Maciej Pinkwart
Niepoprawność
2 stycznia 2025
Na początku nowego roku, idąc na urlop w związku z wyborami prezydenckimi, muszę
się przyznać do paru rzeczy. I z góry proszę o wybaczenie tego mocno spóźnionego
coming-outu. Nie pisałem tego wcześniej expressis verbis, ale
zapewne wielu moich czytelników (wiem, wiem, wielu moich czytelników to
oksymoron, czyli wyrażenie wewnętrznie sprzeczne) już z zamieszczanych tu
publikacji wie, że jestem osobą kiepsko reformowalną i mocno konserwatywną, choć
pisząc o sztucznej inteligencji, genetyce i Grzegorzu Braunie usiłowałem się
przedstawić jako postępowiec. Ale tak naprawdę, w głębi duszy, nie akceptuję
niektórych obowiązujących od niedawna norm. A ponieważ jako człowiek
niepracujący i od pewnego czasu niepodległy, czuję, że mogę na swoim podwórku
manifestować swoją wolną wolę, więc manifestuję.
1. Jak już to można było zauważyć w felietonie przed
tygodniem, nie podobają mi się niektóre feminatywy. Nie dlatego że dziwne, tylko
dlatego, że forsowane na siłę mają wartość nie gramatyczną, czy szerzej –
językową, tylko ideologiczną. A tym samym są, jak to się brzydko mówi,
przeciwskuteczne. I dlatego stosuję tylko te, do których już się przyzwyczaiłem
i zaakceptowałem na podstawie uzusu, a nie dlatego, że tak mówi Anita
Werner, Katarzyna Kotula czy Magdalena Środa. Pani ministra może być świetnym
urzędnikiem państwowym (przyznacie Państwo, że na tym stanowisku sformułowanie
urzędniczka państwowa jakoś kiepsko brzmi), ale wiem, że przed wojną
karierę zrobił film Pani minister tańczy… Dodam – już nie wiem, który raz
– że najbardziej irytuje mnie lekceważenie stosowania rzeczowników zbiorowych.
Jesteśmy chyba jedynym krajem, w którym mieszkające tu Polki i Polacy
uważają, że dowodem szacunku dla kobiet jest wyodrębnianie ich z większego
zbioru: w głosowaniu biorą udział wyborcy i wyborczynie, po autostradach
jeżdżą kierowcy i kierowczynie, a pociągami kierują motorniczowie i
motorniczynie. Chwała Bogu, że na zdjęciach z Afryki widać żyrafy, a nie
żyrafę i żyrafa, w Tatrzańskiej Izbie Gospodarczej (mimo, że kieruje nią
kobieta) są przedsiębiorcy, a nie przedsiębiorcy i przedsiębiorczynie,
zaś w nowotarskim lesie nie pohukuje sowa i sów.
2. Nie aprobuję równości płci ani parytetu takowej w pracy, polityce i
propagandzie, bo nie aprobuję odgórnie narzucanych formuł, związanych z czymś,
co ogólnie nazywamy wolnością wyboru. Jakie to wolne wybory, jeśli przymusowo
muszę wybierać według jakiegoś strychulca? Odnoszę zresztą wrażenie, że
działania w tym zakresie nie dość, że pozorne, to jeszcze w dodatku są
niekonsekwentne. Parytet płci w polityce oznacza, że na listach wyborczych ma
być po równo mężczyzn i kobiet i że mamy wybierać zaglądając kandydatom pod
odzież, a nie starając się dowiedzieć, jakie są ich poglądy. Próby
zrównywania uprawnień mężczyzn i kobiet (dla uproszczenia pomijam tu osoby niebinarne, bo chaos w tych sprawach jest już wystarczająco duży) stoją w
wyraźnej sprzeczności z deklaracjami o równości przedstawicieli obu płci. Jeśli
mam wybierać panią X dlatego, że jest kobietą, a nie dlatego, że jest warta
mojego wyboru co najmniej tak samo jak pan Y – to gdzie to równouprawnienie?
Równouprawnienie, oczywiście, tak: za równą pracę i równe kwalifikacje – równa
płaca i ścieżka awansu, płeć tu nie powinna mieć żadnego znaczenia. Ale póki
wciąż w większości dyscyplin sportowych mamy osobne konkurencje dla mężczyzn i
kobiet (co zapewne jest pochodną możliwości fizycznych), póki nie rozwiązano
problemu ciąży u mężczyzn i karmienia przez nich piersią (poza Olgą Tokarczuk,
która w opowiadaniu Wyspa dopuściła taką możliwość) – przyjmijmy, że
równość płci powinna mieć charakter społeczno-ekonomiczny i niewiele poza tym. A
w wyborach, jak już wspomniałem tydzień temu, raz chciałem się kierować
kryterium estetycznym i głosować na Magdalenę Ogórek, na szczęście przypomniałem
sobie, że powiedzenie mężczyźni wolą blondynki, ale żenią się z brunetkami
w moim przypadku się nie sprawdzało: zawsze wolałem brunetki i zawsze żeniłem
się z blondynkami. Inna rzecz, że w tamtych wyborach prezydenckich był prawdziwy
egzystencjalizm: wybór wyłącznie między złem a złem.
3. Ruch #Metoo, interpretujący wszelkie przejawy zainteresowania mężczyzn
kobietami jako potencjalne przestępstwa molestacyjne uważam nie tylko za
idiotyczny, ale na dłuższą metę wręcz zagrażający egzystencji naszego gatunku.
Tak jak mówienie pięknej pani o tym, że się nam podoba czy przepuszczanie jej w
drzwiach nie jest preludium do gwałtu czy choćby namolności, tak samo
niemówienie i nieprzepuszczanie chamstwa seksualnego nie wyklucza. Co więcej –
sztywniactwo, w pewnych okolicznościach wręcz, nomen omen, pożądane, w innych
sprawia, że życie staje się nudne i nieciekawe, a sztuka całkowicie pozbawiona
erotyki byłaby równie niestrawna, jak sztuka składająca się wyłącznie z erotyki.
I z innej strony: jeśli mam się nie oglądać za ładną kobietą z innych powodów
niż potencjalny hexenschuss, to czemu strój, makijaż i inne akcesoria z
branży beauty u normalnej kobiety podkreślają jej atrakcyjność raczej
fizyczną niż intelektualną, podobnie jak strój? I to w stopniu znacznie
większym, niż widzimy to u mężczyzn? Aha, mówię to o kobietach kobiecych, a nie
kobietonach (jak pisał Witkacy) i tych, które demonstracyjnie się zbrzydzają w
wyglądzie i stroju, żeby nie wydawało się, że im zależy na nas, facetach.
4. Homoseksualizm obu płci: nie popieram, a zarazem nie obrażam się na jego
istnienie. Nie podobają mi się jednak manifestacje, eksponujące tzw. mniejszości
seksualne. Rozumiem, że to trochę jest akt desperacji, próba wymuszenia na
heterykach akceptacji faktu istnienia odmienności w tej dziedzinie.
Oczywiście wiem, że to nie żadna choroba, że to uwarunkowania biologiczne, że to
było od zawsze (choć trudno oprzeć się wrażeniu, że pewien udział w coraz
większej ilości coming-outów ma moda i
wrzucenie tolerancji i akceptacji dla tego trendu do worka z napisem „prawa
człowieka”), że to żadne „wynaturzenie”, bo w naturze, wśród zwierząt występuje
zarówno homoseksualizm, jak i tranzycja płci, ale obnoszenie się ze swoją
odmiennością ma według mnie więcej wspólnego z ekshibicjonizmem niż z kulturą
tolerancji. Jeśli homoseksualizm ma być traktowany jako coś zwyczajnego, to
czemu się tak nadzwyczajnie manifestuje? Odnoszę wrażenie, że dawniej
homoseksualizm jakoś lepiej funkcjonował społecznie. Oczywiście, nie mam tu na
myśli czasów i casusu Oscara Wilde’a. Raczej czasy Karola Szymanowskiego i
Jarosława Iwaszkiewicza. I miejsca, gdzie religianci różnych wyznań gromkimi
atakami na homoseksualistów i wymuszaniem karania tych orientacji przez prawo –
na zasadzie „łapaj złodzieja” – kryli własną homofilność. Mamy z tym do
czynienia i dziś, i w sferach strażników tzw. moralności, i w polityce.
Przykłady są dobrze znane. Ale im więcej się krzyczy o tolerancji – czy
nietolerancji, wszystko jedno – dla gejów i lesbijek, tym mniej jest to
propagowanie naturalności tych zjawisk.
5. Aborcja NIE JEST OK, i z tym hasłem się absolutnie nie zgadzam. Nie dyskutuję
na temat tego, kiedy w człowieku pojawia się dusza oraz czym ona jest, jeśli
jest i czy niedopuszczenie do narodzin człowieka jest takim samym morderstwem
jak to ścigane z paragrafu 148 kk – po prostu uważam, że przerwanie ciąży jest
strasznym, traumatycznym przeżyciem dla kobiety, a właściwie dla całej rodziny.
Bez względu na to, czy do 12 tygodnia, czy kiedykolwiek. Jednocześnie zdaję
sobie sprawę, że niekiedy jest to jedyne rozwiązanie, ze względów zdrowotnych,
moralnych (gwałt) czy społeczno-ekonomicznych. I żadne okna życia, adopcje
szpitalne czy sierocińce tego nie rozwiążą, czy się nam to podoba czy nie.
Sprowadzenie na świat nowego człowieka powinno być decyzją świadomą, wynikającą
i z miłości, i z poczucia odpowiedzialności. Ale nie jestem idealistą i wiem, że
zazwyczaj tak nie jest. Wiem też, i wiedzą to wszyscy, że żadne prawo, żadne
zakazy czy restrykcje tego problemu nie rozwiążą. Zaradzić temu może tylko dobra
edukacja seksualna, powszechnie dostępne środki antykoncepcyjne i pomoc państwa
poprzez stwarzanie warunków do dobrej opieki nad dzieckiem i nad kobietą w ciąży
i po porodzie. Ale nie wiem, czy slogan wybór a nie przymus rozwiąże tu
cokolwiek. Co do mnie – nie aprobuję aborcji i nie aprobuję karania za aborcję.
Karałbym natomiast za tzw. klauzulę sumienia. Jesteś lekarzem, sumienie nie
pozwala ci wykonywać aborcji? Zostań okulistą.
6. Murzyni, Cyganie, Eskimosi… Zabranianie używania tych i takich słów uważam za
idiotyczne. Dlaczego nazwanie kogoś Murzynem jest bardziej obraźliwe, niż
nazwanie go czarnoskórym? Jeśli trzeba na Cygana mówić Rom, co po cygańsku
jakoby znaczy człowiek, to dlaczego akceptujemy nazywanie kogoś Polakiem,
jeśli słowo to nie znaczy człowiek? Czy dlatego nie można o kimś mówić
Cygan, bo to tak, jakbyśmy go oskarżali, że jest oszustem i może nas ocyganić?
Na Eskimosa nie można mówić Eskimos, bo to podobno znaczy „zjadacz surowego
mięsa”, co jakoby jest obraźliwe. Nie wiem, dlaczego zjadacz surowego mięsa jest
bardziej obraźliwy niż zjadacz peklowanej golonki czy snobistyczny wielbiciel
surowej ryby w sushi? Podobno trzeba Eskimosa nazywać Innuitem, dlatego że
Innuit to też znaczy człowiek i zapewne brzmi dumnie, bardziej dumnie niż
ów zjadacz. OK, Polacy na Niemców mówią tak jak mówią dlatego, że przed wiekami
nadając sąsiadom taką a nie inną nazwę nie rozumieli ich szwargotu i owi
Germanie byli dla nich niemi, bo nie mówili w jedynym przez nich
rozumianym języku, czyli po polsku. To, zdaje się do dziś jest podstawą ideową
niektórych partii politycznych: nieznajomość języków obcych jest wyrazem
patriotyzmu.
Tego Roma zaś nie da się wprowadzić wstecznie na przykład do kultury, zmieniając
znaną pieśń na Graj, piękny Romie, markę francuskich papierosów
Gitanes zastępując marką Romes, nazywając bohaterkę opery Georgesa
Bizeta Carmen Romką czy cenzurując twórczość Johanna Straussa syna,
nadając jego operetce Der Zigeunerbaron poprawnościowy tytuł Baron
romski…. Komplikacją dodatkową jest fakt, starannie pomijany w publicystyce,
że po pierwsze określenie Rom pojawiło się dopiero w drugiej połowie XX
wieku, a po drugie – że zdecydowanie nie wszyscy Cyganie chcą być nazywani
Romami, które to określenie odnosi się podobno tylko do części tej społeczności.
A Eskimosi oczywiście nie zjadają teraz surowego mięsa tylko smażone lub
gotowane albo są wegetarianami, bo to jest modne. A propos, dlaczego nikt nie
nazywa mnie Eskimosem, kiedy zjadam surowy befsztyk po tatarsku? Może po
tatarsku też jest źle?
Zanim rzucimy się do poprawnościowego poprawiania nazw warto sięgnąć do
Szekspira.
Julia: Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo!
Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
[…]
O! weź inną nazwę! Czymże jest nazwa?
To, co zowiem różą,
Pod inną nazwą równie by pachniało;
[…]
Ktoś ty jest, co się nocą osłaniając,
Podchodzisz moją samotność?
Romeo: Z nazwiska
Nie mógłbym tobie powiedzieć, kto jestem;
Nazwisko moje jest mi nienawistnym,
Bo jest, o święta, nieprzyjaznym tobie;
Zdarłbym je, gdybym miał je napisane.
Ale Romeo nie wyrzeka się swego nazwiska, pozostaje Montekim, bo miłość pokonuje
tę przeszkodę. Róża pachnie nawet wtedy, gdy nazwiemy ją astrem.
Inna rzecz, że wiemy jak się skończyło…
Ale proszę nie sądzić, że próbuję Państwa przekonać, iż wyżej opisane moje
poglądy są jedynie słuszne i trzeba porzucić swoje przekonania, by przejść na
moje. Nic podobnego. Każdy ma prawo do własnych poglądów, do własnej poprawności
i niepoprawności. I z tą różnorodnością jest nam chyba (przynajmniej mnie jest!)
lepiej niż z koszarową jednorodnością.
Niepoprawności w moim, a wierzę, że nie tylko moim – życiu jest wiele, może
nawet więcej niż poprawności. Człowiek superpoprawny nie istnieje, a jeśli nawet
– cóż to byłby za nudny człowiek! Może jednak przerwijmy to auto-da-fé,
bo jeszcze zostanie przez jakichś inkwizytorów wykorzystane jako kolejny dowód
przeciwko mnie. Kiedyś bodaj w Gdańsku palono publicznie (chyba przy niewielkiej
publiczności) jakieś moje książki, ale za mnie jeszcze się nikt w celach
ciałopalnych nie chwycił. Ufam, że tak pozostanie do nieodległego już momentu,
kiedy zajmą się tym pracownicy stosownych służb komunalnych.