Maciej Pinkwart
Kosmos
9 października 2025
Postanowiłem polecieć w Kosmos.
Oczywiście, wiem – mam swoje lata, niekiedy – zwłaszcza w poniedziałki – odnoszę
wrażenie, że mam też cudze. Ale mam również swoje ambicje. Ponieważ jak dotąd
nie osiągnąłem w życiu niczego, co by można nazwać spektakularnym na tyle, żeby
mnie pokazali w głównych wydaniach stacji informacyjnych, postanowiłem zrobić to
teraz. Wiem, naturalnie, że niedawno wszyscy zachwycali się kosmicznym lotem
Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, ale po pierwsze, on jest żonaty z Platformą
Obywatelską, więc to się nie liczy, a po drugie jego lot był polityczny, bo w
Kosmos zabrał z sobą Szymborską, a nie Herberta i pierogi z mięsem, a nie
ruskie. Skutkiem czego jak w kapsule amerykańskiej zrobiła się kolejka do
wygódki, to nie mógł skorzystać ze sławojki w rosyjskiej sekcji, no i było
niefajnie.
Państwo Uznańscy tutaj, w mojej okolicy znani są zresztą z czego innego: oto w
1818 roku Tomasz Uznański z żoną Honoratą kupili część dóbr
podhalańsko-tatrzańskich i osiedli we dworze w Szaflarach. Ich posiadłość
nazwano Państwo (czyli dominium) Szaflary, a rozciągało się ono aż po
Tatry, z Doliną Suchej Wody Gąsienicowej, Olczyską, Nosalem i Giewontem, bez
krzyża jeszcze. Potem się rodzinnie trochę pokłócili i z Państwa Szaflary
wyodrębniło się Państwo Poronin, z Kośnymi Hamrami i het, w górę. I z
późniejszym Muzeum Lenina. A dziś w miejscu Dworu Uznańskich w Szaflarach jest
między innymi wytwórnia jogurtu „Magda”. No, proszę państwa, doprawdy… Jogurt we
dworze!
Oczywiście wiem też, że wiele lat temu poleciał w Kosmos Mirosław Hermaszewski,
ale po pierwsze, to było za PRL-u, a przecież wiemy, że główni obecni politycy
polscy uznali iż wtedy Polski nie było, tylko jakaś ruska czarna dziura. Nie
można z czarnej dziury polecieć w Kosmos, raczej cały Kosmos w pewien sposób
zmierza do entropijnej czarnej dziury, więc to się nie liczy. Po drugie, polski
kosmonauta, który jakoby okrążył Ziemię 126 razy, pozwolił na to, żeby jego
córka wyszła za mąż za Richarda Henry’ego Czarneckiego, który pozazdrościł swemu
teściowi i będąc europosłem, też wiele razy okrążył Ziemię w swoich
kilometrówkach, i to nie w rakiecie czy sputniku, tylko o wiele ciekawszymi
pojazdami, nawet takimi, które w ogóle nie istniały.
Tak więc polskich wzorców nie miałem. Mogłem, oczywiście,
oprzeć się na doświadczeniach amerykańskich, ale nie stać mnie byłoby na
opłacenie przyjaźni mojej z USA, bo obecna administracja wszystko próbuje jak to
się teraz mówi, zmonetyzować. Przyjaźń, pomoc, życie i śmierć. Doświadczenia
rosyjskie, nienajlepsze zresztą ostatnio, są nie do skorzystania, jeśli się nie
jest przyjacielem kilku znanych polityków polskiej prawicy. A nie jestem, na
szczęście. Oczywiście, są jeszcze astronauci (kosmonauci?) chińscy, ale słabo
znam mandaryński i z pewnością zdarzyłaby mi się taka konfuzja, jak w znanym
dowcipie, kiedy to chińsko-polska tłumaczka widząc chińskie hieroglify
wytatuowane na ramieniu pięknej pani, powiada: nie mam nic przeciwko tatuażom,
ale dlaczego ma pani na ręce napisane nie zamrażać powtórnie?
Pozostały mi wcześniejsze doświadczenia rodzime. Przecież na długo przed
Uznańskim, Hermaszewskim, a nawet Glennem i Gagarinem pierwszym kosmonautą, a
nawet lunonautą był nasz Jan Twardowski, który przestrzenie ziemskie, a nawet
kosmiczne pokonywał na kogucie. Poszedłem więc do sklepu drobiarskiego, gdzie
sprzedawano kury mięsne (wegańskich, niestety, nie było) i chciałem kupić jak
największego koguta – swoją wagę mam i pojazd dla mnie musi być – że tak powiem
– solidnie wypasiony. Niestety, były tylko osobniki płci żeńskiej i nijakiej, i
to w znacznym stopniu niemobilne. Skierowano mnie do sklepu zoologicznego. Tam w
dziale „Ptaki” zaoferowano mi tylko papugę albo kanarka. W Tatrzańskim Parku
Narodowym były do kupienia tylko widokówki z orłem i z cietrzewiem (a może
głuszcem, nie rozróżniam). Głuszec pasował mi najbardziej, z uwagi na kłopoty ze
słuchem, choć i cietrzew, z uwagi na skłonności do zacietrzewiania się, też, ale
okazało się, że wszystkie ptaki, a w zasadzie wszystko jest tam pod ochroną.
Nawet łąki, koszone przez okoliczną ludność, czy wypasane przez nią owce, nawet
drzewa, wycinane przez drwali w ramach ochrony przyrody. Mój kosmiczny zapał
nieco przygasł.
I wtedy przypomniałem sobie powieść Witolda Gombrowicza Kosmos, której
akcja toczy się w Zakopanem, na przedpolu Tatr, gdzie usytuowany jest cały
Kosmos. W gruncie rzeczy, by eksplorować ten Kosmos, wystarczyło przejść się do
Doliny Białego, albo wręcz pozostać przy Polanie Szaflarskiej – bo wszędzie tam
jest ten sam Kosmos, do którego lecieli kosmonauci, astronauci i kogutonauci.
Ale przecież nie pobyt w Kosmosie jest fascynujący, tylko podróż i poczucie, że
się niebawem znajdzie tam, gdzie jeszcze nikt (no, z wyjątkiem 743 osób, w tym
doktora Sławosza U-W) nie był. Moje ambicje były jednak większe: nie chciałem
powtarzać wyczynu poprzedników, chciałem odkryć coś nowego.
W tym celu nabyłem czapkę-pilotkę, rękawiczki bez palców, kamerę-fotopułapkę do
obserwacji Kosmitów, telefon, na wypadek gdyby spotkany tam gdzieś ET chciał
zatelefonować do domu, wyjąłem z zamrażarki pierogi i gdy nadeszła godzina 21.00
(o tej porze mam zażywać wieczorną garść leków), uchyliłem okno, usiadłem w
fotelu i rozpocząłem podróż.
W każdej minucie oddalałem się od miejsca startu o prawie 1800 kilometrów,
jednocześnie obracając się wokół osi – wraz z Ziemią – o 18, 3 km. Może to
niedużo, bo to w Nowym Targu, choć na przykład w moim rodzinnym Milanówku byłoby
to jeszcze mniej – 16,6 km. A na Krecie, w okolicach Chani – już 22,6 km. Ale
miejsce startu, Ziemia i ja, czyli nasz Układ Słoneczny równocześnie w ciągu
minuty pokonuje 15 000 km, pędząc wokół centrum Drogi Mlecznej, ta zaś względem
innych galaktyk mknie z prędkością 37 800 km na minutę. Na domiar złego,
galaktyki uciekają od siebie z prędkością różną, im są dalej tym szybciej, w
efekcie to miejsce gdzie teraz jesteśmy, za minutę już będzie gdzie indziej nie
dlatego, że nabrało speedu, tylko dlatego, że rozszerzyła się przestrzeń,
w której jesteśmy. Ten nasz kosmiczny balonik ktoś nadmuchuje cały czas tak, że
w ciągu każdej minuty odcinek 3,3 mln lat świetlnych (czyli megaparsek) wydłuża
się o około 4440 kilometrów.
Zrobiło mi się niedobrze, a nie wziąłem kosmomarinu. Na całe szczęście, będąc
częścią Ziemi (a także Kosmosu) pędzę razem z nim, a przez to tych wszystkich
ucieczek, obrotów, zwrotów przez kosmiczny sztag nie odczuwam, dzięki
błogosławionej (choć z wiekiem i ilością spożytego piwa także przeklętej)
grawitacji.
Pierogi się odmroziły, a w międzyczasie nalałem wodę do garnka (na szczęście,
dzięki grawitacji, przybrała kształt naczynia, a nie zbiegła się w niezborną
kulkę) i zagotowałem przez 5 minut od wypłynięcia, więc było w sam raz na tak
zwany podkurek, czyli ulubioną przez ludzi, a szalenie niezdrową nocną
podjadkę. Zdjąłem czapkę. Zdjąłem rękawiczki. Wyłączyłem kamerkę. Zjadłem
pierogi. Wykąpałem się. Położyłem się do łóżka. Leciałem dalej.
Tak jak wy, współastronauci. Kosmonauci. Ziemionauci.