Maciej Pinkwart
Papież demokratyczny
W Watykanie Kolegium Kardynałów wyznaczyło początek konklawe na 7 maja.
Elektorzy wejdą do Kaplicy Sykstyńskiej, oddając komórki i tablety, pomodlą się
o interwencję Ducha Świętego, popatrzą na fresk Michała Anioła i wpiszą ołówkiem
na kartce jedno nazwisko, po czym kartkę wrzucą do urny. Puszczą jednego czy
drugiego czarnego dymka, wreszcie wybiorą i puszczą biały. Afrykanie
zaprotestują. I wszyscy będą niezadowoleni, z wyjątkiem oczywiście Ducha
Świętego, na którego można będzie potem wszystko zwalić. Na przykład to, że nowy
papież będzie subsaharyjski, jak to z wyraźną intencją wyrażenia pogardy
czy obelgi mówi o mieszkańcach Czarnej Afryki jeden z oficjalnych kandydatów na
polskiego prezydenta.
No to wyobraźmy sobie, że Kolegium Kardynałów zmienia zasady i aby Kościół stał
się bardziej demokratyczny – od następnego pogrzebu nowy absolutny oczywiście
władca i zwierzchnik Kościoła Katolickiego będzie wybierany w powszechnym
głosowaniu wszystkich katolików. Jest ich co prawda sporo, jakieś półtora
miliarda, ale jeśli zastosować kryteria wieku (uprawnieni byliby wierzący i
praktykujący przynajmniej w niedziele, czyli dominikantes, pełnoletni i
młodsi niż 80 lat) i praktykowania (comunicantes, czyli przyjmujący
komunię świętą) – to liczba ta spadłaby (na przykład w Polsce, czyli kraju gdzie
jako katolicy deklaruje się ok. 80 procent obywateli) do jakichś 10 procent
populacji ochrzczonych. Na świecie byłoby około 150 milionów osób. Sporo, ale co
to jest wobec wyborów w Chinach, Indiach czy Unii Europejskiej!
Żeby kandydować, trzeba by przedstawić poparcie co najmniej – powiedzmy –
dziesięciu tysięcy proboszczów. Najwyższą Komisję Wyborczą stanowiłoby Święte
Oficjum. Liczbę kandydatów należałoby ograniczyć do – powiedzmy – dwunastu osób
(Jezusowi też to początkowo wystarczyło, żeby wybrać Piotra), które przedstawiły
najwięcej dokumentów poparcia. Spotkania wyborcze musiałyby odbywać się w innych
krajach niż kraj kandydata, żeby podkreślić uniwersalność urzędu papieża. Debaty
przedwyborcze, organizowane wspólnie przez kilka światowych stacji
informacyjnych (CNN, BBC, CCTV, TV Globo, Russia Today, Republika, Al-Jazeera,
India News itp.) musiałyby być prowadzone po aramejsku (jak mówił Jezus), grecku
(jak mówił Paweł) lub po łacinie (jak mówił Neron i Grzegorz Braun). Głosowanie
– oczywiście w parafiach – musiałoby być dwudniowe, z uwagi na różnice stref
czasowych. Ogłoszenie wyników i ceremonialne spalenie kartek wyborczych
(połączone z emisją oczywiście tylko białego dymu) odbywałoby się rzecz jasna w
Watykanie, nowy papież powinien ekumenicznie przemówić w języku kraju, z którego
otrzymałby najwięcej głosów (prawdopodobnie byłaby to Indonezja), a na co dzień
nie wolno by mu było nosić butów czarnych, czerwonych, białych ani żółtych, żeby
nie stosować żadnych aluzji rasistowskich.
Wyniki wyborów zatwierdzałby polski Sąd Najwyższy, dając pole do działania Ducha
Świętego, bo tylko Duch Święty byłby w stanie rozeznać się w polskim systemie
chaosu prawnego. Ale wiemy z Księgi Rodzaju, że na początku był chaos, i
Najwyższy nie tylko go opanował, ale nawet wykorzystał do stworzenia naszego
świata, więc i z tym Jego Trzecia Osoba sobie by poradziła.