i budowa różnych
części samochodu. Na co początkującemu kierowcy była wiedza o budowie gaźnika,
skrzyni biegów czy układu hamulcowego? Przecież w razie awarii i tak by sam tego
nie naprawiał… No dobrze, a po co uczniowi piątej klasy wiedza o budowie
pantofelka? Nawet księciu z bajki o Kopciuszku ta wiedza była niepotrzebna…
Więc parkować porządnie w Kietrzu się nie nauczyłem, a później tej umiejętności
też nie nabyłem. Do dziś, zdaje się, w podziemiach Galerii Krakowskiej na jednym
z filarów jest ślad lakieru mojej zielonej lancii, którą usiłowałem tam ustawić
prosto i mi się słabo udało. Jednak największy stres miałem, gdy wracałem z
pracy do domu, całą drogę zastanawiając się, czy na szczupłym i zawsze
zatłoczonym parkingu pod blokiem znajdę miejsce i czy dam radę tam zaparkować.
Zimowe odśnieżanie miejsca do zaparkowania – z przeświadczeniem, że jak z niego
nazajutrz wyjadę to natychmiast ktoś mi go zajmie, dodawało mi każdej zimy kilka
kresek na ciśnieniomierzu.
Oczywiście, koniec końców zawsze gdzieś udawało się stanąć – jak nie przy domu,
to trochę dalej. Wiadomo, że tak jak dla palacza cały świat jest popielniczką,
to dla kierowcy – parkingiem. Ale przypuszczam, że już niebawem to się skończy o
tyle, że dystans między miejscem zaparkowania a miejscem, do którego chcemy
dotrzeć będzie się stale zwiększał, w miarę przybywania liczby samochodów i
przybywania lat kierowcy. A stresu związanego z niewiadomą co do parkowania nie
rozwiąże żaden GPS czy nawet wzrost liczby parkingów w atrakcyjnych miejscach. W
których, jak sądzę, same atrakcje czy istotne cele, dla których osiągnięcia
żeśmy tam przyjechali, staną się mało istotne – główną atrakcją stanie się
miejsce do zaparkowania.
Już po ponad dziewięciu miesiącach od operacji kręgosłupa mam szansę rozpocząć
rehabilitację fizykoterapeutyczną. Od dłuższego czasu przed snem rozpracowuję, w
jaki sposób zaparkować pod szpitalem i jak potem stamtąd wyjechać. Bo jeszcze
nie zrehabilitowałem się samodzielnie na tyle, żeby ryzykować piesze dojście z
ominięciem parkingu. A jestem już zrehabilitowany na tyle, że żadna karetka mnie
do szpitala nie zawiezie. No, przynajmniej na rehabilitację.