Maciej Pinkwart
Metafizyka cocker spaniela
Roksanka – czarna, niemłoda już cockerka leży na dywaniku pod stołem, porusza
nogami i cicho poszczekuje przez sen. Śni się jej pewno, że kuchenna lodówka
sama się otwiera i wystarczy do niej podbiec, a wyskoczy z niej kiełbaska i da
się zjeść. Chyba nie rozmyśla przez sen o tym, kto i w jaki sposób zdobył tę
kiełbaskę i włożył do lodówki. Jej spekulacje kończą się zapewne w miejscu, w
którym dochodzi do wniosku, że tylko ja mogę w realu lodówkę otworzyć, ułamać
kawałek przysmaku i zaspokoić jej ciągle wielki apetyt na kiełbaskę. W pewnym
skrócie to ja jestem stworzycielem tej kiełbaski, a skąd ją wziąłem i jak
dostarczyłem do lodówki jest o wiele mniej istotne od tego, w jaki sposób
Roksanka może mnie skłonić do obdarowania jej następnym kawałkiem. Ba, mogę być
prawie pewien, że problem pochodzenia kiełbaski w lodówce jest jej doskonale
obojętny. Kiełbasa jest w lodówce. Gdzie była przedtem – nieważne. Gdyby
Roksanka znała łacinę, wyszczekałaby w tym języku: ignoramus et ignorabimus.
Nie zna, więc nawet przez sen nie szczeka o tym, że nie wiemy i wiedzieć nie
będziemy i nie wie, że powiedział to nie żaden starożytny filozof, rozważający
problematykę powstania wszechświata, tylko XIX-wieczny niemiecki lekarz i zoolog
Emil du Bois-Reymond, zastanawiający się nad granicami zdolności człowieka do
poznania świata.
Leżę na łóżku przy niezasłoniętym oknie z widokiem na góry, a za szybą powoli
przesuwa się pół Księżyca. Nie mogę spać i patrzę na niebo. Daleko migoczą
nieliczne, rozmyte w księżycowej poświacie inne planety i gwiazdy. Wiem – ze
szkoły? z książek? – że ziemski towarzysz to krew z krwi, kość z kości naszej
Ziemi, wydarty kiedyś z jej jestestwa w czasie zderzenia z inną planetą, Teją,
jakieś 4 miliardy lat temu, w czasie, kiedy Ziemia była młoda i miękka. Teję to
zderzenie unicestwiło, a my teraz mamy nocną latarnię. Niewiele, jakieś pół
miliarda lat wcześniej, z zagęszczenia obłoku luźnych cząsteczek powstało Słońce
i nasz układ planetarny. Cząsteczki są starsze, ale też powstały wcześniej –
jedne tuż po wielkim wybuchu, inne nieco później. Wielki wybuch, kiedy to
skoncentrowana w jednym miejscu, które może nawet nie było punktem, energia
całego wszechświata eksplodowała i zaczęła przemieniać się w materię, zdarzył
się 14 miliardów lat temu. Albo coś koło tego. A może wcale go nie było? Ale
wiemy na pewno, że teraz wszystkie galaktyki i gwiazdy wchodzące w ich skład
oddalają się od siebie z rosnącą prędkością, a zatem kiedyś były bliżej, może
tak blisko, że tworzyły jeden nieskończenie mały punkt. A co było poza tym
punktem? Nic? A co było przed tym, kiedy materii jeszcze nie było? Nic? Jak to
się stało że z niczego powstało coś, przecież już Melissos z Samos wykoncypował,
że ex nihilo nihil fit, z niczego nic nie powstaje, więc coś było zawsze.
Z drugiej strony jednak panta rei, nic nie stoi w miejscu i po prostu
jest. Nie istnieje zawsze, nie istnieje nigdy, w ogóle nic nie istnieje dziś
tak, jak istniało wczoraj. Nawet pewność nieistnienia nie jest pewna, bo teraz
spekulacje idą w tym kierunku, że odległe galaktyki może wcale nie uciekają z
rosnąca prędkością od nas, może już zwalniają, może zaczną się do nas zbliżać?
Ale jak przedrą się przez ciemną materię, której tak bardzo nie widać, że o tym,
iż ona tam, w Kosmosie jest, świadczy tylko matematyka i oparte na niej
spekulacje?
Roksanka przeciąga się pod stołem, otwiera oczy i najpierw patrzy na lodówkę, z
nadzieją, a potem na mnie, z wyrzutem, prośbą, miłością. Nie wierzę, mówi mi
całym ciałem, że tam nic nie ma, zawsze jest jakaś kiełbaska, ale jakby nie
było, to od ciebie tylko zależy, żeby było. Lodówka jest zawsze – odkąd ja
istnieję, istnieje też lodówka. Kto i jak stworzył lodówkę? Nie wiem i w
zasadzie nic mnie to nie obchodzi. Wiem, kochasz mnie i kiedy mi dajesz
kiełbaskę, chciałbyś mi wytłumaczyć, skąd się wzięła kiełbaska, skąd się wzięło
to, co stworzyło tę kiełbaskę i dlaczego lodówka chłodzi kiełbaskę. Dzięki, ale
tak sobie myślę – myśli Roksanka – że koniec końców nie będziemy wiedzieli, jak
się stało, że coś się stało i co było przedtem. Nie wiemy. Trudno. Bez tego
świetnie da się przeżyć, a zwłaszcza zjeść kiełbaskę, jeśli mi ją, do cholery,
wreszcie dasz. Co było przed powstaniem lodówki – nie wiem i nigdy nie będę
wiedzieć.
Deista dawny, istniejący kiedyś wszędzie, a dziś w blisko 50 procentach w
Polsce, USA i wielu innych średniowiecznych miejscach, nawet w Dolinie
Krzemowej, mówi: świat jaki jest, został stworzony 7 października 3761 roku
przed naszą erą przez Pana Boga. Wtedy też Bóg stworzył człowieka na obraz i
podobieństwo swoje. Kopalne szczątki, rzekomo mające kilkaset milionów lat, też
zostały stworzone przez Pana Boga tak, żeby wyglądały na stare. Co było przed 7
października 3761 roku przed naszą erą? Chaos był. A kto stworzył chaos? Bóg,
oczywiście. A kto stworzył Boga? Nikt, Bóg istniał zawsze, bo jest wieczny.
Deista nowoczesny mówi: nasz wszechświat powstał przed przeszło 14 miliardami
lat wskutek Wielkiego Wybuchu, który był aktem boskiej kreacji. Co było
przedtem? Nic, tylko Bóg, który może stwarzał wtedy inne wszechświaty. Kto
stworzył Boga? Nikt, Bóg istniał zawsze, bo jest wieczny.
Ateista dawny mówi: świat materialny powstał z energii zgromadzonej w miejscu,
gdzie odbył się wielki wybuch. Poza tym miejscem nie było nic. Żaden Bóg nie
musiał się tu fatygować, zresztą Boga stworzyli ludzie na obraz i podobieństwo
swoje. Co było przedtem? Nic. Skąd się wzięła ta energia, z której potem
powstała materia? Znikąd, była sobie. Energia istniała zawsze, bo jest wieczna.
Ateista współczesny mówi: świat istnieje zawsze, ale fluktuacyjnie, rozszerza
się dotąd, aż energia wielkiego wybuchu staje się słabsza od grawitacji, po czym
kurczy się do jednego punktu, zamieniając po drodze materię na energię, znów
wybucha i tak w kółko. A co było przed tym pierwszym wybuchem? Nic. To skąd się
wzięła energia, grawitacja i zasada fluktuacji? Znikąd, istnieją zawsze, bo byt
wszechświata jest wieczny.
Naukowiec mówi: świat powstał kiedyś i będzie istniał do kiedyś. Co było
przedtem i co będzie potem – tego nie wiemy, ale możemy o tym spekulować, bo
znamy prawa fizyki. O ile te prawa się nie zmienią, to będzie tak, jak one
stanowią. Ale czy się nie zmienią – tego nie wiemy. Nie wiemy też, czy prawa
fizyki, jakie znamy, istnieją wszędzie. Prawie na pewno nie – czarne dziury,
jeśli istnieją, mają swoją własną, niewytłumaczalną na ludzkie,
fizykę. Nawet promieniowanie Hawkinga nie jest niczego dowodem. A co to jest
promieniowanie Hawkinga? Nieważne, to coś tak delikatnego jak zapach kiełbaski
docierający do Roksanki przez metalowe ściany lodówki. Może ona wcale nie musi
go wyczuwać, ona wie, że on się stamtąd wydobywa. No bo – o rany! – ta kiełbaska
chyba tam jest?
Bóg – z tego co o Nim wiemy - jest wieczny. Wszechświat – o ile zdołaliśmy go
ułamkowo poznać – jest wieczny, choć zmienny. Prawa fizyki – w takim kształcie,
jaki znamy – są wieczne. Jednak o żadnej z tych istności praktycznie nie wiemy
nic. Próbujemy się dowiedzieć, zdając sobie jednak sprawę z tego, że to zapewne
jest próżny trud. Ale wciąż usiłujemy zajrzeć w oczy nieskończoności.
Roksanka mówi: długo jeszcze będę musiała sz-czekać na tę kiełbaskę?