Maciej Pinkwart
Po Franciszku
22 kwietnia 2025
Po wczorajszej śmierci papieża Bergoglio media zalała fala analiz jego
pontyfikatu, a rozmaici publicyści prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych
epitetów, określających działalność Franciszka: rewolucyjna, demokratyczna,
bliska ludziom, reformatorska. I wszystko to prawda, ale mało który z
komentatorów dodaje, że w odniesieniu do instytucji Kościoła Katolickiego –
działalność ta była w zasadzie zupełnie nieskuteczna. Co udało się zmienić
papieżowi – poza kilkoma ludźmi w Kurii Rzymskiej – w kościele powszechnym, a
zwłaszcza w kościołach lokalnych? W tym: w polskim? W jakim stopniu opinie
papieża wpłynęły na opinie proboszczów w – powiedzmy – Nowym Targu na temat
niewykluczania z formalnej działalności kościoła rozwodników i gejów (to
ostatnie nie dotyczy rzecz jasna księży, biskupów i kardynałów oraz
przedstawicieli Kurii Rzymskiej), na temat zwiększenia aktywnego udziału w życiu
Kościoła osób świeckich, a zwłaszcza kobiet? Jak opinia Franciszka, potępiająca
dążenie księży do bogacenia się, do manifestacyjnego wręcz pokazywania swojego
wyjątkowego statusu i swojej – nazwijmy to po imieniu – wyższości czy wręcz
władzy nad parafianami została przyjęta w kuriach, diecezjach, parafiach? Wiemy
jak: nijak.
Oczywiście, ta ostatnia uwaga dotyczy naturalnie daleko nie wszystkich księży.
Pisząc to, przypominam sobie fantastycznego ojca Benedykta – ks. Jerzego
Piotrowskiego, dominikanina, proboszcza w Małym Cichem, taternika, miłośnika
literatury górskiej, dobrego człowieka i świetnego rozmówcę. Wciąż go widzę, jak
stoi w drzwiach mojego mieszkania w Zakopanem w postrzępionej i pocerowanej
sutannie, wytartej kurtce ortalionowej, butach typu traktory i z
wyświechtaną teczką pełną książek, o których chciał porozmawiać i poprosić o
autograf dla biblioteki parafialnej. Wspominam ze smutkiem – bo Benedykta już
dawno nie ma, zginął 35 lat temu górską śmiercią na grani Liptowskich Murów –
wspaniałe rozmowy u niego na plebanii, gdzie jedynym luksusem kulinarnym była
jajecznica, którą nota bene trzeba było sobie samemu usmażyć, bo służby nie
miał. Myślę, że ojciec Benedykt świetnie by się dogadywał z papieżem
Franciszkiem. Na pewno takich księży jest więcej. Ale my zwykle widujemy
hierarchów, słuchamy tego co mówią i widzimy jak się zachowują. Pontyfikat
Franciszka spłynął po nich jak woda po gęsi.
Zresztą, czy przemyślenia, encykliki i postępowanie poprzednich papieży wpłynęły
na działalność i sposób życia Kościoła instytucjonalnego? Na dobrą sprawę
zasadnicze zmiany w Kościele zaszły tylko po II soborze watykańskim, a i one
były i są kontestowane przez wielu księży. Bo nie ma i nigdy nie było Kościoła
Franciszka, Kościoła Benedykta, Kościoła Jana Pawła II czy Kościoła Aleksandra
VI, czyli Rodriga Borgii. Kościół trwa i zmienia się – oczywiście że się zmienia
– ale nie na mocy edyktów czy encyklik papieskich, tylko drogą ewolucji, która
odbywa się powoli. Papieże mieli i mają na to wpływ, ale nie dzieje się to na
zasadzie edyktów monarszych. Pojedyncze sprawy – tak, to możliwe, ale i tu
bywają kłopoty. Dobrym przykładem jest tu kwestia świętego Mikołaja, którego
kult – jako osoby, której faktyczne istnienie nie zostało potwierdzone – został
zniesiony decyzją papieża Pawła VI w 1969 roku. Ale podniosły się protesty w
poszczególnych diecezjach, więc papież ustanowił dla Mikołaja z Myrry kult
dowolny, nieobowiązkowy. Uwaga: można praktykować kult osoby, która według
papieża nigdy nie istniała… Czy nie brzmi to jak herezja?
Za jakieś dwa tygodnie zbierze się konklawe. W tym roku nowego papieża
prawdopodobnie będzie wybierać 135 elektorów – kardynałów, którzy nie ukończyli
jeszcze 80 lat. Publicyści spekulują, że ponieważ ogromna większość z nich to
purpuraci mianowani przez Franciszka, to jest spora szansa, że nowy papież
będzie kontynuatorem polityki Franciszka. Po pierwsze – skąd taka pewność, że
nominaci poprzedniego papieża zyskali czerwone birety „po znajomości”, dlatego,
że Bergoglio widział w nich bratnie dusze, a co ważniejsze – umysły? Po drugie –
dlaczego uważa się, że będą tak spolegliwi, że zgodnie zagłosują na jednego z
nich? A po trzecie i najważniejsze – co w tym przypadku ma oznaczać
kontunuowanie polityki Franciszka? Papież z Buenos Aires panował 12 lat.
Trudnych lat, w czasie których świat się zmienił. Ale Kościół – nie, bo
ecclesia non festinat, kościół się nie spieszy, jest i musi być
konserwatywny, inaczej nie przetrwałby tych dwóch tysięcy lat. Ale konserwatyzm
rozumiany jako trwanie tradycji stroju, języka i hierarchii ważności bez treści
będącej odzwierciedleniem realnego świata jest pustą formą.
Demonstracje przeciw tej konserwatywnej tradycji za spiżową bramą są ważne i
natychmiast przyciągają uwagę – publicystów (nie koniecznie katolickich),
publiczności zwiedzającej Plac Świętego Piotra, może nawet wiernych na całym
świecie. Ale dla hierarchów są mało ważne, a co najwyżej kłopotliwe. I
zmierzenie się z tą – przepraszam za oksymoron – tradycyjną u Franciszka
manifestacją antyestablishmentową będzie pewnym kłopotem dla następnego papieża.
Kiedy Duch Święty – bo to on podobno, poprzez natchnięcie kardynałów,
zamkniętych w Kaplicy Sykstyńskiej wskazuje, kto ma ubrać białą sutannę i piuskę
– pokona animozje między 135 elektorami i nad Placem Świętego Piotra pojawi się
biały dym – jak ma się zachować nowy papież? Powiedzieć buona sera
zamiast niech będzie pochwalony…? Wybrać jako imię Franciszek II (to
wydaje się oczywiste, choć może się trafić ambicjoner, który zapragnie zostać
Janem Pawłem III)? Zamieszkać w Domu św. Marty, sprawiając kłopot wszystkim
służbom, a nie w przystosowanych do bycia domem i biurem papieża apartamentach w
pałacu papieskim? Chodzić w znoszonych trzewikach, a nie czerwonych, szytych na
miarę butach? Być wożonym fiacikiem, a nie limuzyną?
Jeśli tak nowy papież zrobi – może to być uważane nie za ukłon w stronę nowej
nieświeckiej tradycji, tylko za pusty gest, odgapianie działań, które jego
poprzednikowi przyniosły popularność. Jeśli tak nie zrobi – czy nie zyska opinii
zatwardziałego, antyfranciszkańskiego zakapiora, który odcina się od
poprzednika? Czy charakter i rodzaj działalności papieża ma zależeć od tego,
gdzie mieszka i jakie nosi buty?
Na razie jest sede vacante, pusty tron. Kto zasiądzie na nim około połowy
maja? W kolegium elektorów 60 procent stanowią kardynałowie z Europy. Ale na
świecie katolicyzm najsilniejszy jest w krajach, które kiedyś nazywaliśmy trochę
wykluczająco Trzecim Światem – najwięcej wiernych jest z Ameryki Południowej,
Afryki i Azji. Czy nowy papież będzie znów Latynosem (wątpliwe), Azjatą (jak w
powieści Konklawe), Węgrem czy Amerykaninem, czy może reprezentantem
Czarnej Afryki? Tam jest podobno teraz główny ośrodek konserwatyzmu w Kościele
Katolickim, więc może na zasadzie wahadła – w tę stronę skłoni swą gołębią głowę
Duch Święty?
A jeśli tak, to czy szukający poklasku wśród ciemniaków redaktor z Torunia
będzie i o nim dowcipkował, zastanawiając się, dlaczego czarny duchowny się nie
umył? Zwracam uwagę, że poprzednio taki eksces redemptorysty pozostał bez echa i
w polskim Kościele i w Watykanie, którym wówczas (2009) rządził Joseph
Ratzinger. No cóż, ecclesia non festinat, ale może czas, kiedy do nas,
Europejczyków (którzy tak chętnie powołujemy się na kulturę judeochrześcijańską,
wywodzącą się z Azji przecież, ale uważaną za naszą bardziej niż grecka
czy celtycka) dotrze, że czasy, kiedy miejsce Murzynów było w afrykańskim buszu,
albo co najwyżej na plantacjach bawełny lub w przedpokojach bawiących się nimi
paniczów, odeszły w niebyt. W naszym realnym świecie, to my, Europejczycy
stanowimy – że się tak wyrażę – coraz mniejszą mniejszość. Ciekawe, jak
podejdzie do tego nowy papież.
I jak, po Franciszku, Kościół Katolicki odniesie się do podstawowych spraw
wielokulturowej, wielojęzycznej i, także, wieloreligijnej ludzkości: wojen
trwających i grożących nam (także tych w Afryce, o których wolimy nawet nie
wiedzieć), psucia środowiska i zmian klimatycznych, kwestii energetycznych, praw
człowieka, wolności słowa, walki z nędzą i wykluczeniem „inności”, także
seksualnej i do relacji człowieka do zwierząt, a może szerzej do natury, co
dotychczas było karykaturalnym rozwinięciem boskiego rzekomo przykazania o
czynieniu ziemi sobie poddaną. Czy nowy papież wypowie się na temat tego, że
te słowa Księgi Rodzaju w Starym Testamencie nie upoważniają nas do niczego
innego, jak tylko do mądrego korzystania z miejsca, w którym żyjemy tak, by
mogli tu żyć i cieszyć się życiem następni Adamowie i Ewy, chrześcijanie, żydzi,
mahometanie, buddyści, poganie, ateiści, papieże, konstruktorzy rakiet
kosmicznych, psy, koty i inni bracia mniejsi – jak to mawiał Franciszek. Święty
Franciszek. Nie należy oczywiście wykluczać sióstr mniejszych, o których
biedaczyna z Asyżu przez pobożną skromność nie wspomniał, a o których zmarły
papież, nie przypadkiem takie wybrawszy sobie imię, pamiętał i wspominał.
Do poruszenia jest jeszcze – kontrowersyjna podobno – sprawa stosunku Franciszka
do wojny rosyjsko-ukraińskiej. Papież nigdy wprost nie potępił Putina ani
rosyjskiej agresji, a nawet – co wywołało szczególne oburzenie – modlił się za
poległych po obu stronach. Mówiono, że uważał, iż Ukraina sprowokowała Rosję, a
właściwie Rosja została sprowokowana przez Zachód dążeniem do włączenia Ukrainy
– jednego z największych i najbardziej zmilitaryzowanych krajów do NATO. Taki
punkt widzenia lansuje Kreml i pewno w jakimś stopniu Franciszek to akceptował.
Przypisywano to temu, że Bergoglio pochodzi z Ameryki Południowej, a tam,
zwłaszcza pod wpływem tzw. teologii wyzwolenia głównym wrogiem wolności i
tyranem światowym są Stany Zjednoczone, a nie Rosja, czy przedtem ZSRR. Cóż – po
pierwsze z faktu, że się nie cierpi USA wcale nie musi wynikać miłość do Rosji.
To tylko u nas z automatu się przyjmuje, że skoro nienawidzimy Rosji, to eo
ipso musimy kochać Stany Zjednoczone. Tam to tak nie działa, poza niektórymi
krajami. A na pewno nie działa tak w Argentynie. Beroglio (skądinąd Włoch z
pochodzenia, choć urodzony w Argentynie) jako papież Franciszek nigdy nie
odwiedził swojej ojczyzny. Nie dlatego, żeby nie chciał – dlatego, żeby nie
faworyzować rodzinnego kraju. Papież jest oczywiście politykiem, jako absolutny
przywódca Watykanu. Ale przede wszystkim jest głową kościoła powszechnego i
przywódcą duchowym – przynajmniej chce, żeby go za takiego uważano. I zapewne
dobrze zna Dekalog i jedno z najważniejszych przykazań: nie zabijaj.
Oczywiście, każdy w tym momencie może wywołać historię krucjat i podboju Ameryki
Południowej z Bogiem na ustach i mieczem w dłoni. To prawda, że Kościół
Katolicki jako instytucja ma na sumieniu może więcej ofiar niż jakakolwiek inna
organizacja. Ale z tego nie wynika, że Franciszek ma się opowiadać po
jakiejkolwiek stronie morderczego konfliktu. Mnie też się to nie podoba, ale na
szczęście nie jestem papieżem i mogę sobie pozwolić na myślenie o słusznych i
niesłusznych ofiarach wojny. Papież chyba nie. Papież nie powinien – a już na
pewno nie robił tego Franciszek – klasyfikować zabijania na złe i dobre. Na
umowną względność zadawania śmierci. Ciekawe, że najbardziej religijni katoliccy
obrońcy życia są naraz entuzjastami życia poczętego i kary śmierci. Bronimy
każdego życia od poczęcia do kary śmierci… Wiem, wojna – zwłaszcza obronna –
to inna sprawa. Ale, jak wspomniałem, nie jestem papieżem.
Jaki będzie Watykan, Kościół, świat i polscy parafianie po Franciszku? Obawiam
się, że jeszcze przez jakiś czas taki sam, jak przed Franciszkiem. Oby nie był
to czas długi, bo inaczej pędzący w szalonym tempie świat zostawi katolicyzm na
dalekich peryferiach rzeczywistości, a byłoby szkoda i katedry Notre Dame, która
stałaby się tylko atrakcją architektoniczną, i Watykanu, który przekształciłby
się w muzeum połączone z Powązkami – nekropolią coraz bardziej niezrozumiałych
papieży, i Franciszka, który stałby się znany tylko z tego, że nie nosił
czerwonych butów. I z tego, że tak bardzo nie pasował do państwa i struktury,
którą zarządzał, że kazał się pochować w papieskiej bazylice Santa Maria
Maggiore, poza Watykanem.