Maciej Pinkwart
Do duszy
21 maja 2025
Od lat naukowcy – ale nie tylko oni – spierają się o to, czy większy wpływ na
rozwój jednostek mają genetyka czy behawioryzm. Czy o tym, jaki będzie dorosły
pies, kot, człowiek czy ośmiornica decyduje przekazywanie sobie przez pokolenia
w miarę możliwości dokładnie zduplikowanego genomu, czy obserwowanie i
naśladowanie zachowania najbliższego otoczenia. Ostateczna odpowiedź nie pada,
bo też w zasadzie paść nie może: o sposobach kształtowania się osobowości wciąż
mało wiemy. Zwłaszcza, że działa to różnie w odniesieniu do różnych osobników,
różnych gatunków i różnych środowisk. Jednym z przedmiotów badań jest
umiejętność komunikowania się między żyjącymi istotami. Prasę obiegła ostatnio
wiadomość o tym, że szympansy, zarówno bonobo, jak i zwykłe w swoich pomrukach
mają dość skomplikowany język, który częściowo udało się odszyfrować. Ale jest
to porozumiewanie się osobników nie tylko jednego gatunku, ale wręcz jednego
stada. Niewątpliwie, języka szympansy uczą się jeden od drugiego. Nie słyszałem
natomiast o tym, żeby pies, wychowywany razem z kotem, w pewnym momencie zaczął
miauczeć, a kot żeby podnosił łapkę przy latarni. Ale dziecko rodziców z Burkina
Faso, adoptowane w wieku niemowlęcym przez Szwedów, gdy trochę podrośnie, bez
najmniejszych problemów zacznie mówić po szwedzku jak rodowity mieszkaniec
Sztokholmu. Oczywiście, język opanowany przez niemowlę jest językiem,
który słyszy wokół siebie, natomiast samo komunikowanie się przy pomocy
dźwięków, tworzących słowa i zdania, jest dla ludzi wrodzone. Sama umiejętność
komunikacji jest więc kwestią genetyczną, behawioralne jest to jakim językiem,
jakim słownikiem i jaką gramatyką się posługujemy. Jeśli chodzi o zwierzęta –
wciąż jeszcze nie mamy jasności, w jakim stopniu wydawanie rozmaitych dźwięków
(mruczenie, miauczenie, warczenie, szczekanie…) jest częścią systemu
komunikacji, a nie tylko wyrazem ekspresji emocjonalnej. Być może więc kot i
pies potrafią się porozumieć lepiej, obserwując zachowanie (poruszanie ogonem i
uszamni, otwieranie paszczy, wyginanie grzbietu). Cóż, jak dotąd słownik
kocio-psi nie został opublikowany, ani nie ma go na translatorze w Google’u. Ale
niewykluczone, że sztuczna inteligencja już nad tym pracuje.
Wszelako dwa gatunki w tym sporze genetyków z behawiorystami mają w mojej opinii
znaczenie zupełnie wyjątkowe. Pierwszym są ośmiornice, które na żaden
behawioryzm nie mają szans: ich rodzice umierają zaraz po złożeniu i
zapłodnieniu jaj, więc młode nie tylko nie są w stanie naśladować zachowań
bezpośrednich przodków, ale nawet nie wchodzą z nimi w jakiekolwiek relacje.
Oczywiście, niewykluczone, że ich liczne oczy i doskonale rozwinięte mózgi mogą
podpatrywać i analizować postępowanie obcych dorosłych, ale raczej tego nie
robią, bo wśród ośmiornic dość powszechny jest kanibalizm. A zatem niezwykła
inteligencja i umiejętność przystosowywania się do rozmaitych, nieznanych
przedtem okoliczności bytowania wywodzi się najprawdopodobniej z kodu,
zapisanego w ich genomie. Ale ten kod ukształtował się w drodze ewolucji. Jak
mogło to nastąpić, jeśli życie ośmiornic, dramatycznie kończące się po akcji
przedłużenia gatunku, nie pozwala na weryfikację tego, czy modyfikacja genomu
jest dla bytowania ośmiornicy pozytywna, negatywna, czy obojętna? Jakim sposobem
ośmiornica potrafi nauczyć się sama z siebie otwierania butelki przy pomocy
ssawek na ramionach? Darwinizm, zdaje się, nie ma tu wielkiego pola do popisu.
Drugim gatunkiem, który sprawia kłopoty zarówno genetykom i behawiorystom, jak i
darwinistom, jest człowiek.
Z punktu widzenia może nie teorii, ale praktyki ewolucji, rozwój starych i
powstawanie nowych gatunków następuje wskutek utrwalonych w łańcuchach
genetycznych przypadkowych zmian, zachodzących wskutek mutacji, będących efektem
błędów podczas ich kopiowania. Może to trochę przykre do skonstatowania, ale
jesteśmy jako istoty żywe coraz doskonalej przystosowani do życia dzięki
niedoskonałości procesu kopiowania genomu. Gdyby jakieś protobakterie miały ten
mechanizm bezbłędny, na świecie byłyby tylko protobakterie i nie czytalibyście
Państwo tych słów. Oczywiście, protobakterie mogłyby – załóżmy – w trakcie swego
życia doskonalić sztukę pływania oraz zdobywać umiejętności rozróżniania
lepszych dla ich żywobycia substancji chemicznych od gorszych, ale te nabyte
cechy nie są do utrwalenia w genomie, a więc protobakteria-córka, podobna jak
dwie krople protoplazmy do mamusi – musiałaby tę całą sztukę melioracji swego
życia zaczynać od początku. Ot tak, jak nasz Burkinofasończyk czy Szwed po
urodzeniu potrafi jedynie się drzeć, a potem gaworzyć (gugu, baba,
mama są dość internacjonalne), a potem uczyć się mówić w języku, która to
umiejętność dla jego przodków od pokoleń przychodziła z trudem, osiągała
doskonałość w wieku dojrzałym, a potem, w miarę coraz częstszych kontaktów ze
smartfonem, zanikała. Bowiem zmian behawioralnych, nawet najkorzystniejszych,
się nie dziedziczy. Dziedziczy się jedynie przypadkowe błędy w replikowanym
genomie. A błędy te utrwalają się tylko wtedy, kiedy są dla gatunku korzystne
lub obojętne. Błędy niekorzystne zabijają lub powodują bezpłodność – i serwus,
Gienia.
Korzystne błędy to te, które pozwalają zdobyć lepszą energię, bezpiecznie
dorosnąć i dotrwać do sposobności przedłużenia gatunku. To, co dzieje się z
organizmem potem, po utracie możliwości rozmnażania się jest z punktu widzenia
biologii obojętne. Podobnie obojętne jest to, czy mamy nos prosty, czy garbaty,
brwi mniej czy bardziej gęste oraz piegi na lewej ręce, a może nawet to, czy
mamy ładne czy brzydkie nogi oraz piwne albo szare oczy, piękne i wyraziste czy
niekoniecznie. Zapewne – powie ktoś – osobniczki o ładnych nogach i pięknych
oczach mają większe powodzenie, a tym samym szanse na przeniesienie swoich cech
na kolejne pokolenie, ale że de gustibus… i tak dalej (wystarczy spojrzeć
na to, jakie pasztety przetrwały w prehistorycznych rzeźbach,
wykonywanych jako obiekty kultu płodności) – to w gruncie rzeczy dla losów
gatunku nie ma znaczenia. Większość żyjących w naturze zwierząt po utracie
zdolności rozrodczych umiera, bo z punktu widzenia potrzeb gatunku stają się
zbędne i tylko niepotrzebnie zużywałyby nierzadko trudno dostępne pożywienie.
Dłużej – dużo dłużej – żyje człowiek i… orka, której stare samice, po
menopauzie, pomagają opiekować się młodym pokoleniem. Babcie-orki w ten sposób
trwają na straży bezpiecznego przedłużania gatunku.
Ale jest jeszcze coś, co z punktu widzenia darwinizmu, rozumianego jako
nieświadoma dążność do utrzymania i poprawy życia gatunku – nie ma w zasadzie
żadnego znaczenia, a istnieje i dość drastycznie odróżnia nas, ludzi, od innych
zwierząt. Ludzi – a dokładniej istot, które wyewoluowały z pierwotnych homininów.
Bo nie chodzi tutaj tylko o nas, homosapiensów. Coś – co? – ponad 60
tysięcy lat temu skłoniło kilku – kilkudziesięciu – kilkuset neandertalczyków, w
czasach kiedy nasz gatunek jeszcze nie dotarł do Europy, by wejść do ciemnych
przestrzeni trzech jaskiń – to La Pasiega w północno-wschodniej Hiszpanii,
Maltravieso w zachodniej i Ardales w południowo-zachodniej Hiszpanii – i tam
czerwoną ochrą namalować na ścianach sylwetki zwierząt, figury geometryczne czy
obrysy dłoni. A potem te same umiejętności przejawili ich następcy, młodsi o
kilkadziesiąt tysięcy lat artyści we francuskiej jaskini Chauveta (32 000 lat
temu), hiszpańskiej Altamirze (25 000 lat), czy francuskiej grocie Lascaux
(17 000 lat temu). I wielu innych, na różnych kontynentach. Z punktu widzenia
rozwoju gatunku było to zbyteczne, choć może artyści mieli większe wzięcie u
partnerek, ale każde następne pokolenie musiało uczyć się tego od nowa, bo jak
dotąd nie odkryto genów, odpowiedzialnych za malarstwo naskalne.
Nie odkryto też tego artystycznego ukierunkowania u żadnych innych zwierząt.
Człowiek namalował tysiące portretów żubrów, ale jak dotąd nie odkryto ani
jednego portretu człowieka, namalowanego przez żubra. A potem poszło dalej. Z
punktu widzenia ewolucji zupełnie niepotrzebne (choć może wygodne i przyjemne)
było to, co ludzie zaczęli tworzyć zaraz potem, jak stworzyli sztukę: rolnictwo,
hodowlę, domy (nie gniazda!), łuk, skrzypce, ogrody, mitologię, religię,
książki, miasta, muzea, parlamentaryzm, komunikację miejską, kałasznikowa,
wyrzutnie himars, smartfony i Instytuty Pamięci Narodowej.
Co nas do tego skłoniło? Czy z tym jako gatunek mamy się lepiej? Żyjemy
bezpieczniej i zdrowiej? I dłużej? Ależ skąd! My, ludzie – a właściwie nawet
wszystkie gatunki człowiekowatych – istniejemy dopiero niewiele ponad 7 milionów
lat. To tyle co nic w historii życia biologicznego na Ziemi. Takie mrówki, na
przykład – fakt, świetnie zorganizowane, hierarchicznie i z istotnym podziałem
na funkcje społeczne – funkcjonują na świecie od jakichś 120 milionów lat i
niewiele wiadomo o tym, żeby jakoś specjalnie się zmieniały – a dają radę. No, a
krokodyle? Wywodzą się sprzed 250 milionów lat, a w obecnej postaci pozostają
niezmienne od 83,5 miliona lat. I nie stworzyły żadnej hierarchii społecznej,
nie mówiąc już o przemyśle, religii, kulturze i Instytucie Pamięci Narodowej.
Fakt, są szpetne, w dodatku – co może nas trochę przerażać – mają ogromne
koligacje: są dalekimi kuzynami zarówno tyranozaura, jak i orła białego. Zdaje
się, że kury domowej też.
Co więc sprawiło, że tak daleko odeszliśmy od naszych braci mniejszych? Nie
staliśmy się przez te nowe umiejętności i nowe aktywności ani lepsi, ani
bardziej długowieczni, ani lepiej przystosowani do życia na Ziemi. Ale to po
nas, po konkretnych ludziach, rodzinach, narodach – zostaje mniej czy bardziej
trwała pamięć, świadomość historyczna, dzieła trwalsze nie tylko od naszego
kruchego życia, ale od spiżu i betonu – które też wynaleźli homosapiensi,
a nie ich zwierzęcy kuzyni. Co jest takiego w nas, że aż tak się od nich
odróżniliśmy?
Kiedy, jak i dlaczego w kosmate ciała neandertalczyków, którzy zresztą nie byli
naszymi przodkami, tylko w najlepszym wypadku okazjonalnymi partnerami
seksualnymi (przeciętny człowiek ma
jakieś 3 procent genów neandertalskich, niektórzy – sądząc po ostatniej kampanii
wyborczej w Polsce – więcej) wstąpiła chęć utrwalenia świata poprzez sztukę? I
jak ta artystyczna odmienność przekształciła się w gatunkową samoświadomość?
W duszę?