Maciej Pinkwart
Mój konserwatyzm
26 czerwca 2025
Konserwatyzm, rozumiany jako postawa życiowa opierająca się na kulcie tradycji i
zamiłowaniu do historii, zawsze kojarzył mi się ze starością. W każdym razie z
osobami zdecydowanie starszymi ode mnie. Ojciec mój, na przykład, był
wielbicielem włoskiego tenora Beniamina Gigli. Mama, młodsza od ojca o ćwierć
wieku, uwielbiała Martę Mirską i Nataszę Zylską. Ja, kiedy już przestałem nucić
Chwalcie łąki umajone i Ukochany kraj – wpadłem w wielką miłość do
Brendy Lee i Beatlesów. Ale po latach wszystko zaczęło się zmieniać. Beatelsi
stali się oldskulowi, o Brendzie Lee zapomniano, a ja zostałem – we własnym
mniemaniu – niezwykle postępowy.
Oczywiście nie chodziło tu o muzykę, o stroje czy fryzury, czy nie daj Boże
politykę, lecz o zamiłowanie do techniki, potem do nowoczesnych technologii
informatycznych, ogólnie do spraw usytuowanych w większym stopniu o krok przede
mną, niż o pięć kroków za mną. Pod względem muzycznym bowiem z czasem stałem się
skrajnym konserwatystą: do Beatlesów doszło przywiązanie do Bacha, Beethovena,
Mozarta, Czajkowskiego, Chopina i zespołu Queen, i do piosenek polskich klasyków
(choć na pewno nie konserwatystów): Przybory, Osieckiej, Młynarskiego i
Sikorowskiego. W tym samym czasie zaczęły być dla mnie ważne osiągnięcia
współczesnej nauki i techniki – fizyki, astrofizyki, chemii, genetyki… Ale nie
bardzo miałem z kim o tym rozmawiać.
Rozglądając się dookoła zauważyłem, że młodsi ode mnie – często znacznie młodsi
ludzie – mają większą ode mnie skłonność do oglądania się wstecz, choć widzą tam
nie własne przeżycia i doświadczenia, tylko to, co im opowiedziano. Są, rzecz
jasna, wybitni młodzi naukowcy, dzielnie stający w szranki z najpotężniejszymi
umysłami współczesności, ale to nieliczne jednostki: większość chce utożsamiać
się z tym, co było.
Nie aprobuję tego, nie cierpię konserwatyzmu w polskim wydaniu, nie umiem
pogodzić się ze starością rozpamiętującą swoje dawne sukcesy, dawne mniej czy
bardziej heroiczne przewagi i wciąż rozpamiętującą to, co za moich czasów
było piękne i przyjemne. Piękna – choć nie zawsze przyjemna – była młodość,
plany z nią związane, Poziomka i I’m sorry Brendy Lee. I tyle. Resztę
trzeba było sobie zbudować, bo nikt nigdy mi niczego nie dawał tylko dlatego, że
byłem młody. Ani pracy, ani pieniędzy, ani mieszkania, ani studiów, ani
przyjemności towarzyskich. Nawet pół litra „Żytniej” trzeba było umieć samemu
zorganizować. Dziś, na starość, mam przynajmniej tę satysfakcję, że to
niewielkie coś, jakie w życiu osiągnąłem, zawdzięczam tylko sobie.
Nie aprobuję swojej starości, bo jest związana z mnóstwem wyrzeczeń,
niedogodności i niesprawności, bólów i brakiem dobrych perspektyw, ale nic na
nią nie poradzę – ona przyszła, jest i pozostanie ze mną dotąd, aż do chwili, kiedy
się skończy – razem ze wszystkim. Ale z pewnością nie chciałbym znów być młody,
a szczególnie znów być dzieckiem, które będzie musiało jeszcze raz przejść drogę
do starości w obecnych warunkach, przeżywać znów kilkadziesiąt lat pełnych
niewiadomych, pełnych zagrożeń, pełnych egzystencjalnych zagadek… Wydaje się to
dość okropne.
Postawa konserwatywna pozornie jest w życiu bezpieczniejsza: odnosi się bowiem
do czegoś, co znamy i aprobujemy, czegoś co w dawnym życiu się sprawdziło, więc
mamy przekonanie, że sprawdzi się i teraz. Inżynier Mamoń miał na ten temat
określone zdanie. Inwestowanie – także emocjonalne – w przyszłość jest obarczone
większym ryzykiem. Kiedyś uważałem, że to właśnie młodość skłonna jest do
większego ryzyka, dlatego jest nowocześniejsza. Dziś ten pogląd, zdaje się, legł
w gruzach. Zależność preferencji egzystencjalnych od wieku załamała się zupełnie
– zwłaszcza po minionych wyborach, kiedy to okazało się, że konserwatystów jest
znacznie mniej w mojej, jak to się teraz mówi, kohorcie wiekowej, niż
wśród wyborczych osesków.
Ten młody, żeby nie powiedzieć młodzieżowy konserwatyzm jest stosunkowo prosty –
sprowadza się do popierania konserwatywnych liderów, w złudnej nadziei, że tacy
będą zawsze, że uproszczą i ułatwią nam życie według niegdyś sprawdzonych
schematów i do wznoszenia hasła Bóg, honor i Ojczyzna. Cóż – dawni i do
dziś emblematyczni idole, kojarzeni konserwatywnie, niegdyś uważani byli za
polityków nowoczesnych: za takiego uważano nawet Dmowskiego, już nie mówiąc o
Piłsudskim. A popieranie idola współczesnych konserwatystów, odjeżdżającego z
wiecu wyborczego hulajnogą, wydaje się też popieraniem nowoczesności: hulajnoga
była elektryczna… Zaś Bóg, honor i Ojczyzna – ta odwieczna triada, pod
którą grupowali się konserwatyści rozmaitych nacji i rozmaitych epok, wydaje się
w Polsce dość specyficzna.
Bóg rozumiany jest najczęściej w sposób starotestamentowy, jako groźny starszy
pan, stary kawaler oczywiście, któremu po cichu mamy za złe, że to Żydów, a nie
Polaków uczynił narodem wybranym. Dlatego też chętniej czcimy Trójcę Świętą,
która w polskim rozumieniu składa się z polskiego świętego papieża, polskiej
Matki Boskiej Częstochowskiej, Królowej Korony Polskiej oraz Pana Jezusa, Króla
Korony Polskiej. Bóg patronuje Polakom i Polkom, ale te ostatnie mają kierować
się, w rozumieniu konserwatystów, niemiecką zasadą trzech K: Kinder, Küche
und Kirche. Zadziwiające, jak wiele kobiet – sądząc po ostatnim głosowaniu –
aprobuje ten XIX-wieczny model.
Honor w rozumieniu współczesnych konserwatystów zwykle polega na dążeniu do
tego, by pozbawić honoru wszystkich tych, którzy myślą i działają inaczej. Idea
czapkowa Make America (Poland, Hungary, Belize, Madagascar) Great
Again ma się realizować dzięki temu, że innych niż my będziemy poniżać. Nie
będziemy poniżać tylko Stanów Zjednoczonych, chorych na trumpizm.
A współczesna konserwatywna wizja Ojczyzny realizowana ma być poprzez wielką
miłość do obszaru, uznawanego za wspólny, w którym mieszkają tylko nasi
ziomale. Wszystkich innych trzeba nie wpuścić, jak już są – to deportować,
albo urządzić rozstrzygającą ustawkę. Nie będzie inny kibol pluł nam w
twarz i dzieci nam widzewił, jeśli naszą ojczyzną jest ŁKS.
Młodzi konserwatyści posługują się wszelako najnowocześniejszymi osiągnięciami
techniki – nie mówię tu tylko o hulajnogach. To także smartfony, komputery,
dobre samochody. Na pewno nie są tak zacofani jak starzy konserwatyści,
zapatrzeni w Dmowskiego, Śmigłego-Rydza, Gomułkę i Łupaszkę. Już nawet nie
fascynuje ich Korwin-Mikke. Ale Braun i Nawrocki – tak, bo są jakoby wzorcami
silnych, heteroseksualnych mężczyzn, którzy może nie argumentują swoich racji
mądrymi wypowiedziami, ale mogą w odpowiednim momencie użyć pięści czy gaśnicy.
No więc mam kłopot, jak to wszystko ponazywać i jak się do tego odnieść, jak się
to dalej potoczy i jak się skończy. Kim w tym wszystkim ja jestem, kim będę? No,
kim będę to wiadomo mniej więcej. Kim jestem? No, chyba jednak jestem sobą, a
więc w dziedzinie muzyki Beethoven i Beatlesi, w dziedzinie polityki – mimo
wszystkie te dziesiątki przeżytych lat – spojrzenie w przód, nie wstecz. Jednak
dylematy, rozterki są, nie da się ukryć.
Na szczęście, zawsze mogę uciec w inną dziedzinę nauki, która z omawianym
zagadnieniem ma tylko powierzchowny, choć ważny dla mnie związek. Dla mnie taką
dziedziną jest filologia. Zastanówmy się nad samym słowem konserwatyzm.
To z łaciny oczywiście, conservare to zachowywać, ale też gromadzić,
przechowywać. Blisko tu do słowa konserwatorium, którym dawniej określano
szkołę, zwłaszcza wyższą, kształcącą muzyków. Ale nie tylko, nie tylko… W latach
60. warszawskie konserwatorium (wówczas Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna, potem
Akademia Muzyczna, a teraz zdaje się Uniwersytet Muzyczny) miało coś w rodzaju
klubokawiarni o nazwie Gama, gdzie nasz Teatr Małych Eksperymentów Wagant z
Uniwersytetu Warszawskiego z braku miejsca na rodzimej uczelni korzystał z
niewielkiej scenki na próby i przedstawienia. Grałem tam między innymi główną
rolę w sztuce Buszujący w zbożu według powieści Salingera. A po latach w
tymże dawnym konserwatorium – będąc melomanem, ale ani muzykiem, ani nie daj
Boże muzykologiem – robiłem studia podyplomowe w dziedzinie pedagogiki i
psychologii twórczości.
Jednak największe wrażenie zrobiło na mnie inne konserwatorium – mieszczące się
w Paryżu Conservatoire national des arts et métiers – założona w czasie
Wielkiej Rewolucji w 1794 r. wyższa uczelnia techniczna, z czasem przekształcona
we wspaniałe muzeum techniki. Zwiedzałem je oczywiście skrupulatnie, ale tak
naprawdę poznałem je już wcześniej, czytając jedną z najważniejszych powieści
mojego życia – Wahadło Foucaulta autorstwa Umberto Eco. Conservatoire
jest tam jednym z miejsc akcji, a jego opis i to, co się tam dzieje to genialny
thriller.
Kiedy po studiach poszedłem do jednej – drugiej – trzeciej pracy, w każdej z
nich był taki pan Janek, Józek czy Staszek, bez którego żadna redakcja, ani
muzeum, ani szkoła nie mogła się obejść: naprawiał, pomagał, montował i
majstrował. W oficjalnej nomenklaturze taki pan – złota rączka nazywał się
konserwatorem.
No i na koniec filologiczne skojarzenie gastronomiczne: każdy konserwatysta
powinien być mięsożercą, choć Bogiem a prawdą, bardziej konserwatywny dla
gatunku ludzkiego jest wegetarianizm. Konserwatysta z definicji musi lubić
konserwy, i tu jestem w rozterce, bo ja przy całej mojej postępowości też je
lubię. Może to spuścizna czasów młodości, może lenistwo i niechęć do
pitraszenia, ale naprawdę lubię konserwę turystyczną, gulasz angielski, golonkę
peklowaną, szprotki w oleju, sardynki portugalskie i coś co nazywano makrelą
mieloną razem z kutrem: paprykarz szczeciński. Wychodzi więc na to, że mimo
moich nowoczesnych zainteresowań, mimo wszystko jestem konserwatystą.
Kończę ten felieton w Grecji, gdzie powodów do konserwatywnego zapatrzenia się
na dzieła przeszłości jest mnóstwo. Ale tu mieści się wiele sprzeczności,
świetnie ze sobą współgrających: od kreteńskiego Knossos, przez peloponeską
Olimpię, po ateński Akropol, od Solona i Peryklesa, przez juntę czarnych
pułkowników po obecnego premiera Kiriakosa Mitsotakisa, którego żona jest z
pochodzenia Polką, od autora operetek Kostasa Giannidisa, przez Mikisa
Theodorakisa (u nas znanego głównie jako twórca Tańca Zorby) po Evangelosa
Odysseasa Papathanassiou, znanego jako Vangelis i twórcę ważnego nurtu w
światowej muzyce współczesnej Iannisa Xenakisa, niby Francuza, ale greckiego
pochodzenia. Od śniegu na Olimpie przez Kanał Koryncki po kalderę wulkaniczną na
Santorini, od kóz, pasących się na pionowych skałach Psiloritis na Krecie, przez
delfiny koło wyspy Rodos, po wielkie żółwie caretta na Zakynthos…
Od wyroczni pytyjskiej w świątyni Apolla
w Delfach, przez lekarza Hipokratesa w świątyni Asklepiosa na Kos, po brodatego
popa, pijącego ouzo w kafenionie na Kitirze… Nad tym wszystkim rozciąga się
błękitne niebo, w oddali szumią fale Mare Nostrum, a ludzie potrafią być
życzliwi dla sędziwych starców, pięknych kobiet w czarnych chustach i wesołych
dzieci, skaczących wokół srebrnych oliwek. Tu także są problemy, na pewno bardzo
trudne i czasami skomplikowane, czasami nierozwiązywalne, ale nic mnie to nie
obchodzi, bo jestem obcy, ξένος.
Jednak, jak mi się wydaje, tu wszystko umie być naraz konserwatywne, jak i
nowoczesne, wesołe i smutne, mityczne i realne.
Może dlatego, że najpopularniejsze greckie piwo nazywa się
Mῦθος.