Maciej Pinkwart
Kompleksy parweniuszy
25 września 2025
Dawno już się tak nie ubawiłem, jak wtedy, gdy Donald Trump udawał dżentelmena,
przebrał się we frak i zasiadł do uroczystego obiadu między królem Karolem a
księżniczką Kate. I gdy król usiłował zrozumieć, co Trump mówi, kiedy mówił po
angielsku. Prawie tak samo śmieszne było to, jak pan Karol z Polski mówił po
wizycie w Berlinie o Janie Tombińskim, nie zrozumiawszy co znaczy zwrot
chargé d’affaires i nazywał go pan Szarż. Ale to akurat byłoby
śmieszne, gdyby nie było żałosne. Kompromitacja człowieka tego typu nie jest
jednak żadnym zaskoczeniem, choć trochę obciachowe jest to, że ten pan
kompromituje przy okazji prawie jedną trzecią naszego narodu, czyli tych, którzy
radośnie go obsadzili na jego stanowisku.
To, że w ostatnich latach w demokratycznych wyborach wielka część elektoratu
wybiera do władz ludzi głupszych od siebie, w dodatku ludzi, którym jeszcze
niedawno nie powierzylibyśmy wyprowadzania psa na spacer, mogłaby być uznana za
efekt kilkudziesięciu lat PRL-u i tak zwanej dyktatury proletariatu, gdyby nie
to, że ta choroba dotyka także kraje od setek lat demokratyczne. Chyba nas
wszystkich jest na tej planecie za dużo i kryteria doboru do wyboru
zdecydowanie się zmieniły, a może zanikły całkiem. Już od dawna postuluję, żeby
do wszystkich władz wybierać ludzi w drodze losowania – zakładam się, że wyniki
pod względem intelektualnym i kompetencyjnym na pewno nie byłyby gorsze niż to,
czego doświadczamy co cztery czy pięć lat, w elekcjach jakiegokolwiek typu.
Spójrzcie na 460 polskich posłów i stu senatorów, europosłów, samorządowców czy
prezydentów…
Natomiast naszą lokalną specyfiką jest preferencyjne traktowanie pracowników
fizycznych i ludzi bez wykształcenia, jako że podobno tylko prawdziwa ciężka
robota, taka brudząca, z łopatą, siekierą i kilofem jest naprawdę pracą, a nie
jakieś tam klepanie w klawisze, wymyślanie dyrdymałów prawnych i społecznych czy
nauczanie kogokolwiek czegokolwiek. Jest na to szereg dowodów, jak choćby
porównanie płacy kasjerki w markecie i pielęgniarki, roli społecznej ślusarza i
profesora (no, kto kogo będzie bardziej potrzebował
jak się drzwi zatrzasną: ślusarz profesora, czy profesor ślusarza?) i kompletnej
niecelowości jakichkolwiek procesów dydaktycznych: po pierwsze, oświata jest co
chwilę reformowana, więc nie ma co się przejmować jakimikolwiek programami
nauczania, po drugie – czy na porządnej posadzie ktokolwiek pytał kogokolwiek o
świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, a po trzecie – jeśli jest prawdą to,
że połowa ludzi po ukończeniu jakiejkolwiek szkoły, nawet wyższej, ma kłopoty z
czytaniem ze zrozumieniem, że inna niż prezydencka znajomość języków obcych jest
wyśmiewaną cechą pogardzanych snobów, że trzy czwarte z nas (z nich?),
dorosłych, nie przeczytało w ciągu dekady ani jednej książki, a do normalnego
funkcjonowania w społeczeństwie wystarczy 800 plus i naładowany telefon – to po
co nam być mądrzejszym od nogi stołowej? Zresztą – popatrzmy wokół siebie: czy
kiedykolwiek jakikolwiek rząd ugiął się przed ulicznym protestem profesorów,
aktorów, pisarzy czy informatyków? Nie, nigdy. Ale wystarczy kilkanaście
autokarów górników czy kilkadziesiąt traktorów z rolnikami i rząd idzie na
wszelkie ustępstwa.
Ostatnimi czasy zapanowała nawet moda na opisywanie własnego
proletariacko-włościańskiego rodowodu. Dobrze jest przyznawać się do tego, że
nasi bezpośredni przodkowie lub my sami żeśmy się wysferzyli i mimo
przyjścia na świat w czworakach, familokach czy blokach z wielkiej płyty z
ciemną kuchnią – zdobyliśmy ważną pozycję społeczną, zostając majstrem, aktorem
czy prezydentem. Od lat zauważam, jak chętnie celebryci rozmaitego rodzaju
opowiadają, że bardzo źle w szkole się uczyli, ledwie zdawali z klasy do klasy,
albo zimowali w nich przez kilka lat, oszukiwali, ściągali, wagarowali, bili się
na przerwach i woleli wuef od polskiego i fizyki, a o matematyce to nie bardzo
wiedzą, co to jest. No i oczywiście nie przeczytali w życiu ani jednej lektury,
bo te lektury to nudne są i niepotrzebne nikomu. Ale ostentacyjne podkreślanie
ważności owych nizin społecznych i deprecjonowanie dobrego wychowania lub
wykształcenia łączy się z prawdziwie folwarcznym idealizowaniem szlachectwa czy
arystokracji.
Od czasów nastania u nas demokracji bezprzymiotnikowej (szanujmy ją, póki
jeszcze jest!), a może nawet od schyłkowych lat PRL-owskiej demokracji ludowej
do kanonu stosunków społecznych należy jak najczęstsze używanie w mowie i piśmie
tytułów arystokratycznych, i to zarówno w stosunku do postaci historycznych, jak
współczesnych potomków tzw. wielkich rodów. W Zakopanem naprawdę źle widziane
jest nazywanie dawnego właściciela tutejszych dóbr po prostu Władysławem
Zamoyskim. Należy mówić: hrabia Władysław Zamoyski. A w oficjalnych dokumentach
koniecznie tak, jak bardzo wiele lat temu: Władysław hr. Zamoyski. Tak jest na
tabliczkach z nazwą ulicy, w oficjalnej nazwie Miejskiej Galerii Sztuki, której
Zamoyski patronuje czy w wypowiedziach notabli. Ciekawe, że patron ulicy w
Murzasichlu, pianista i kompozytor Aleksander Wielhorski w nazwie „swojej” ulicy
hrabiowskiego tytułu nie obnosi, choć mieszkający tam w latach 30. XX wieku
muzyk z hrabiowskiej rodziny się wywodził. Może Murzasichlu tytuły hrabiowskie
nie przysługują?
Wszyscy ci, którzy ekscytują się tą arystokratyczną
tytulaturą, powołują się na tradycję przedwojenną, do której współczesna Polska
bardzo chętnie nawiązuje. Tyle, że ma to sens w odniesieniu do czasów jeszcze
sprzed pierwszej wojny światowej, jako że Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej z
17 marca 1921 roku w artykule 96 ustaliła, iż Rzeczpospolita Polska nie
uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów
rodowych i innych, z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych.
Konstytucja kwietniowa z 23 kwietnia 1935 zniosła poprzednią ustawę zasadniczą,
a wraz z nią zakaz używania tytułów, choć ich jednoznacznie nie przywróciła. Po
II wojnie w Konstytucji PRL oczywiście nie było mowy o tytułach i przywilejach
stanowych, a obowiązująca obecnie Konstytucja z 1997 roku stwierdza jedynie, że
wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Ale w 2006 roku jeden z mieszkańców
Łodzi wniósł do tamtejszego Urzędu Stanu Cywilnego wniosek o uzupełnienie jego
metryki słowem „hrabia”, dopisanym przed nazwiskiem. Kierownik USC odmówił, więc
obywatel złożył odwołanie do Wojewody Łódzkiego, a gdy i to nie pomogło – do
Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Sprawa toczyła się przez kilka instancji,
aż wreszcie w 2008 roku Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnym wyrokiem
stwierdził, iż tytułów szlacheckich i arystokratycznych w dokumentach urzędowych
używać nie można.
Więc skąd taka miłość ludzi na pewno nie pochodzenia szlacheckiego do
arystokratycznych tytułów? Cóż, zapewne to trochę nostalgia do czasów, kiedy
hrabia czy książę, choć ciemiężył, nadużywał, a nawet molestował, nie mówiąc już
o wykorzystywaniu ius primae noctis, to jednak trochę się opiekował, a w
każdym razie decydował za włościan, działając tak, by im było nie najgorzej, bo
to od nich zależał w znacznej mierze jego byt. Do wszystkiego w życiu
doszedłem ciężką pracą moich chłopów, jak mawiał najbardziej znany w Polsce
Jan Paweł. Trochę też lubimy świecić światłem odbitym: mieszkanie przy ul.
Władysława Zamoyskiego to jednak nie to samo, co mieszkanie przy ul. Władysława
hrabiego Zamoyskiego. Władysław hrabia przecież nie będzie patronował byle
czemu.
Dodatkowo tytuły szlacheckie są ważniejsze, bo zostały odziedziczone po
przodkach, a nie zdobyte pracą czy nauką – magistrem, inżynierem, doktorem,
profesorem, kawalerem jakiegoś orderu, ambasadorem, czy choćby chargé
d’affaires ad interim może zostać każdy, jeśli się przyłoży i ma
odpowiednich znajomych w odpowiednich miejscach, a księciem, hrabią, margrabią,
lordem, markizem czy baronem trzeba się urodzić, albo zasłużyć u króla. Tytuły
barona lub markiza podobno można było kupić. Ale teraz chyba już nie bardzo –
sprawdzałem na Allegro, Aliexpress i Temu, nie oferują. Ale nie tylko chłopami i
proletariuszami lubimy być, szlacheckie ciągotki – nie tylko do tytułów – także
są w modzie: w Facebookowych informacjach osobowych jest rubryka „praca”.
Znajduję tam niekiedy wpis: szlachta nie pracuje… Myślę, że takie
deklaracje mało mają wspólnego z tzw. dobrym pochodzeniem. Znane powiedzenie
głosi, że jeśli kobieta opowiada o sobie, że jest damą, to raczej nią nie jest:
ani pierwszą damą, ani jakąkolwiek.
Innymi tytułami, które współcześni Polacy starannie
stosują, są tytuły zawodowe. Ale w zasadzie tylko w jednym zawodzie – w zawodzie
duchownego. Nazwanie księdza panem jest dziś traktowane jako obraza uczuć
religijnych, bo ksiądz, bez względu na to jak postępuje i jakie paragrafy omija
lub łamie, jest traktowany jako plenipotent Pana Boga na Ziemi lub tylko w
Makowie Mazowieckim, więc nazwa wywodząca się z płci, choćby tylko gramatycznej,
go obraża. Pan Bóg zdaje się nie ma płci, bo choć nazywany jest niekiedy Bogiem
Ojcem, to święte księgi chrześcijaństwa jakoś nie wspominają o Bogu Matce. Gdy
więc w towarzystwie znajdzie się ksiądz, to jeśli wszyscy nie są ze sobą po
imieniu, będą do siebie mówić proszę pana, proszę pani i proszę
księdza, jakby to była jakaś trzecia płeć, a podobno pucie są tylko
dwie. Przypomina to trochę reklamę zakładów krawieckich, gdzie na szyldach
pisano: Krawiec męski, damski i wojskowy. Jeden z posłów prawicy o mało
nie pobił innego posła, z lewicy, gdy ten nazwał pewnego przedsiębiorcę z
Torunia panem, a nie ojcem. Ci ojcowie lub bracia zakonni to
oczywiście część tradycji i nie byłoby w tych tytułach niczego złego, gdyby nie
traktowano ich inaczej, niż tylko określenia zawodowe. W innych językach i w
innych czasach określenia pan biskup czy nawet pan papież były
zupełnie naturalne i dopuszczalne. Nikt się o to nie obrażał.
U nas podobnie jest z zakonnicami, których tytuły są jakby mniej społecznie
chronione, ale niewiele jest osób, które do kobiety w habicie powiedzą proszę
pani. Księżom zdaje się przepisy kościelne nie zabraniają chodzenia po
świecku poza pracą, natomiast zakonnice paradują w habitach nawet w szpitalach,
gdzie pracują jako pielęgniarki. A, przy okazji: zanikający już obecnie zwyczaj
mówienia do pielęgniarek per siostro wywodzi się z czasów, gdy zawód ten
uprawiały niemal wyłącznie zakonnice.
Umiłowanie do tytułów szlacheckich, przy jednoczesnym podkreślaniu swojego nie
tyle nieszlacheckiego, ile nieinteligenckiego pochodzenia świetnie wiąże się z
akceptacją faktu, że można być głupim jak but, wykształconym psim swędem,
niekoniecznie najuczciwszym, ale za to cwanym na tyle, żeby zdołać przekonać
ludzi, iż będąc złapanym na gorącym uczynku właśnie demonstruje się swoje
poczucie dobra, miłości, a w każdym razie zaradności – ale ciesząc się poparciem
innych głupców można dojść do najwyższych stanowisk. W każdym razie doskonale
się to sprawdza w naszej krajowej Adamczysze.
Miałem serdecznego przyjaciela, uroczego lwowianina, który mieszkał w Zakopanem
w pięknym domu przy ul. Za Strugiem. Część domu wynajmował na turnusy wczasowe w
ramach umowy podpisanej z pewnym przedsiębiorstwem, które przysyłało mu swoich
pracowników. Zaprzyjaźniali się z nim natychmiast, bo nie sposób było się z nim
nie zaprzyjaźnić, no i w trakcie wspólnych biesiad uparcie nazywali go bacą.
Przyjaciel najpierw nie zwracał na to uwagi, potem próbował wyjaśnić, że baca to
ktoś, kto na hali zarządza wypasem owiec, a ten, kto zarządza gospodarstwem w
Zakopanem, jest gazdą. Nie pomagało, dalej mu bacowali, w końcu machnął
ręką: rzeczywiście, jestem bacą, bo przecież widać, że zajmuję się baranami.