Maciej Pinkwart
Klonowanie schabowego
Jestem nieuleczalnym mięsożercą, a nie powinienem: pracowałem kiedyś w pewnym
Kombinacie PGR na Opolszczyźnie, który słynął z produkcji tzw. bukatów, czyli
młodego bydła (do półtora roku), produkowanego na ubój. Produkowano też
tuczniki. To była właśnie produkcja, a nie hodowla. Szczegółów, jak to
wyglądało, Państwu oszczędzę, bo może ktoś jest właśnie w trakcie śniadania czy
obiadu (kolacji nie, bo moich tekstów nie powinno się czytać przed snem). A
propos posiłków: żywiłem się w stołówce pracowniczej, gdzie co dzień podawano
odpady poprodukcyjne w postaci tzw. rąbanki. Sam się dziwię, że nie zostałem
wtedy wegetarianinem, ale nie zostałem.
Teraz, mieszkając od ponad pół wieku na Podhalu (człowiek czasami podejmuje
idiotyczne decyzje życiowe…), często przejeżdżam koło ubojni między Starym
Bystrem a Czarnym Dunajcem. Wyłączam wtedy w samochodzie nawiew zewnętrzny, choć
wiem, że produkcja jest nowoczesna i bardziej okolicę zanieczyszczają dziesiątki
parkujących tam samochodów pracowników niż efekt rozbiórek tuszy. Nigdy nie
jechałem tam w nocy, kiedy zapewne towar jest dostarczany, wprowadzany do
sali egzekucyjnej i zabijany, a zatem realizowana jest oferta, otwierająca
facebookową stronę firmy:
Nasza rzeźnia prowadzi ubój bydła i trzody chlewnej. Oferujemy szeroki
asortyment świeżego mięsa oraz szeroki wachlarz usług.
Ciekawią mnie te dodatkowe usługi, oferowane w szerokim wachlarzu przez rzeźnię…
Opodal (300 metrów, to może nawet nieopodal), znajduje się wielka
restauracja – przypuszczam, że dania wegetariańskie są tam mniej popularne niż
mięsne – stanowiąca też dom weselny. Gdy się w czasie imprezy wychodzi na
papieroska odetchnąć świeżym powietrzem, warto popatrzeć w stronę sąsiedztwa i
pomyśleć refleksyjnie: my tu sobie bara-bara, a tam – memento mori. A,
przepraszam: memento mori odnosi się tylko do ludzi, i to jedynie z
naszej, jedynie słusznej opcji.
Jak zatem godzę takie jak powyższe refleksje ze swoim nieokiełznanym
mięsożerstwem? No cóż, jak wszyscy, przy pomocy ohydnej hipokryzji: udaję, że
nie widzę żadnego związku między malowniczym widokiem krówek, pasących się na
zielonej łące, żółciutkich kurczaczków i różowiutkich świnek z zakręconymi
ogonkami ze stertą ochłapów, piętrzących się w ladach chłodniczych w sklepach
czy pysznymi schabowymi lub filetami w panierce i befsztykami z cebulką na swoim
talerzu.
W innych kulturach (przepraszam za to wyrażenie w poniższym kontekście) taki
związek między jeszcze do niedawna żywym stworzeniem a jego trupem,
przeznaczonym do konsumpcji jest oczywisty i akceptowany: spore, nie powiem że
pozytywne, wrażenie zrobił na mnie widok jatki na suku w tunezyjskim Kairuanie,
która reklamowała się świeżo ściętą głową wielbłąda z długą szyją, którego wciąż
otwarte oczy z pięknymi rzęsami obsiadały muchy. Obok wisiała nostalgicznie
patrząca w dal cała głowa krowy. A gdy byłem w Maroku telewizja pokazywała Jego
Wysokość króla Muhammada VI (magister nauk politycznych i doktor praw na
uniwersytecie w Rabacie i na uniwersytecie w Nicei), jak z okazji rozpoczęcia
Święta Ofiarowania, zwanego też Świętem Barana, osobiście zarżnąć raczył barana
na balkonie swojej rezydencji w Rabacie – dzięki czemu wszyscy poddani widzieli,
jakim prawowiernym muzułmaninem jest Jego Wysokość. Trudno jednak się dziwić, że
jego żona Lalla Salma, z zawodu informatyczka, zbyt długo nie wytrzymała w
pałacu – w 2018 roku, po 16 latach małżeństwa królewska para rozwiodła się i
Muhammad pozostał singlem z dwójką dzieci.
W naszej strefie klimatyczno-estetycznej raczej takich scen telewizja na razie
nie pokazuje, choć owo oswajanie zwierzęcych produktów też miewało miejsce: w
witrynach specjalistycznych sklepów mięsnych (dziś już takich prawie nie ma)
często widniała reklama, pokazująca rysunek, a właściwie mapę zwierzęcia
podzielonego na części, z podpisem Mięsna mapa świnki i pokazujące
miejsca, skąd pobiera się schab, karkóweczkę, boczek, policzki, żeberka itp.
Swoje mapy miały też krowy. Takie obrazki widywałem też w krajach zachodnich. A
w 1997 r. w Zakopanem przed wizytą JP II na wystawie sklepu mięsnego widziałem
portret papieża między wianuszkiem kiełbas a gotowaną szynką (sztuczne chyba
były?) z napisem: Czekamy na Ciebie, Ojcze Święty!
Dla propagowania kuchni jarskiej sporo robiły władze PRL, zarządzając dni
bezmięsne w stołówkach, restauracjach i sklepach, w których zresztą dni mięsnych
było stosunkowo mało i w niewielkim wyborze asortymentowym. Ale wysiłki te jakoś
nie spotykały się ze zrozumieniem rządzącej klasy robotniczo-chłopskiej.
Pokazuje to, że systemowe czy ustawowe przejście na weganizm jest niemożliwe,
choć może je wymusić gospodarka niedoboru. Jednak bogatej Europie, wspieranej
przez umowę z Mercosur, to nie grozi, a jakiekolwiek rekomendacje prawne na nic
się nie zdadzą. Zwłaszcza u nas, kiedy to czy się je mięso, czy się go nie je
stało się kwestią nie dietetyczną, tylko ideologiczną.
Prawdziwy Polak-katolik pożera schabowe i befsztyki (z wyjątkiem piątków
oczywiście) i nie weźmie do paszczy żadnego zielska, tofu czy innego lewackiego,
neomarksistowskiego świństwa. Dochodzą do tego jeszcze argumenty energetyczne:
jak wykonuje się prawdziwą pracę, w kopalni, w hucie, w lesie czy na roli, albo
jest się prezydentem czy innym sportowcem to trzeba zjeść dużo białka i tłuszczy
w porządnym mięsie, żeby mieć siłę jak na prawdziwego mężczyznę przystało, a
paść się na trawie i robakach mogą co najwyżej jakieś chuchra stukające w
komputery albo zboczeńcy. No, nie wiem: zdaje się, że najsilniejsze zwierzęta
świata są raczej wegetarianami… Słoń na przykład nawet salcesonu do trąby nie
weźmie. A koń, silny jak koń, nie wcina tatara, tylko sianko i trawę… Dla reszty
świata preferencja mięsna jest wynikiem oszczędności czasu lub pieniędzy:
potrawy jarskie, jeśli mają być smaczne, są trudniejsze do przygotowania i
często droższe, a produkty, z których mają być sporządzone nieraz ciężko zdobyć.
Na świecie hoduje się coraz więcej bydła, świń i kurczaków. Dokładniej – jak mi
podpowiada AI – rocznie produkuje się na świecie ok. 92 miliardy zwierząt, nie
licząc ryb. Właściwie powinienem po prostu napisać: produkuje się coraz więcej
mięsa. To mięso, zanim my je zjemy, zjada miliardy ton paszy, wielokrotnie
więcej niż ludzie zjadają zboża, zieleniny, soi i samego mięsa. Żeby
wyprodukować to jedzenie dla naszego jedzenia, niszczymy co roku coraz więcej
łąk, lasów i pól, a to nasze jedzenie wypija znacznie więcej wody, niż my. Co
gorsza, zanim to wszystko zabijemy, przerobimy na naszą paszę i zjemy, to mięso,
kiedy jeszcze samo się odżywia – robi też wręcz przeciwnie: produkuje miliardy
ton odchodów i wypuszcza w powietrze ogromne ilości trującego metanu. Zanim w
wyniku jedzenia mięsa pozabija nas cholesterol, zawały serca i nowotwory
jelitowe – zatruje nas powietrze, w którym będzie coraz mniej tlenu, jakiego nie
wyprodukują zjedzone rośliny, a metan podgrzeje atmosferę tak, że bydło będzie
potrzebowało coraz więcej wody, której dla nas już nie starczy.
Istnieje też możliwość, że po prostu zaśmiardniemy.
Jaką mamy zatem perspektywę na najbliższe dziesięciolecia? Mięso będzie nadal
poszukiwanym artykułem i dalej będziemy je produkować, ale czy na farmach? Jeśli
tak, nasze krówki, świnki i kurczaczki będą musiały, tak jak nasze psy i
koty – przejść na sztucznie produkowaną karmę, w puszkach i granulkach. Ale i to
nas nie uratuje. Schabożercy będą musieli dostać – i przypuszczam, że to kwestia
raczej lat niż dziesięcioleci – mięso, pochodzące z klonowania komórek
zwierzęcych. Nie wiem, czy technologia pozwoli na to, żeby w fabrykach –
laboratoriach produkować gotowe schabowe (jeśli tak, to poproszę od razu
panierowane, z zasmażaną kapustą z kminkiem), polędwicę i wiejską z galaretką, a
kurczaki trafią do sklepów jako gotowe filety i rosoły. Tylko kto będzie znosił
wielkanocne jajka?
Żywe krowy, świnie i barany zostaną objęte ochroną gatunkową i w większości
trafią do ZOO (widziałem już takie w Paryżu), a Polskie Stronnictwo Ludowe
będzie się domagać, żeby objęci ochroną gatunkową myśliwi otrzymali pozwolenia
odstrzeliwania ich w okresie przed ważnymi świętami kościelnymi. Prezes –
wicepremier i minister – uzgodni to z biskupami i prezydentem. Król Muhammad VI
będzie dla usatysfakcjonowania swoich pokój miłujących współwyznawców co roku
podrzynał plastikowego barana, zalewając swój królewski balkon keczupem. A
piątkowy post bezmięsny zostanie przez Episkopat Polski zastąpiony dniem bez
alkoholu, papierosów, snusów i ministrantów.