Maciej Pinkwart
Co się, kurwa, z nami stało?
Ze mną też. Jeszcze parę lat temu umieszczenie przekleństwa w swoim tekście, w
dodatku w tytule, nigdy by mi do głowy nie przyszło. Nawet teraz zresztą,
nagrywając ten tekst, wydawało mi się, że nie będę w stanie publicznie
powiedzieć tego co napisałem, i będę musiał posłużyć się eufemizmem. Ale dałem
radę, bo długo ćwiczyłem.
Co się stało, żeśmy tak schamieli? Inaczej: że to, co
kiedyś uważane było za chamstwo, dziś jest tak normalne, że nawet nie jest
traktowane jako forma ekspresji, albo rozpaczy, jak w tym tekście? Przeklinano,
naturalnie, od wieków, choć formy przekleństwa były różne, często zależne od
klasy społecznej: pańskie bardziej wyszukane, niekiedy zagraniczne, chłopskie
bardziej prymitywne. A z czasem oderwały się zarówno od swoich pierwotnych
znaczeń, jak i od intencji – kiedyś przeklinano kogoś lub coś, przekleństwo
oznaczało odrzucenie kogoś lub czegoś, wyrzucenie poza nawias, odcięcie się.
Dziś to najczęściej bezintencjonalna i nawet niezbędna wstawka leksykalna. A
człowiek, który nie przeklina, stał się ostatnio dziwadłem, albo, co gorsza,
jebanym inteligencikiem.
Przed laty, siedząc w letni dzień przy otwartym oknie Atmowskiej werandy
widziałem, jak nienajmłodsza matka wiezie w wózku niemowlę, które drze japę na
cały regulator. Ale jeszcze bardziej darła japę mamusia, telepiąc wózkiem tak,
że dzieciak o mało z niego nie wylatywał, wrzeszczała na całą ulicę Kasprusie do
swojego synka: Zamknij mordę, skurwysynu! Ciekawa forma samooskarżenia… I
wyrażenia uczuć macierzyńskich…
A dr Zofia Radwańska-Paryska, w której ustach jako najgorsze przekleństwa słowa
łajdak i idiota pojawiały się w zasadzie tylko w odniesieniu do
przeciwników ochrony tatrzańskiej przyrody, opowiadała mi, jak to jako 20-letnia
panna przyjeżdżała do Zakopanego na Pardałówkę i tam kiedyś stała sobie na
werandce domu obserwując, jak gazda na podwórku rąbie drwa. W pewnym momencie
źle uderzona sajta odskoczyła i uderzyła go w nogę. Psiokrew! –
zaklął, po czym rozejrzał się, czy kto tego nie słyszał. Kiedy zobaczył stojącą
w pobliżu Zosię, zaczerwienił się ze wstydu jak piwonia…
A ja czerwieniłem się dawno temu, kiedy jadąc prawie pustym autobusem z
Zakopanego do Bukowiny Tatrzańskiej słyszałem, jak grupka młodych dziewcząt,
siedząca na przednich fotelach opowiada coś sobie, nie wiem co, bo do
zacytowania były tylko przerwy na oddech… Zażenowały mnie nie przekleństwa,
tylko to, że wypowiadają je bez żadnych zahamowani 13-14 letnie dziewczęta. Poza
panienkami nie było w autobusie słychać nikogo. Kierowca uśmiechał się pod
wąsem, nieliczni pasażerowie – w tym ksiądz w sutannie – starannie wyglądali
przez okno, nie zareagował nikt. Ja, oczywiście, też.
Uznałem to wówczas za chamstwo, związane zapewne – myślałem – z niskim statusem
intelektualnym panienek. A dziś chamstwo stało się w zasadzie paradygmatem
polityki i głównym narzędziem komunikacji polityków. Oczywiście, publicznie
grubym słowem bez żenady posługuje się w zasadzie tylko prezydent
największego światowego mocarstwa, ale to przypadek patologiczny, może nawet
jednostka chorobowa. Jednak werbalna agresja, obrażanie osób z obcych kręgów
politycznych jest w zasadzie czymś codziennym. Im bardziej jest to prymitywne,
tym lepiej odbierane. Przypuszczam, że wyszukane obelgi Jarosława Kaczyńskiego,
którymi obdarza swoich przeciwników są przyjmowane przez jego wyborców z
nabożnym szacunkiem, ale bez zrozumienia. Te wszystkie gorsze sorty,
elementy animalne, zwolennicy ojkofobii, zapateryści,
reprezentanci wielopokoleniowych zaniedbań kulturowych, rzucane na ogół w
poprawnej składni i spokojnym tonem z pewnością nie trafiają do przeciętnego
wyborcy o mocno ograniczonym słownictwie, a w każdym razie głośniej oklaskiwane
są oskarżenia o chamstwo, zdradę, Targowicę, agenturę czy wykrzykiwanie o
zdradzieckich mordach. I dlatego z tygodnia na tydzień prezes PiS będzie
tracił sympatię coraz liczniejszych entuzjastów chamstwa, którym imponuje walący
po oczach Przemysław Czarnek czy wrzeszczący Karol Nawrocki. I inni, którym
łatwiej przez usta przechodzi sałatka sejmowa niż poprawna polszczyzna.
Z drugiej strony patrząc, o wiele łatwiej przebiło się do opinii publicznej
ośmiogwiazdkowanie PiS-u, niż namawianie do głosowania na przeciwników tej
partii. Zachęty do odbycia stosunku seksualnego z rządzącą wówczas partią, czy
namawianie jej działaczy do szybkiego oddalenia się z miejsca, w którym się
znajdują, były może wesołe i nawet niezbędne, ale też jako wulgarność dla mnie
są nieakceptowalne.
Co zastanawiające, dwaj najbardziej szaleni politycy polscy, którzy z agresji
zrobili swój program polityczny, posługują się na ogół świetną polszczyzną,
wyszukaną metaforyką i doskonałą składnią – ale zapewne zarówno szeleszczący
przez zaciśnięte sine usta Jarosław Kaczyński, jak i posługujący się doskonałą
dykcją Grzegorz Braun są entuzjastycznie oklaskiwani przez swoich akolitów
głównie z uwagi na swoją agresywność, a nie świetną polszczyznę. A przy okazji –
starsi z Państwa zapewne pamiętają, jakim mistrzem i propagatorem poprawnej
polszczyzny był generał Wojciech Jaruzelski…
To, że meritum w wypowiedziach Kaczyńskiego i Brauna jest tak wątłe, że mógłby
je w kilku zdaniach obalić licealista przed maturą, jest kompletnie nieważne.
Zresztą licealiści przed maturą i tak głosują na Konfederację Mentzena, który
choć jest agresywny, to jednak – o ile się orientuję – nie jest ani wulgarny,
ani specjalnie chamski. To, że jest merytorycznie niesłychanie cienki – nikomu z
jego elektoratu nie przeszkadza, a już najmniej jemu samemu.
Przyszły bowiem takie czasy, że obciach i żenada, tak w wypowiedziach, jak i w
zachowaniu jeszcze nikogo nie wyeliminowały z działalności politycznej. Nikt nie
pamięta już hatakumby Patryka Jakiego, krużganków oświaty Roberta
Bąkiewicza, ani intelektualnych kalorii Karola Nawrockiego. Nikt nie
zażądał od Kaczyńskiego jakiegokolwiek dowodu na rzekomą agenturalną działalność
jego głównego wroga, Donalda Tuska, nikt nie wygwizdał Brauna, gdy publicznie
zaprzeczał Holokaustowi. To, że Tusk żadnym Niemcom nie sprzedał Polski jest dla
wszystkich ewidentne, co nikomu nie przeszkadza w wylewaniu na niego pomyj. To,
że mając przez wiele lat w ręku wszystkie instrumenty władzy, Kaczyński nie
postawił przed sądem ani Tuska, ani nikogo z jego ekipy – jakoś do świadomości
zwolenników PIS-u się nie przebija. Podobnie jak to, że obecna propaganda,
pokazująca rosnącą rzekomo drożyznę, inflację (która jest najniższa w ostatnich
wielu latach), bezrobocie (takoż) czy podwyższanie przez rząd cen (rząd niczego
nie podwyższa…) – to taka sama lipna, ale chwytliwa propaganda jak ta, którą
uprawiała Beata Szydło w kampanii wyborczej w 2015 r., fotografując się przed
jakąś zrujnowaną od dziesięcioleci fabryką z napisem Polska w ruinie.
Ale ani kłamstwa, ani żenujące wpadki językowe, ani niespójne logicznie ataki na
cokolwiek nie są dla polityków, a – niestety – w coraz większym stopniu także
dla zwykłych obywateli – powodem do wstydu, tylko obnoszone są jak sztandar jako
rzekomy dowód na solidarność społeczną. Ponieważ większość ludzi jest
niewykształcona, mówi niepoprawnie i nie rozumuje logicznie (o ewidentnej
głupocie sporej części tzw. mas nie mówię) – chcąc zdobyć ich poparcie politycy
atakują mówiące poprawnie i rozumujące logicznie elity, propagując błędy i
nonsensy jako wyraz przynależności do ludowych mas. Doskonałym przykładem
tego była skądinąd prawniczka z doktoratem habilitowanym, polityczka PiS
Krystyna Pawłowicz, propagująca publicznie w arbitralnym wywodzie mówienie
wziąść zamiast wziąć, bo tak mówi większość ludu, więc to jest
bardziej poprawne.
Kłamstwo jest aprobowaną obecnie przez większość formą argumentacji, nie tylko
wśród polityków. Traktowane jest ono jako dopuszczalna forma alternatywna dla
prawdy. Zresztą podskórnie zasada ta funkcjonuje już od lat, jeśli nie od
wieków: któż nie zna i nie stosował kiedyś, chcąc wyciszyć emocje w sporze,
określenia: prawda, jak zwykle, leży pośrodku, zapominając o tym, że coś
jest prawdziwe, albo nie jest, tertium non datur, nie można być trochę w
ciąży. To Władysław Bartoszewski, tak znienawidzony przez polską prawicę
historyk i dyplomata głosił, że prawda nie jest wynikiem kompromisu między
stronami sporu, że prawda nie leży pośrodku, tylko leży tam, gdzie leży.
Takim przykładem na to, że dla wielu ludzi kompletne nonsensy są dopuszczalną
alternatywą wobec nauki jest to, że w wielu szkołach, nie tylko w USA, na
lekcjach biologii wykłada się kreacjonizm jako naukę symetryczną do darwinizmu,
a argumenty typu: jeśli uważasz, że to Pan Bóg stworzył świat parę tysięcy lat
temu, to jak wytłumaczysz znaleziska skamielin sprzed milionów lat? – zbywane są
z pełną powagą: widać Pan Bóg chciał, żeby takie skamieliny się pojawiły…
Wyśmiewamy się często z tych, którzy wierzą w to, że Ziemia jest płaska, ale w
samej Polsce zdeklarowanych płaskoziemców jest ponad tysiąc, a tych którzy
dopuszczają teorię płaskiej Ziemi (zwykle w kontekście biblijnym) jako
alternatywę wobec teorii planetarnej – zapewne kilka tysięcy. Trudno zresztą z
nimi dyskutować, bo ich głównym argumentem jest to, że w imię jakichś niezbyt
jasnych celów wszyscy oszukują, samoloty czy statki, które mogą nas
przewieźć dookoła świata przemieszczają się w kółko po płaskim, satelity nie
istnieją, misja Apollo nakręcana była w Hollywood, a kapitan Krzysztof
Baranowski, po raz kolejny opływający jachtem Ziemię dookoła jest agentem
bezbożnej masonerii.
Dyskusja jest niemożliwa i z tego powodu, że od dawna (a szczególnie od czasów
pandemii koronawirusa) powoływanie się na dowody naukowe i opinie uczonych
wywołuje śmiech i agresję: jeśli tak twierdzą te pieprzone elity, to najlepszy
dowód że to nieprawda. Zresztą szwagier obejrzał w Tik Toku filmik, który
pokazuje, że to wszystko bujda, zmowa elit, Big Farmy i Big Techy po prostu chcą
nas oszukać, pozabijać żeby osiągnąć depopulację, a przede wszystkim – na nas
zarobić. Zapewne jednym z głównych powodów braku porozumienia nawet w
podstawowych kwestiach jest to, że w Polsce z roku na rok rośnie analfabetyzm
funkcjonalny: współcześnie około 40 procent dorosłych Polaków nie rozumie nawet
prostych tekstów, choćby takich, jak instrukcja obsługi zmywarki. Brak
umiejętności czytania ze zrozumieniem wykazuje nawet co szósty Polak z wyższym
wykształceniem. Tak wynika z badań socjologicznych, a ja przypuszczam, że główną
przyczyną jest to, iż da się świetnie żyć bez tej yntelygenckiej wiedzy:
jak obsłużyć zmywarkę pokaże nam filmik na YouTube.
W ponad 16 procent polskich domów nie ma ani jednej książki. Nawet Biblii i
książeczki do nabożeństwa. A ponad 60 procent Polaków w minionym roku nie
przeczytało ani jednej książki. W zsuwającej się w głąb ciemnoty Ameryce książek
nie czyta 25 procent dorosłych osób. Najwięcej osób czyta książki w Szwajcarii i
Luksemburgu – nieczytających jest tam poniżej 20 procent.
Ale zaczynamy się urządzać w tej czarnej d..ziurze. W czasie, kiedy jako
depeszowiec pracowałem w Polskim Radiu, musiałem przez godzinę przeczytać,
zrozumieć, wybrać ważniejsze, przetłumaczyć i przerobić na sensownie zredagowaną
wiadomość około 400 depesz agencyjnych po angielsku, niemiecku, francusku,
rosyjsku i, oczywiście, po polsku. By to było możliwe, depesze pisano niezwykle
prostym gramatycznie i ubogim składniowo językiem, który w odniesieniu do
angielskiego nazywany był Reuter English. Ten uproszczony angielski
operował co najwyżej 300 słowami. Dawało się to bez kłopotu zrozumieć, a rolą
dziennikarza było to ubrać w porządny język. Dziś nikt niczego nie ubiera w
porządny język, wiadomości lecą (poczytajcie paski, nawet w porządnych
telewizjach!) w prymitywnej polszczyźnie, często z błędami ortograficznymi i
składniowymi. Spieszymy się i oszczędzamy.
Nie mogłem uwierzyć, kiedy przeczytałem, że „Gazeta Wyborcza” (a w ślad za nią
inne media) zrezygnowały z zatrudniania korektorów. Skutek jest koszmarny i
widać go nie tylko w „Wyborczej”, ale nawet w wysoko cenionych tygodnikach
opinii. A także w radiu. Parę dni temu słuchałem w renomowanej stacji RMF
Classic felietonu historycznego, który wyemitowano… przed montażem, gdzie
znalazły się wtręty typu „jeszcze raz” – kiedy nagrywający zwracał się sam do
siebie z korektą wypowiedzi, poprzestawiane i powtórzone zdania itd.
Zareagowałem listem do redakcji, ale żeby ktoś za to przeprosił – nie, takie
przypadki się nie zdarzają.
Przyzwyczajamy się do prymitywizmu, a nawet czujemy się zażenowani tym, że nas
ten prymitywizm żenuje. Oczywiście, pewno nie tylko w Stanach Zjednoczonych
mogło się wydarzyć tak, że na prezydenta wielkiego kraju wybrano blisko
80-letniego przedszkolaka, wręczono mu guzik atomowy i dopuszczono do mikrofonów
wszystkich rozgłośni świata, wysłuchując bez protestu jego bezsensownego
dziamgolenia, który zmienia zdanie jak zmienia się pogoda w Poroninie, ale
świat to aprobuje, bo Oranżadowy Donald ma w ręku nie tylko ten cholerny guzik,
ale i wszystkie instrumenty szantażu, nacisku, przekupstwa i może właściwie
zgodnie z ich prawem robić wszystkie głupoty, które mogą zmienić nie tylko los
robotnika w pasie rdzy, ale także zwykłego obywatele w kraju tak
uzależnionym od Ameryki jak Polska. A zresztą nie mamy jako świat na prezydenta
Ameryki żadnego wpływu i musimy w tym wypadku liczyć raczej na biologię, niż na
Amerykanów, którzy przecież go demokratycznie wybrali, a za parę lat, jeśli
dziadziuś nie załatwi sobie trzeciej kadencji (przecież po pierwszej miał
przerwę, to znaczy że teraz ma znów jakby pierwszą i kolejna mu się należy jak
panienka na wyspie Epsteina) – wybiorą sobie byłego bidoka J.D. Vance’a i
dopiero będziemy ugotowani.
Możemy się uśmiechać na to Trumpowskie infantylne gaworzenie, podrwiwać po cichu
z tego, że gdy prezydent Ameryki spotyka się z przywódcami innych krajów, to
każdy z tych przywódców lepiej mówi po angielsku niż on. Ale siedzimy cicho, bo
każdemu wolno być głupim, a głupota, zwłaszcza bogata i silna, jest zupełnie
dopuszczalną antynomią mądrości i ma z mądrością równe prawa. Co więcej –
wszystko wskazuje na to, że głupota ma tych praw więcej. Bo czyż nie jest
dowodem piramidalnej głupoty obrażanie się na Ukraińców, że są w naszym kraju i
korzystają z naszej pomocy, którą kiedyś ofiarowaliśmy im z otwartym sercem,
kiedy napadła na nich Rosja? Nie, to nie było serce pełne miłości i empatii dla
narodu, cierpiącego tragedię z winy kremlowskiego satrapy. Nie. Kierowała nami
nienawiść do Rosji, której chcieliśmy w ten sposób pokazać środkowy palec. OK,
taka motywacja też ma swoje uzasadnienie. Tylko co się zmieniło, że już
Ukraińcom nie chcemy pomagać? Znudziło się nam? Pokochaliśmy Moskwę? Daliśmy się
przekonać rosyjskim trollom, że za chwilę Ukraińcy nas podbiją? Na razie sami są
podbijani przez Rosję. A myśmy wszystko zapomnieli, jak to słodko jest
być pod rosyjskim butem, co nas to obchodzi, to nie my, tylko Ukraińcy giną pod
rosyjskimi czołgami i rakietami. Naprawdę nie rozumiemy, że oni tam giną po to,
żebyśmy my nie ginęli tutaj? Że oni umierają zamiast nas?
Jeśli ktoś Ukraińców nie kocha, Bóg z nim, nie musi kochać, miłości się nie
zadekretuje. Ale nie musimy też kochać zamkniętych drzwi, ale je zamykamy, żeby
nocą nie przyszedł do nas bandyta. Już zupełnie pomijam to, że kiedy Ukraińcy
pójdą od nas w kibini mat’, albo umrzeć pod rosyjskimi dronami i
rakietami, albo zarabiać lepsze pieniądze w lepszych krajach, to kto będzie nam
sprzedawał w sklepach kajzerki i schab bez kości, malował naszym dziewczynom
paznokcie i sprzątał nasze bloki, albo, z przeproszeniem, wycierał tyłki naszym
starcom? Fani Konfederacji? Wszyscy ludzie prezydenta?
I jak uzupełnimy w polskim budżecie te prawie 20 miliardów z ukraińskich
podatków, co po odliczeniu niecałych trzech miliardów, jakie wydajemy na
ukraińskie świadczenia, całkiem pozytywnie się bilansuje. Inaczej: z każdej
złotówki otrzymanej w ramach 800+, Ukraińcy wpłacali ok. 5,4 zł do polskiego
budżetu. Ale guzik nas to wszystko obchodzi. Ukraińcy won! No cóż, alternatywa
jest taka: Ukraińcy won, czarnoskórzy i śniadzi won, Żydzi do gazu, my z
Eurokołchozu też won. I co? Ruskije tawariszczi, pażałsta. A
bezpieczeństwa rosyjskich wpływów w Polsce przypilnują amerykańscy marines.
Good luck, polscy głupole…
Być może to wszystko to nie jest nic nowego i zmiana jaka nastąpiła w ostatnich
latach jest tylko zmianą ilościową. Być może to ja, zajęty swoimi sprawami,
niechętny do zajmowania się tym, na co nie mam realnego wpływu i siedzący w
swojej bańce uniwersyteckich inteligencików nie zauważyłem momentu, kiedy moi
współziomkowie zaakceptowali to, że antysemityzm i rasizm zaczęły funkcjonować
jako forma patriotyzmu. Kiedy antynaukowy i antyhistoryczny negacjonizm, także w
odniesieniu do tak powszechnie znanych tragicznych faktów jak Zagłada Żydów stał
się tylko osobistym poglądem jednego czy kilku polityków, którzy ni stąd
ni z owąd zyskują miliony wyborców, a próby polemiki z nimi są skazane na
niepowodzenie, bo każdy ma prawo do głoszenia swoich poglądów, nawet takich, że
słońce wschodzi na zachodzie czy że woda jest sucha. Akceptujemy to jako
społeczność – najpierw w imię prawa do wolności słowa, potem jako ciekawą
alternatywę dla powszechnej opinii, potem jako wyróżnik w szarej codzienności
zwykłych twierdzeń.
Wybieramy jakąś, bliżej nieznaną większością, na wysoki urząd państwowy
człowieka, którego jeszcze wczoraj nie zaprosilibyśmy na urodziny ciotki Józi,
bo wstyd byłoby się z nim pokazać choćby na pamiątkowej fotografii, nie mówiąc
już o towarzystwie. Podoba nam się taki ludzki, prosty argument, że wobec
toczącej się tuż obok wojny lepszym przywódcą kraju będzie człowiek, który umie
boksować, niż dyplomata, no bo przecież wiadomo, że ostatecznym argumentem w
sporach międzynarodowych jest to kto ma lepsze karty i potrafi komuś
przypierdolić w mordę. Zresztą – mamy demokrację, a w demokracji nawet
bandyta, cham, oszust czy złodziej, a nawet zwykły szur ma równe prawo do
bycia twórcą prawa czy zasiadania we władzach i reprezentowania naszego kraju w
międzynarodowych gremiach, których przedstawiciele pewno także lubią walki
bokserskie, oglądają filmy o gangusach czy podziwiają obrotnych spryciarzy,
umiejących skołować dla siebie i bezkarnie przytulić nie tylko ubogą kawalerkę,
ale i sporą kasę, wyrwaną z państwowego, czyli niczyjego.
To wszystko wiem, ale nie mając na to wpływu, mogę tylko beznadziejnie ujadać w
niepublikowanych nigdzie poza Internetem żałosnych felietonach. Powinienem
stulić ryja i zająć się wykonywaniem sześciu tysięcy kroków w ofierze dla
swojego kręgosłupa, by umrzeć zdrowszy. Ale nie umiem milczeć w sytuacji, kiedy
widzę jak polityk, samorządowiec, góral, pseudodziennikarz czy poseł pokazują
się z lubością jako przyjaciele, stronnicy, entuzjaści działań Janusza Walusia,
który z powodów politycznych z zimną krwią zamordował w Republice Południowej
Afryki działacza komunistycznego Chrisa Haniego.
Fascynacja morderstwami istnieje w
sztuce od wieków, ale w polityce otwarcie pojawiła się dopiero ostatnio. Słychać
nawet – na razie jeszcze nie w polskim Sejmie, ale wszystko przed nami – że
Hitler był OK, miał fajny program gospodarczy i społeczny, ale okazał się
fujarą, bo nie załatwił problemu Żydów do końca. Dziś tzw. publicyści prawicowi
utrzymują, że w pokazywaniu się z Januszem Walusiem przez polityków nie ma nic
złego, bo Waluś swoje odsiedział (oni mówią: odcierpiał), został zgodnie z
jakimś prawem zwolniony i ma teraz prawo korzystać ze swobód obywatelskich tak
jak każdy z nas, ma też prawo do spotykania się z politykami. Jest teraz zwykłym
obywatelem RP. No - nie wiem, miał obywatelstwo RPA, którego się zrzekł, ale OK,
może i jest zwykłym, a może nawet wzorcowo patriotycznym obywatelem RP. Ale nie
sądzę, żeby jego zbrodnia uległa zatarciu, w sumie Chris Hani zdaje się też nie
zmartwychwstał, a manifestujący przyjaźń z Walusiem politycy nie kumplują się z
nim dlatego, że jest fajnym facetem, który przed incydentem w Afryce i teraz, po
odsiedzeniu przeszło ćwierci wieku w pace robił coś dobrego, napisał IX
Symfonię, czy namalował Monę Lisę lub napisał Potop, a może tylko
wspaniale prowadził zakład wyrobu kryształów, więc jest kryształowo uczciwy.
Nie. Jedynym powodem, dla którego Braun i jego ludzie kochają się z Walusiem
jest to, że zabił komucha. Co więcej, zwolennicy tej opcji publicznie głoszą, że
Waluś nie jest terrorystą, bo dokonał świętej egzekucji i jest polskim
bohaterem narodowym.
Biedna ta Polska, która ma takich bohaterów. Gdyby nie to, że Hani nie był
biały, napisałbym, że czarno widzę naszą przyszłość. Jeśli się jakoś jako naród
nie ogarniemy, czeka nas niewesoła alternatywa – plemienna wojna domowa, Hutu
versus Tutsi, albo totalny społeczny zwis i całkowita próba odizolowania się od
spraw ogólniejszych niż własne osiedle, ulica, wieś, co najwyżej dzielnia.
Albo wyjazd do dalekich krajów, byle nie do RPA. Ja zostaję, choć nadchodzące
święta nie wydają mi się specjalnie wesołe, a nowy rok szczęśliwy.
Przepraszam za język i emocje tego felietonu. I za jego nieprzyzwoitą długość,
dwukrotnie większą niż zwykle. Ale pytanie o to, co się z nami stało, wydaje mi
się smutnym egzystencjalnym rozwinięciem piosenki Jacka Kaczmarskiego Co się
stało z naszą klasą. To niestety, nie była kolęda, ale i tak była mniej
przygnębiająca niż to, czegośmy się doczekali Anno Domini 2025. Oby po
Kaczmarskim nie przyszedł Kantor i jego Umarła klasa. Ogarnijmy się, na
litość boską i nie bądźmy jak te cholerne bydlątka, zapatrzone tylko w żłób.
I tyle w dziedzinie Merry Christmas. Spotkamy się – jeśli w ogóle –
dopiero po Nowym Roku.