Maciej Pinkwart
Witaj, Europo
Grecka wyspa Lesbos oglądana na mapie przypomina lecący dron kamikadze.
Moria leży na jego prawym skrzydle. To niewielka (nieco ponad 1000 mieszkańców)
miejscowość we wschodniej części wyspy, położona 20 km od wybrzeży tureckich.
Opodal znajdował się cieszący się złą sławą ośrodek dla uchodźców, spalony w
2020 roku. Moria to też nazwa góry, na której Abraham z polecenia Boga miał
zabić dla niego w ofierze swego syna Izaaka. Dziś jest to wzgórze świątynne w
Jerozolimie. Według tradycji żydowskiej tu Bóg rozpoczął tworzenie świata i stąd
wziął proch, z którego ulepił pierwszego człowieka, Adama. Dla wielu ludzi Moria
to Czarna Otchłań – nazwa najstarszej i największej siedziby krasnoludów,
jedno z najważniejszych miejsc Śródziemia – krainy, stworzonej przez fantazję
J.R.R. Tolkiena.
Obozu w Morii nie ma już od kilku lat, podpalacze rodem z Afganistanu trafili do
więzienia, a obóz przeniesiono do Mavrovouni. Jest w nim teraz ponad tysiąc
osób, mieszkają w blaszanych kontenerach i namiotach, teren jest ogrodzony
płotem, zabezpieczonym dodatkowo plątaniną drutu kolczastego. Pilnuje go wojsko,
którego zresztą na Lesbos jest więcej, niż na jakiejkolwiek innej zwiedzanej
przeze mnie wyspie greckiej. Uchodźcy teoretycznie nie są tam zamknięci, jak w
obozie koncentracyjnym, ale ich związek z terenem na zewnątrz jest niewielki.
Żeby stamtąd wyjść, trzeba sobie wyrobić przepustkę i mieć uzasadniony powód.
Tym powodem może być potrzeba zdobycia jakiegoś dokumentu. Żeby się dostać do
urzędu, działającego w stołecznej Mitylenie, trzeba tam dojechać, a więc mieć
pieniądze na autobus czy taksówkę. Pieniędzy zwykle nie ma. Więc siedzą za
drutami. Część uczy się języka, część ima się różnych prac, ale większość nie
robi nic i czeka. Na jedzenie, na ubranie, na wolontariuszy, na los szczęścia,
na zmiłowanie boskie, na lekarza, na śmierć. Widziałem jak karetka pogotowia
ratunkowego, która przyjechała po jakąś chorą osobę, nie wjechała do środka,
tylko pacjenta doniesiono do niej na noszach.
Warto przy okazji sprostować kłamstwa, rozgłaszane przez polską prawicę, jakoby
na Lesbos grasowały hordy zdziczałych uchodźców, rabujących, gwałcących i
mordujących spokojnych ludzi. Włóczyliśmy się przez wiele dni po całej wyspie i
widzieliśmy trzy osoby o ciemnym kolorze skóry – jednym był elegancko ubrany
turysta, zapewne z Ameryki, dwiema pozostałymi kilkuletnie dziewczynki z
fryzurami afro, kąpiące się w morzu koło Kalloni. Rodzice biali. Aha, widziałem
jeszcze panią w hidżabie, ale była to Turczynka, która przypłynęła na Lesbos po
zakupy.
Na betonowym murze w Morii, w miejscu gdzie droga znad morza prowadzi w kierunku
dawnego obozu, do dziś widnieje namalowany kolorowymi sprejami napis Welcome
Europe. Witaj, Europo. Smutne. Z wielu powodów.
Geograficznie rzecz biorąc Lesbos choć jest wyspą należącą do europejskiej
Grecji leży w Azji. Poza tym, dostawszy się na grecką wyspę, uchodźcy nadal nie
mają prawa podróżowania po Europie, a do wymarzonego celu mają równie daleko,
jak przed przybyciem na Lesbos. Wydostać się stąd można samolotem, ale żeby
wejść na pokład, trzeba mieć bilet, odpowiednie dokumenty i przejść
skomplikowaną procedurę odprawową. Można próbować promem, ale i tu procedury
raczej wykluczają uchodźców. A poza tym – obozy na Lesbos, choć teoretycznie
miały być jedynie miejscem, gdzie imigranci mieli przebywać krótko, przez czas
potrzebny do przejścia procedury azylowej – od początku praktycznie zatrzymywały
ich na lata. A teraz jest jeszcze gorzej – Unia Europejska płaci Grecji i
Turcji, by na swoich terytoriach budowały ośrodki, gdzie podróż uchodźców się
kończy. Mają tam gdzie mieszkać – choć skojarzenia z wiadomymi barakami
narzucają się same – dostają jakieś wyżywienie i mają teoretycznie zapewnioną
opiekę lekarską. W większości przypadków, tak jak na Lesbos, mogą opuszczać
teren obozu – pojedynczo, za przepustkami. Ale żeby coś załatwić, muszą dostać
się do większych miast, gdzie trzeba dojechać – nie ma za co – porozumieć się w
języku, którego nie znają i czekać na decyzję o tym co dalej.
My i oni. Oni chcą lepszego życia i szukają go u nas. My
chcemy spokoju, dalszego dobrostanu i nienaruszania naszych zwyczajów, a oni
temu wszystkiemu zagrażają. Myśląc tak, nigdy się nie porozumiemy. I nigdy
problemu uchodźców nie rozwiążemy, bo on jest stary jak świat i jak świat
wieczny. Jeśli nawet nie wierzycie w to, że zmiany klimatyczne zmusiły pewną
grupę czwororękich zwierząt do stanięcia na zadnich rękach i przemaszerowania z
Afryki do Azji i Europy, to prawdopodobnie wierzycie w to, że pewna trzyosobowa
rodzina musiała uciekać przed prześladowaniami z judzkiego Betlejem i stała się
uchodźcami w Egipcie. A gdy upijecie się na sentymentalnie, to śpiewacie smętnie
o góralu, który z grabkami i kosą sezonowo emigrował ze stron ojczystych dla
chleba, panie, dla chleba.
Takie są odwieczne powody emigracji: śmiertelne niebezpieczeństwo w ziemi
ojczystej, opanowanej przez tyrana lub ogarniętej wojną, bieda, brak wody i
żywności. Powody polityczne, ekonomiczne, klimatyczne. Jak z powyższego widać –
indywidualne czy zbiorowe wędrówki ludów są wieczne (kwestie klimatu już
kilkakrotnie w dziejach były motywacją do ruchów społecznych – a teraz znów, jak
można sądzić, z roku na rok będą coraz istotniejsze), a my, Polacy, od wieków
doświadczaliśmy ich skutków – albo samemu uciekając z ogarniętego wojną i
poddanego obcej przemocy kraju, albo przyjmując na swojej ziemi tych, którzy u
nas szukali ratunku i pomocy. Ale nigdy od czasów wczesnego średniowiecza nie
były to zjawiska tak masowe i wywołujące tyle napięć społecznych, co teraz. Co
gorsza – można być pewnym, że to, czego doświadczyliśmy w Europie w ostatnich
latach, to tylko zapowiedź tego, co czeka nas w niedalekiej przyszłości.
Wielokrotnie już pisałem o tym, że polscy bandyci, faszyści i narodowi patrioci,
organizujący się ostatnio w bojówki, pragnące usunąć siłą z Polski ludzi o innym
kolorze skóry, posługujących się innym językiem i wyznających inną religię, w
dodatku zwykle nieprzystosowanych do polskich praw i obyczajów są szalenie
odważni w grupie, kiedy napadają na pojedynczych lub mało licznych obcych.
Ale co zrobi Bąkiewicz i inni mięśniacy z kijami baseballowymi, maczetami i
wiatrówkami, kiedy na chrześcijańskiej granicy (nieważne, której) stanie nie
pięciu, pięćdziesięciu czy stu migrantów, tylko sto tysięcy? Albo milion? Będą
do tych obcych strzelać? Nie mamy tyle amunicji. Może napalm? A determinacja
uciekających przed mordercami we własnych krajach, przed głodem i nędzą będzie
znacznie większa niż determinacja polskich (serbskich, węgierskich, słowackich,
niemieckich czy szwedzkich) narodowców.
Jedynym w miarę skutecznym rozwiązaniem problemu grożących nam w przyszłości
dramatycznych ruchów migracyjnych, wobec których to co się teraz dzieje na
granicach blisko- i środkowowschodnich, tureckich, greckich, włoskich i w
rejonie północnej i subsaharyjskiej Afryki jest drobnym epizodem – byłoby
wyeliminowanie przyczyn tej emigracji. Bo nikt, poza ludźmi dążącymi do poznania
świata i powiększenia własnej wiedzy ot tak, dla kaprysu nie porzuca miejsca, w
którym żyje w świecie może nie cudnym, ale swoim własnym i udaje się na
poniewierkę, gdzie czeka go nieznane. Oczywiście, wielu, może większość
migrantów motywowana jest iluzją bogatego świata Zachodu, gdzie wystarczy się
pojawić, a będzie się miało zagwarantowane bezpieczne życie, pracę lub co lepsze
– social, spokój i bezpieczeństwo. Pewno wiedzą, że co któryś emigrant
tonie w Morzu Śródziemnym, niektórych napadną bandyci lub zastrzelą gorliwi
pogranicznicy, ale może nie mnie, może nie nas.
Więc co? Bo nie wierzmy w to, że jeśli rząd polski rozrzuci po Syrii, Iraku,
Iranie, Afganistanie i Afryce miliony ulotek, w których oświadczy, że uchodźcy
nie są u nas mile widziani i nie mogą liczyć, że dostaną się do Krainy
Szczęśliwości – to zdesperowani, głodni, spragnieni i oszalali ze strachu ludzie
zostaną tam, gdzie byli dotąd, godząc się na śmierć z głodu, pragnienia lub z
kuli kałasznikowa czy maczety sąsiada, z którym nigdy się dobrze nie żyło, a
teraz to już trzeba było walczyć o dostęp do studni…
Jedynym sposobem jest utworzenie wspólnym wysiłkiem bogatego świata lepszych
warunków tam, u nich, na miejscu. Zamiast płacić Turcji, Grecji czy Albanii za
budowanie obozów koncentracyjnych dla uchodźców, spróbujmy zainwestować w budowę
studni, fabryk żywności i popularnych technologii, placówek oświaty, ochrony
zdrowia czy kultury, które to inwestycje nie tylko dostarczą ludziom tego, w
poszukiwaniu czego emigrują, ale stworzą miejsca pracy, dostarczą odpowiednich
środków ekonomicznych i towaru, jakiego tym ludziom najbardziej brakuje –
godności.
Wielokrotnie już idealistycznie nawoływałem do możnych tego świata, żeby zamiast
szukać wody na Marsie, inwestowali w szukanie (nie trzeba szukać – trzeba
znaleźć) wody na Saharze. Wszyscy wiemy, że jednodniowy budżet zbrojeniowy
świata, przeznaczony nie na narzędzia zabijania, tylko na jedzenie, pozwoliłby
uratować jeśli nie cały głodujący świat to sporą jego część. Niestety, ze
sprzedaży armat i rakiet dochód jest większy, niż z rozdawania ryżu i kurczaków.
Czytam to co napisałem i widzę, jak głęboko siedzi we mnie światopogląd
kolonialny: my, białe (czy żółte) bwana kubwy, wybudujemy na Saharze
fabryki szczęścia, zatrudnimy w nich ludność miejscową, damy im maniok, telefony
komórkowe i coca-colę, a oni nam dadzą spokój. Zapominamy, że w Afryce trwa
permanentna wojna plemienna, międzypaństwowa, domowa, a jak się tam wybuduje
ujęcia wody, to ktoś je będzie uważał za swoje i zrobi z nich (nomen omen)
źródło czerpania zysków od spragnionych ziomków, którzy nie będą mieli za co tej
wody kupić, więc albo będą chcieli ją zdobyć siłą, albo zniszczą, albo po
staremu uciekną do miejsc, gdzie wody na razie jest dość. Myślenie Europejczyka
– racjonalne, w miarę cywilizowane, ale jednak podszyte panasienkiewiczowskim
poczuciem wyższości nad najszlachetniejszymi nawet Kalim i Meą pewno się nie
sprawdzi, ale moim zdaniem trzeba próbować, bo chyba alternatywą jest coś, czego
raczej byśmy nie chcieli. Zalew bogatego Zachodu i Północy przez fale z biednego
Południa i Wschodu będzie pewno groźniejszy, niż zalew niżej położonych terenów
przez morza, wezbrane z powodu topniejących gór lodowych.
Kilka kilometrów od obozu uchodźców w Morii na Lesbos turyści zachwycają się
ocalałym fragmentem wybudowanego w II-III wieku naszej ery przez Rzymian
pięknego akweduktu, prowadzącego niegdyś wodę z gór Agiassos do Mityleny, na
odległość 26 kilometrów. Dziś z nowoczesnej kiedyś inwestycji pozostała tylko
malownicza ruina, uwieczniana przez setki komórek. Wody nie ma. W Morii, a potem
w Mavrovouni zainwestowano w obóz, w którym udało się jak dotąd zatrzymać nieco
ponad 1000 uchodźców. Witaj, Europo. Czy to jest model rozwiązania tego
problemu? Wątpię.
Gdybym nie czuł się blokowany przez poprawność polityczną, to powiedziałbym, że
czarno to widzę.