Maciej Pinkwart
Trojka
12 grudnia 2024
Trzy sprawy spowodują, że Polska do końca tego stulecia nie rozwiąże żadnych
swoich najpoważniejszych problemów – gospodarczych, społecznych i politycznych.
I za żadną z tych spraw nie stoi ostatnie dziesięć lat, PiS, Rosja czy
Unia Europejska. Te sprawy to węgiel, Kościół katolicki i rolnictwo. A wspólnym
mianownikiem tych wszystkich spraw jest strach. A dokładniej – tchórzostwo
władzy (każdej władzy) przed ulicznymi burdami, jakie wywołałyby liczące się
grupy społeczne, gdyby stanowczo i konsekwentnie zlikwidować ich przywileje,
rujnujące nasz kraj.
Nie dajmy się nabierać, że energetyka węglowa jest dla Polski najkorzystniejsza,
najbezpieczniejsza i najtańsza. Nie jest. Tylko w tym, nie zakończonym jeszcze
roku kopalnie polskie przyniosły 9,2 mld złotych strat. Podobno rząd (który?)
zawarł z górnikami umowę społeczną, która ma gwarantować górnikom pracę do 2049
roku. Ma to kosztować 137 mld zł. Dalsze utrzymywanie kopalń i powiązanych z
nimi elektrowni i elektrociepłowni jest korzystne jedynie dla górników i
pasących się na nich działaczy związkowych.
Ponieważ w naszej części świata nie ma co liczyć na pojawienie się drugiej
Margaret Thatcher, która bezwzględnie i konsekwentnie zlikwidowałaby nierentowne
i zatruwające nas górnictwo – pozostaje jedno rozwiązanie: dożywotnio wypłacać
górnikom pensje wraz z już wyszantażowanymi przez nich przywilejami – za
niewydobywanie przez nich węgla. Być może górnicy albo Piotr Duda (z PiS-owskiej
Solidarności) zażądają gwarancji wypłacania pensji także ich dzieciom, wnukom i
prawnukom, bo Andrzej Duda (z PiS-owskiej prezydentury) stwierdził jako ekspert,
że węgla w Polsce jest jeszcze na 200 lat wydobycia. Czyli, jeśli dobrze liczę,
gdyby kopalnie nadal istniały, to górnicy mogliby być w nich zatrudnieni jeszcze
przez osiem pokoleń. Może jednak mimo tego by się to opłacało. Jednak i na to
rozwiązanie górnicy się nie zgodzą, bo oni nie są potrzebni do wydobywania
drogiego i trującego węgla kiepskiej jakości, tylko do obalenia rządu.
Kościół katolicki, którego przedstawiciele i tzw. obrońcy wmawiają nam, że jest
gwarantem niepodległości Polski, stróżem moralności i obrońcą maluczkich, a
jednocześnie jest straszliwie prześladowany od czasów zaborów, przez okres PRL
aż po teraźniejszy reżim, jest kotwicą, która trzyma nasz byt narodowy w jednym
miejscu. To oczywiście dobrze, bo wiemy gdzie jesteśmy: gdzieś tak w pierwszej
połowie XX wieku. Naturalnie, wiemy ile kościołowi zawdzięczamy: tyle już
pokoleń polskich katolików zyskało dzięki niemu życie wieczne. W trudnych dla
narodu chwilach w niektórych świątyniach można było znaleźć wsparcie, a duchowni
niekiedy byli powiernikami narodowych aspiracji, za co także powinniśmy być
Kościołowi wdzięczni. I jesteśmy.
Opowieściami o prześladowaniach księży matki do dziś straszą dzieci, ale
prześladowany Kościół na szczęście zyskuje coraz to nowych rycerzy o coraz
większej wartości moralnej i fizycznej – niedawno był to Robert Bąkiewicz i jego
narodowcy, a ostatnio szeregi zasilił Łukasz Mejza, który przystąpił do Zakonu
Rycerzy Jana Pawła II Wielkiego. W czasach PRL prześladowania były szczególnie
dotkliwe, o czym świadczy m.in. przykład Zakopanego, gdzie w 1939 roku były trzy
publicznie dostępne kościoły – stary przy ul. Kościeliskiej, nowy przy
Krupówkach i jezuicki na Górce, poza tym kilka kaplic – na Olczy (siedziba
parafii), na Bystrem, w Jaszczurówce. Pół
wieku później, gdy kończył się PRL, w Zakopanem było przeszło 30 takich
obiektów.
Dziś ten prześladowany kościół polski jest najsilniejszy w całej Europie. Mamy
23 612 księży – co czwarty ksiądz w Europie jest Polakiem. Zapewne jeśli chodzi
o liczbę praktykujących katolików jesteśmy także w europejskiej czołówce, choć
tu i u nas widać wyraźną degresję: według danych z Narodowego Spisu Powszechnego
z 2021 r. za katolików uważa się nieco ponad 27 mln Polaków, czyli 71,3 % ogółu
ludności. Pozostali są niewierzący, wyznają inną wiarę bądź odmówili odpowiedzi
na pytanie. W 2011 r. jako katolicy zadeklarowało się 33 mln osób. Wg danych
samego Kościoła w 2023 r. w mszach uczestniczyło 29 % wiernych, a 14 %
przystępowało do komunii świętej. Na lekcje religii uczęszczało natomiast 78,6 %
dzieci i młodzieży. Ślub kościelny wzięło 77 244 par.
Mimo tego, Kościół Katolicki cieszy się szczególnymi względami finansowymi. W
projekcie budżetu na 2025 r. na Fundusz Kościelny przeznaczono 275 710
000 zł. 95 %
tej kwoty stanowią płacone przez państwo, czyli przez nas wszystkich, składki na
emerytury dla księży. Osobno płatne lekcje religii kosztują nas rocznie co
najmniej 1,5 mld złotych (niektórzy piszą o 2 miliardach). To oczywiście tylko
wierzchołek tej lodowej góry przywilejów. Kościół jest całkowicie zwolniony z
jakichkolwiek podatków zarówno od działalności statutowej (i tylko Kościół
ustala co działalnością statutową jest, a co nie), jak i od wydatków na
propagowanie kultu religijnego, na działania oświatowo-wychowawcze, naukowe,
kulturalne, charytatywne, na konserwację zabytków. Z podatku zwolnione są też
dochody spółek, których jedynymi udziałowcami są kościelne osoby prawne.
Dokumentacja finansowa Kościoła – jeśli w ogóle jest prowadzona – nie podlega
kontroli NIK. Władze państwowe i samorządy mogą przekazywać i w istocie
przekazują Kościołowi setki hektarów ziemi ornej (która potem przez Kościół jest
wynajmowana za pieniądze), a także rozmaite nieruchomości – za darmo lub za
jeden procent wartości. Są to miliardowe straty dla państwa. Państwo finansuje
też setki etatów kapelanów w rozmaitych instytucjach. Można jeszcze od biedy
zrozumieć istnienie posad kapelanów w wojsku (ale czy koniecznie w wysokich i
wysoko płatnych szarżach?) i szpitalach, ale po co kapelani w Lotosie, w Lasach
Państwowych czy Urzędach Skarbowych?
Jednak znacznie większe straty powodują kwestie niematerialne. Kościół jako
instytucja jest praktycznie usytuowany poza prawem, w dodatku korzysta nie tylko
ze swoistego immunitetu i ochrony, czego kuriozalnym przykładem jest art. 196
Kodeksu karnego, który przewiduje dwa lata więzienia dla kogoś, kto obraża
uczucia religijne innych osób. Przy czym o tym, co jest, a co nie jest obrazą,
decyduje obrażony. No i sąd, oczywiście. Absolutnie kuriozalne są też inne
przepisy, które na przykład narzucają środkom masowego przekazu respektowanie
chrześcijańskich wartości. Ani państwo, ani samorządy, ani dyrekcje szkół
nie mają prawa w jakikolwiek sposób ingerować w program nauczania religii w
państwowych szkołach ani w dobór kadry nauczającej: w ten sposób za półtora
miliarda rocznie kupujemy kota w worku.
Kościół, a dokładniej Konferencja Episkopatu Polski, a także niektóre
organizacje afiliowane przez Kościół wypowiadają się autorytarnie w wielu
kwestiach, przy czym niejako ex definitione przyjęliśmy że mają do tego
prawo szczególnie w kwestiach moralnych, prawnych czy historycznych. Szczególnie
patologiczna jest tzw. klauzula sumienia lekarzy, odmawiających wykonania
aborcji i farmaceutów, nie sprzedających środków antykoncepcyjnych. Maluczko, a
kustosze muzeów będą dorysowywać majtki i staniki na aktach, o ile nie będą to
akty strzeliste. Przekonanie o tym, że Konferencja Episkopatu Polski jest
wiarygodnym reprezentantem narodu, który w większości jest katolicki – jest
bzdurą. Kontakty hierarchii kościelnej z wiernymi są iluzoryczne, wpływ wiernych
na to, kto kieruje kościołem jest żaden, a o moralności wielu ludzi Kościoła nie
ma co mówić. Ale oczywiście jakiekolwiek próby zlikwidowania tej patologii i
unormalnienia relacji między państwem a kościołem – choć zapowiadane głośno w
kampanii przed wyborami w 2023 r. – są znów odkładane ad calendas graecas,
bo wszyscy rządzący boją się, że Kościół podburzy swoich wyznawców do buntu
przeciw tym, którzy chcieliby naruszyć strupieszałe relacje i prawa istniejące i
domniemane. A przytaczanie 25 art. obowiązującej Konstytucji, w myśl którego
władze publiczne w Polsce zachowują bezstronność w sprawach przekonań
religijnych wywołuje tylko pusty śmiech. I nawet żeby sam papież nakazał swoim
urzędnikom w Polsce odstosunkować się od spraw politycznych – Polacy na
kościelnych urzędach prędzej obalą papieża niż przestaną bronić uprzywilejowanej
pozycji swojej korporacji. Oczywiście czas, jak zawsze, może i tę sprawę
rozwiązać. Kościół rzecz jasna powołuje się na ten czas także, uważając że te
dwa tysiące lat z okładem gra na jego korzyść. Przetrwali tyle, przetrwają i
więcej. No, nie koniecznie. Jako egiptolog wiem, że kult Amona czy Ra trwał
wielokrotnie dłużej i dziś jest wspominany tylko w przewodnikach turystycznych i
filmach National Geographic. A jako miłośnik Grecji wiem też, że do Zeusa – przy
wszystkich jego wadach – modlono się co najmniej od drugiego tysiąclecia p.n.e.
i przez hellenistów kult ten uprawiany jest nadal. Czy z powodu
zasiedzenia wyznawcy Zeusa i jego niesfornej rodziny mają w Grecji większe
prawa niż prawosławni ortodoksi? Nie, nie mają. Ale Kościół wciąż wspiera rządy
prawicowe i populistyczne, a niemal jawnie walczy z rządem, który próbuje
ograniczać jego przywileje i dopuszcza samodzielność myślenia obywateli. Więc
dla PiS-u i jego okolic jest niezbędny taki, jaki jest.
Odrębną kwestią – na którą nie mam już miejsca, czasu i pewno kompetencji
analitycznych – jest to, w jaki sposób faworyzowany od czasów kardynała
Wyszyńskiego ludowy katolicyzm, literalnie biorący wczesnośredniowieczne
zalecenia i przekonania, świetnie się zadomowił w XXI-wiecznej Polsce, co
skutkuje pojawianiem się w przestrzeni publicznej i politycznej miejsca dla
kreacjonistów, płaskoziemców i rozmaitych „rycerskich” grup rekonstrukcyjnych,
działających z pełnym przeświadczeniem o swojej jedynej, choć dla większości z
nas (no, czy dla większości?) żenującej racji.
Najtrudniej jest zanalizować trzecią sprawę, która nas hamuje, jako że po
pierwsze jest mocno związana z kwestią dominacji Kościoła, a po drugie – jej
znaczenie znacznie wykracza poza kwestie lokalne, polskie.
I jeszcze dlatego, że jeśli energię węglową da się i musi się w
przyszłości zastąpić innymi źródłami energii, a kwestie pozycji Kościoła w
Polsce przy pewnej dozie dobrej woli da się sprowadzić do roli związku
wyznaniowego a nie hegemona, to bez rolnictwa nie da się żyć. Oczywiście, można
teoretycznie założyć, że wszystkie produkty niezbędne dla przeżycia będziemy
sprowadzać zza granicy – ale tam mogą przyjść takie same problemy jak u nas i co
wtedy? Poza tym, lokalne jest lepsze i nie ze względów rzekomo patriotycznych (dobre,
bo polskie!), tylko zwyczajnie jest świeższe, często zdrowsze, także i
dlatego, że jest łatwiej kontrolowalne.
Ale nie żyjemy na wyspie, odizolowanej od reszty świata. Jeśli nie myślimy o
gospodarce autarkicznej, w której sami będziemy produkować wszystko, co nam do
życia potrzebne, to musimy się zgodzić z tym, że część naszej żywności będziemy
eksportować (jeśli będziemy mieli czegoś za dużo i w odpowiedniej jakości), a
część – sprowadzać, choćby dlatego, że w Polsce jakoś mimo ocieplania się
klimatu nie widzę przyszłości dla przemysłowej produkcji kawy i herbaty, oliwek,
czy choćby ryżu, który co prawda może i u nas wyrośnie, ale będzie kiepski, a
jego produkcja nieopłacalna.
Polscy rolnicy głośno protestowali (z poparciem swoich proboszczów), kiedy
wchodziliśmy do Unii i zaczynała obowiązywać zasada wolnej wymiany handlowej i –
co gorsza – zasada, że towar musi być wysokiej jakości, czysty, kontrolowany pod
względem sanitarnym. Był czas, gdy organizacje rolnicze chciały wymóc na
rządzie, by ten sprawił, że Polacy będą przymusowo kupować polskie ziemniaki i
to w odpowiednio dużych ilościach. A jednocześnie protestowali przeciwko tzw.
kwotom mlecznym, ograniczającym do 2015 r. nadpodaż mleka na rynki innych państw
unijnych. Kwestie nadprodukcji rolniczej są zarzewiem konfliktów w całej Unii, a
protesty czy wręcz wojny transgraniczne między – na przykład – producentami wina
z Francji, Hiszpanii i Włoch znacznie bardziej gwałtowne niż nasze konflikty w
sprawie niekontrolowanego importu zboża z Ukrainy i mięsa z Argentyny. Jak na
razie, kwestie te są nie do uregulowania (ekonomia to jedno, a pomoc dla
walczącego z Rosją kraju – to drugie) i żadne protesty ich nie rozwiążą. Bo
rzecz jasna dla rolników byłoby lepiej, żeby zamknąć polskie granice dla innej
żywności niż polska, ale po pierwsze – czy dla większości konsumentów będzie do
zaakceptowania to, że będziemy kupować drożej, ale nasze, zamiast taniej, choć
obce? Czy będziemy aż takimi patriotami? A jeśli w ramach retorsji inne kraje
zamkną granice lub wprowadzą zaporowe cła na produkty polskie, których rolnicy
nie wyeksportują? Znów będą protestami wymuszać na wujku Siekierskim by to dla
nich załatwił?
Jak na razie, zasadą działania rolników, a zwłaszcza wypowiadających się w ich
imieniu organizacji działających na wsi jest pragmatyka grabi – zawsze
ciągnie się do siebie. I to, co przeszło sto lat temu w odniesieniu do Podhala
opisywał Stanisław Witkiewicz: za wszelką cenę zarobić dziś pięć złotych, nie
bacząc na to, że przez to jutro straci się pięćdziesiąt. Kolejną sprawą jest
konserwatyzm, podniesiony do rangi szańca w okopach świętej Trójcy. Stąd walka
ze wszystkim, czego nie było w mitycznym „dawniej”: polityką klimatyczną,
Zielonym Ładem, energią odnawialną, związkami partnerskimi, Unią Europejską.
Symbolem tego trwania w zeszłowiecznych ustaleniach jest rolniczy system
ubezpieczeń i zaopatrzenia emerytalnego KRUS. To, podobnie jak Fundusz
Kościelny, jest rzecz niereformowalna. Nie widzi się związku między
przynależnością do Unii, dopłatą do hektarów, nisko oprocentowanymi kredytami na
zakup maszyn rolniczych i wolnym handlem. Widzi się natomiast związek między
rolnictwem a leśnictwem rozumianym jako nieokiełznane wycinanie lasów dla
pozyskania drewna, czy myślistwem, będącym zalegalizowanym prawem do zabijania
bezbronnych stworzeń oraz hodowlą zwierząt służących do obdzierania ich z
futrzastej skóry oraz między rolnictwem i fundamentalnym katolicyzmem a prawem
do bestialskiego uboju rytualnego. Naturalnie, wszystko można sprowadzić do
pieniędzy, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że chodzi też o przyjemność znęcania
się nad istotami „bez duszy” i czynienia ziemi sobie poddaną. Poddaną, to znaczy
bez żadnych praw, włącznie z prawem do życia.
Teraz na drogach, na ulicach miast i na transparentach rolnicy dążą do obalenia
rządu i likwidacji naszej przynależności do Unii Europejskiej. Także do
likwidacji własnych przywilejów unijnych. W realizacji tych postulatów zawsze
mogą liczyć na wsparcie prawicy. I Kościoła, oczywiście.
Czy to wszystko rozwiążemy w przyszłości? Czy możemy liczyć na zbawienny wpływ
czasu? Ja już się o tym nie przekonam, czego żałuję, bo to ciekawe.