Maciej Pinkwart
Powrót natury
2 października 2025
Nie, nie zamierzam propagować naturyzmu, zwłaszcza tu i teraz. W Nowym Targu
naturyzm byłby przykry dla wszystkich zmysłów i mógłby się przyczynić do
dalszego zmniejszenia populacji, poprzez zarówno zaniechanie czynności
prokreacyjnych, jak i przez większą niż zwykle agresję przemocową w rodzinach i
poza nimi.
A poza tym zima idzie.
W 1913 r. właściciel zakopiańskiego Domu pod Jedlami, Jan Gwalbert Pawlikowski
opublikował ważny esej Kultura a natura, który stał się niejako
manifestem konieczności ochrony przyrody, bowiem zachowanie jej w stanie
możliwie naturalnym było – według Pawlikowskiego i wyznawców jego idei –
warunkiem przetrwania ludzkiej cywilizacji. A więc tytuł Kultura a natura,
w istocie swej zakładający jakąś opozycję między tymi dwiema rzeczami, był
sprzeczny z głównym przesłaniem treści.
Oczywiście, najpierw pewno należałoby zdefiniować oba pojęcia, bo, jak kiedyś
napisał Witkacy, wielu nieporozumień można by uniknąć, gdyby ludzie najpierw
definiowali pojęcia, którymi się posługują. To niemożliwe – gdyby literalnie się
do tego zastosować, każdy felieton w treści lub w przypisach powinien zawierać
Wikipedię. Poza tym, zwykle spieramy się wokół wieloznaczności dyskutowanych
pojęć. A w tym przypadku niejednoznaczność obydwu członów tytułu książki
Pawlikowskiego jest dla mnie istotna: według mnie te pojęcia, kultura i natura
są w istocie rzeczy przeciwstawne, choć w wielu wypadkach granice między nimi są
nieostre, a ich płaszczyzny częściowo się przenikają. Zwłaszcza współcześnie.
Natura rządzi się popędami i działa instynktownie, bardziej genetycznie niż
behawioralnie, a kultura kieruje się tradycją, wdrukowanymi w nią schematami i
czymś, co można by nazwać poczuciem wspólnoty – nie tyle stadnej, ile
plemiennej, czyli będącej na wyższym stopniu rozwoju hierarchicznego. Natura
rozwija się poprzez przypadkowe zdarzenia i podlega drugiemu prawu termodynamiki
– panuje w niej chaos i stały wzrost entropii. Kultura nadaje prawa, ale nie
kieruje się – jak natura – zasadami wynikającymi z podstawowej istoty życia: 1.
przetrwać, 2. przekazać swój materiał genetyczny, tylko prawami podejmowanymi
przez gremia lub narzucanymi przez jednostki. Natura żyje, aby przeżyć. Kultura
tworzy instytucje, żeby przetrwać. Natura nie dba o to co było wczoraj, nie
przejmuje się tym, co będzie pojutrze czy w następnej kadencji, co więcej – nie
ma żadnych instytucji, żadnych kadencji, a rządy i hierarchie w swoich
społecznościach (jeśli je tworzy, co ma miejsce w bardzo niewielu zespołach
osobników) powstają w naturze wyłącznie ze względów funkcjonalnych. Kultura
wydatkuje mnóstwo fizykalnej i społecznej energii na sprawy niematerialne, na
organizację kwestii duchowych, na utrwalanie wszystkiego, co z zasady nietrwałe.
Natura nie zna i nie potrzebuje religii ani mitologii, nie tworzy muzeów i nie
pisze książek, nie interesuje jej historia i nie prowadzi wojen w celu
osiągnięcia dominacji jednych osobników nad drugimi – co najwyżej walczy o
dostęp do energii (światła, wody, żywności) i do możliwości rozmnożenia się. Być
może zna miłość, nieliczne gatunki odczuwają empatię i żałobę, ale zwierzęta nie
mają cmentarzy, nie stawiają pomników, nie tworzą własnych i cudzych wizerunków.
Imperatyw robienia rzeczy niepotrzebnych z punktu widzenia zasad życiowych jest
granicą między naturą a kulturą, jest cezurą między człowiekiem a innymi
częściami natury. Jak to już kiedyś banalnie pisałem: znamy mnóstwo portretów
bizona namalowanych przez człowieka, ale nie znamy ani jednego portretu
człowieka, namalowanego przez bizona.
Dlaczego to właśnie ludzie – zwierzęta z gatunku hominidae przekroczyły
tę dramatyczną granicę między naturą a kulturą, a nie zrobili tego nasi
najbliżsi krewni – szympansy czy orangutany? Ignoramus et ignorabimus,
jak pisał wielki zoolog Emil du Bois-Reymond, nie wiemy i wiedzieć nie będziemy.
Na pewno nie chodzi tu o tzw. inteligencję, pojęcie zresztą mocno
przereklamowane. Ludzie, głosujący na Trumpa i jego klony, płaskoziemcy,
wielbiciele Adolfa H. i Władimira P., pożeracze dopalaczy i snusowe ssaki,
rechotarze Kaczyńskiego, osoby nie odróżniające ewolucji od owulacji, kumotrzy
spod Krosna, pisarze tik-tokowi i instagramowi influencerzy – choć brzmi to jak
oksymoron, społecznie są po stronie kultury, natomiast niewątpliwie
inteligentniejsze od nich delfiny, słonie, psy, szympansy, kruki i zwłaszcza
ośmiornice – nie są. O ile mi wiadomo, literackie i filmowe kreacje rozmaitych
Kosmitów także sytuują ich raczej po stronie natury, nie kultury.
Choć dziś już wiadomo, że cwańsze zwierzęta potrafią – co prawda w mocno
ograniczonym stopniu – posługiwać się narzędziami, by osiągnąć pewne cele,
niedostępne w inny sposób, to tylko człowiek potrafił zbudować narzędzia, które
nie tylko nie są dla niego niezbędne, ale zgoła mu w rozmaity sposób zagrażają.
Wrona potrafi wrzucać kamyki do napełnionej tylko w połowie butelki, żeby poziom
płynu się podniósł i mogła się napić, ale tylko człowiek potrafi napełnić tę
butelkę wódką. Szympans potrafi przyciągnąć banana kijem, ale tylko człowiek
potrafi odpędzić kijem szympansa, żeby zabrać mu tego banana. Ośmiornica potrafi
odkręcić zakrętkę butelki, ale tylko człowiek potrafił wymyślić prawo, żeby
zakrętki mocować do butelek na szelkach. I tylko człowiek potrafił wymyślić
samochód, w którym się zabije, zegarek i kalendarz, które pokażą mu, jak bardzo
gdzieś się spóźnił, telewizor, który go ogłupi i internet, przy pomocy którego
będzie w stanie przekazać swoją głupotę całemu światu.
Paręnaście lat temu zaszokowało mnie to, że na Słowacji posiadacze gruntów
rolnych podjeżdżali pod swoje pola nowymi nowoczesnymi skodami, stawiali je na
poboczu, potem ubierali gumowce, przesiadali się na traktory i wjeżdżali na pole
by je zaorać. Niedawno pisałem o postępie technicznym, jaki z nienajlepszym
skutkiem wkracza do greckich gajów oliwnych, a ostatnio zdziwiło mnie coś
innego: na Polanie Szaflarskiej w Nowym Targu zobaczyłem stojący przy ścieżce
spacerowej samochód. Już chciałem się oburzyć, że przecież nie można jeździć
tutaj samochodem, ale przypomniałem sobie, że lokalni mieszkańcy mogą dojeżdżać
do swoich posiadłości. Właściciel pojawił się po chwili, wychodząc zza
okolicznych krzaków z wielką torbą. Była prawie w całości wypełniona
plastikowymi, szklanymi i metalowymi śmieciami. Po drodze do samochodu jeszcze
wybebeszył stojący koło mostka kosz na śmieci, po czym otworzył bagażnik
citroena, uważnie posegregował zawartość torby i odjechał ze śmieciami w aucie.
Zdecydowanie nie wyglądał na przymierającego głodem bezdomnego, ani na
spieszącego do butelkomatu emeryta. Może ktoś powie, że z winy Tuska w Polsce
tak źle się dzieje, że nawet właściciel citroena musi dorabiać zbieraniem
śmieci. Ale być może chodziło o to, że ten pan ma przydomową fabrykę
przerabiania śmieci na paliwo do tego citroena.
Z kosza znikły plastiki, szkło i metalowe puszki, zostały resztki jedzenia,
ogryzki owoców, niedojedzone batoniki. Wieczorem przyjdą lisy i zjedzą. Albo
przeżyją, albo nie. Takich stołówek w rejonie miasta są setki. Należymy do
dwudziestu najbogatszych krajów świata, więc stać nas na to, żeby rocznie każda
polska rodzina wyrzucała do śmieci 165 kilogramów żywności. Pół kilo dziennie.
Wydaje mi się to nieprawdopodobne, ale tak mówią ścisłe dane. Urodziłem się po
wojnie, było biednie, jedzenie się szanowało i nigdy nie kupowało się za dużo.
Może dlatego, że nie było lodówek. Ani pieniędzy. Szczególnie szanowało się
chleb. Gdy upadł na ziemię, podnosiło się go z szacunkiem i na przeproszenie
całowało. Dla psów i kotów nie było osobnej karmy – jadały to co my, i też im
smakowało. Dzikie zwierzęta oglądało się w ZOO, a – w lasach – jedynie ich
ślady, czasem mignął jakiś lis. Pierwszego niedźwiedzia w Tatrach zobaczyłem w
górnych piętrach doliny Pańszczycy, podczas gdy on był w dolnych piętrach
Buczynowych Turni. W reglach raz widziałem rysia, kilkakrotnie zwierzynę płową,
parę razy wśród kamieni wypatrzyłem świstaka, najczęściej spotykało się kozice.
A potem na drogach Podhala trzeba było zacząć uważać na sarny i jelenie, lisy i
jeże stały się przydrożną (niestety – także nadrożną) codziennością, a
niedźwiedzie nie zadowalały się już grzebaniem w śmietnikach przyschroniskowych,
zaczęły zaglądać do miasta. Za pewną przesadę uznałem spotkanie ze sporym misiem
nie na Krupówkach, tylko koło zakopiańskiego kina Sokół. Jelenie zadomowiły się
na Równi Krupowej i stały się niemal codziennym dodatkiem do Giewontu, trafiając
na zakopiańskie słitfocie.
A w minionym tygodniu dość liczna rodzina dzików przemaszerowała przez jedno z
nowotarskich osiedli przy ulicy Szaflarskiej, grzecznie przeszła po pasach przy
zielonym świetle koło ulicy Podtatrzańskiej i pomaszerowała w stronę Dunajca, po
drodze zaglądając do śmietników i obwąchując kosze na śmieci. Jeże mieszkają w
przydomowych ogródkach, lisy wchodzą do klatek schodowych na osiedlach tam,
gdzie nowi mieszkańcy miasta przynieśli ze sobą wiejskie obyczaje i worki ze
śmieciami wystawiają przed swoimi drzwiami, obok butów i pustych butelek. A u
mnie na balkonie w donicy z krzakiem winorośli już drugi rok z rzędu gniazdo
buduje sójka.
Czy nasza kultura oswoiła się ze zwierzęcą naturą? Czy natura szuka u nas
wsparcia spożywczego w trudnych czasach? Bynajmniej. Natura, zgodnie ze swymi
zasadami, kieruje się pragmatyzmem: łatwiej jest wygrzebać żarełko ze śmietnika
niż upolować je w pobliskim lesie, który zresztą z roku na rok się zmniejsza. A
nasza kultura z roku na rok staje się coraz mniej kulturalna, ale coraz bardziej
oddala się od natury, która po prostu przystosowuje się do świata, jaki za
sprawą człowieka coraz bardziej się ześwinia. Świnia, nawet dzika, nie
bywa chamska, a inteligenci z Żoliborza tak.
Nie, nie mam nic przeciwko dzikom ani nawet świniom przydomowym, które są
zwierzętami dobrymi, mądrymi i tylko czasem trochę zalatują chlewem. Człowiek
zaś, jak wiadomo, ma niektóre organy całkiem dające się zastąpić przez organy
świńskie, a chlew potrafi zrobić nie tylko we własnym domu, ale i we własnym
kraju. Gdyby George Orwell żył dzisiaj i obserwował to, co się dzieje w wielu
krajach, mających się za ostoje demokracji i kultury, z pewnością miałby mnóstwo
materiału do napisania Folwarku ludzkiego.