Maciej Pinkwart
Sirimavo Bandaranaike
26 grudnia 2024
Jedna z moich ulubionych bohaterek powieści Joe Alexa, niezwykle piękna pani o
imieniu Lucy, biegle posługująca się skalpelem, wykonuje operacje
neurochirurgiczne. Według obecnie obowiązującej nomenklatury jest neurochirurżką.
Word podkreślił to słowo jako błąd. Chyba nie jest specjalnie nowoczesny.
Jesteśmy narodem wybranym, bo tylko u nas mieszkają kobiety i mężczyźni. U
sąsiadów mieszkają sami mężczyźni. W Czechach Czesi, w Niemczech Niemcy, w
Szwecji Szwedzi, w Danii Duńczycy, w Rosji Rosjanie, w Słowacji Słowacy. Tylko w
Polsce mieszkają Polki i Polacy, w Warszawie Warszawianki i Warszawiacy, auta
prowadzą kierowcy i kierowczynie, a do studia telewizyjnego przychodzą goście i
gościnie, gdzie witają ich redaktorki, redaktorzy i Monika Olejnik. Nikt już ze
szkoły nie pamięta, że istnieją rzeczowniki zbiorowe, które obejmują całość
danej populacji, bez względu na płeć. W Puszczy Białowieskiej mieszkają żubry
obojga płci, długie szyje mają żyrafy samice i żyrafy – samce, a pomnik Adama
Mickiewicza ustrajają zarówno gołębie, jak i gołąbki, przy czym raczej
pomstujemy zbiorowo na gołębie, gołąbki zostawiając do konsumpcji.
Z konsekwencją godną lepszej sprawy dziennikarze i politycy brną w te
różnicowanie, z przeproszeniem, płciowe rozmaitych społeczności – narodowych,
lokalnych czy zawodowych, ostatnio słyszałem o darczyńcach i darczyńczyniach
oraz kierowcach i kierowczyniach. Wydawało mi się, że rekord głupoty
feministycznej pobił „Newsweek”, który w editorialu swojego naczelnego w
świątecznym numerze pisał o przybyszach i przybyszkach. Ale przebiła go w
Kwiatkach Polskich dr Katarzyna Kasia, mówiąc o związkowcach i
związkowsczyniach. W Polsce – sięgając do zanotowanego przez Worcella
powiedzenia Witkacego o Irenie Krzywickiej – wielu osobistościom płeć rzuciła
się na mózg. Jest to zjawisko nienowe, ale jeśli obejmuje domenę językową,
zaczyna być niebezpieczne, bo ludzie mogą się do tych idiotyzmów przyzwyczaić i
zapomnieć o tym, że istnieją pojęcia zbiorowe: Francuzi to naród, w którym są
zarówno mężczyźni, jak i kobiety, słonie to samce i samice, choć obecność słonic
w nazewnictwie jest zauważalna. Zaś małpa to określenie dwupłciowe, bo nie
istnieją odrębnie występujące małp i małpa.
Język polski na takie wygibasy wydaje się szczególnie podatny, choćby dlatego,
że w ogóle mamy rodzaje gramatyczne, a poza tym istnieje osobne słowo
człowiek, który nie ma rodzaju żeńskiego, przynajmniej nie słyszałem, żeby
ktoś mówił ta człowieka, a oprócz tego są osobne słowa różnicujące płeć:
mężczyzna i kobieta. Jest też dziecko, które gramatycznie jest bezpłciowe, może
dlatego prawica tak się awanturuje na temat uczenia o płciach – bo póki ktoś nie
zostanie ministrantem, póty jego płeć nie powinna mieć znaczenia. O ile jest
gorzej w takich bezecnych i mizoginicznych językach Zachodu, gdzie człowiek,
poza tym że brzmi dumnie, to jeszcze oznacza mężczyznę, a kobietę trzeba
stworzyć z gramatycznego żebra przez różne dziwne dodatki. Polska brnie w
rzekomą poprawność polityczną starannie różnicując Polaków od Polek, choć te na
gwałt, z przeproszeniem, życzą sobie równouprawnienia. Wszędzie, tylko nie w
gramatyce! Jeśli się to przyjmie – ile aktów prawnych trzeba będzie poprawić,
ile dzieł literackich przeredagować! Nawet regulaminy wojskowe: dotąd generał
czy polityk, stający przed frontem wizytowanego oddziału, krzyczał Czołem,
żołnierze! A teraz?
Kiedy w młodości pierwszy raz usłyszałem o lesbijkach, bardzo się z tym
utożsamiłem jako osoba lubiąca i ceniąca kobiety. Zwrócono mi uwagę, że już sama
gramatyka mnie dyskwalifikuje, bo nie ma czegoś takiego jak ten lesbijek,
choć są podobno te homoseksualistki. W tej sytuacji chciałem kochać
kobiety zostając feministą, ale słowo feminista też ma w sobie pewien żeński
kłopot gramatyczny. Mogłem ewentualnie zostać astronautą i polecieć w kosmos z
jakąś astronautką. Obie formy gramatyczne są żeńskie, co ocierałoby się o
wymarzoną lesbijskość, ale per saldo było to o tyle bez znaczenia, że w strefie
braku przyciągania o wzajemnych związkach i tak decydowała nieważkość. Poza tym
w Układzie Warszawskim nie było astronautów (chyba że u Lema), tylko kosmonauci.
I kosmonautki, oczywiście. Z braku laku zostałem poetą, ale poetą się nie jest,
poetą się bywa, więc szybko mi to przeszło. Poza tym kilkakrotnie w konkursach
literackich przegrałem z poetkami, w tym raz z własną uczennicą, więc nie chcąc
zostać poetkiem gorszego sortu, ostatecznie zostałem pisarzem.
Feminatywy
to zjawisko nienowe, ale nowe jest ich forsowne propagowanie, które w dodatku ma
podtekst polityczny. Prawica jest przeciw i żeby nie wiem co, pani Witek nie
dawała się nazywać marszałkinią, tylko chciała być marszałkiem, więc, jak wiemy,
nic z tego nie wyszło, choć nie z powodów gramatycznych. Mimo obecnego
bizantyjsko-koalicyjnego rozpasania ministerialnego, nie mamy chyba ministerstwa
żeglugi, więc nie można tam poszukiwać odpowiedzi na pytanie, jak nazwać
kobietę, pracującą na statku lub na okręcie wojennym? Jak stronnicy feminatywów
nazywają żeńską odmianę marynarza? Marynarka? Takie określenie byłoby nie dwu-,
ale wręcz trzyznaczne: feminatyw od marynarza, zbiorowość organizacyjna służby
morskiej i górna część stroju, zasadniczo męskiego. Marynarz zresztą przeważnie
nie nosi marynarki, chyba że na lądzie. Więc dlaczego marynarka jest nazewniczo
spokrewniona ze służbą na morzu? A czy Maryna, zwłaszcza z Hrubego, będąca
synonimem kobiecości górskiej, może mieć odniesienia morskie? I czy na statku
mogłaby powiedzieć do marynarza tak jak powiedziała u Tetmajera do Kostki
Napierskiego – uciescie się mnom, tu wom legne?
Nazewnictwo feminatywne, zwłaszcza interpretowane politycznie, niewiele ma
wspólnego z rzeczywistą pozycją kobiet w polityce. Pod koniec roku warto
zastanowić się, jak wygląda sytuacja kobiet na szczytach władzy. Najpierw
ustalmy, co to są te szczyty władzy. Peerelowska Rada Państwa, choć gramatycznie
rodzaju żeńskiego, miewała w składzie śladową liczbę kobiet. Był to organ
pełniący jakoby funkcję zbiorowego prezydenta, ale prezydenta w Polsce nie było,
bo była to prawdziwa demokracja, dokładniej: demokracja ludowa, czyli demokracja
demokratyczna. Prezydent rządzi w Stanach Zjednoczonych i we Francji, ale w
Niemczech, gdzie też jest prezydent, rządzi kanclerz. W Wielkiej Brytanii jest
król, ale rządzi premier. W Związku Radzieckim był sekretarz generalny, do
spółki z towarzyszem Alzheimerem. Teraz rządzi generalissimus w cywilu.
W połowie XX wieku ma scenie politycznej zaczęli się pojawiać przedstawiciele
trzeciego świata. Największą sławę w tamtych czasach zdobył następca egipskich
faraonów, prezydent Gamal Abdel Naser, który dał Egipcjanom Kanał Sueski i
Wielką Tamę koło Asuanu. Kobiety nie miały wtedy większego znaczenia, może z
wyjątkiem egipskiej piosenkarki Dalidy, pięknej ale nieszczęśliwej. I mało kto
pamiętał, że właśnie w Egipcie kiedyś równouprawnienie poszło bardzo daleko – w
XV w. p.n.e. na czele wielkiego i potężnego wówczas państwa stała kobieta,
rządząca jako faraon (faraonczyni?) – królowa Hatszepsut.
W czasach współczesnych pierwszą kobietą na najwyższym urzędzie była towarzyszka
Yanjmaa Sühbaataryn, komunistyczna przewodnicząca Wielkiego Churału, w latach
1953-1954 pełniąca obowiązki tymczasowego prezydenta Mongolii. Nieco później
(1960) na scenie politycznej pojawiła się kolejna kobieta rządząca dalekim
krajem, której przepiękne i egzotyczne imię i nazwisko poznałem w szkole
podstawowej (nie wiem jak, pewno z radia) i zapamiętałem do teraz (nie będę
ryzykował obietnicy, że do końca życia, bo w moim wieku pamięć jest towarem
wysoko inflacyjnym) – premier Cejlonu (dziś: Sri Lanka), Sirimawo Bandaranaike,
rządząca trzykrotnie na przestrzeni czterdziestu lat: 1960-1965, 1970-1977 i
1994-2000. Sirimawo Bandaranaike… Nauczyłem się to zestawienie wymawiać
bezbłędnie jak miałem 12 lat i nigdy nie zwróciłem się imieniem Sirimawo do
żadnej innej kobiety.
Pierwszą kobietą prezydentem (nie tymczasowym) została w 1974 r. w Argentynie
Isabel Perón, wdowa po Juanie Perónie, za życia którego była najpierw jego
sekretarką, potem wiceprezydentką. Była jego trzecią żoną, ale i tak do dziś
kochamy jej poprzedniczkę, Evitę Duarte-Perón (Don’t Cry For Me, Argentina).
Evita spokojnie zmarła na raka, natomiast Isabel po dwu latach rządów
aresztowano pod zarzutem korupcji i trafiła do paki na pięć lat… Pierwszą
kobietą wybraną prezydentem w wyborach powszechnych została w Islandii w 1980
r. Vigdís Finnbogadóttir, filolog, teatrolog i pedagog. Jednak najsłynniejszymi
i najskuteczniejszymi kobietami u steru rządów były Indira Ghandi (bez związków
rodzinnych z Mahatmą Ghandim, córka premiera o pięknym imieniu Jawaharlala
Nehru), absolwentka Oxfordu bez dyplomu, premier Indii w latach 1966-1977 oraz
1980-1984, premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, chemiczka, rządząca w
latach 1979-1990 oraz kanclerz Niemiec Angela Merkel, fizyczka, sprawująca swój
urząd w latach 2005-2021.
Islandki Vigdís nie nazywano prezydentką. A pań Sirimavo
oraz Margaret nie nazywano premierką ani premierą, Angeli kanclerką, podobnie
jak kobiet na stanowiskach ministerialnych nie nazywano ministrami, tylko
ministrami
😊.
W przyszłorocznych polskich wyborach prezydenckich, jak się wydaje, będzie
startować tylko jedna kobieta – miła, ładna, porządnie wykształcona i kulturalna
(iberystka, tłumaczka literatury hiszpańskiej) Magdalena Biejat. Głosowałbym na
nią bez wahania, język hiszpański i literaturę iberoamerykańską uwielbiam, ale
senatorka Biejat ma jedną wadę: imię. Osobiście je bardzo lubię, ale w 2015 roku
o mało nie zagłosowałem na Magdalenę Ogórek ze względów estetycznych, a także
dlatego, że jest doktorem nauk humanistycznych, której dysertacja dotyczyła
beginek i waldensów na Śląsku i Morawach do końca XIV wieku. Myślałem, że te
zainteresowania (które podzielam!) gwarantują, że będzie miała odpowiedni
dystans do bieżącej polityki. I proszę, co się porobiło! Jest to dla mnie do
dziś traumatycznym wspomnieniem.
W tej sytuacji pozostaję platonicznym wielbicielem uśmiechu
Magdaleny Biejat, wspominam z szacunkiem Margaret Thatcher, głównie za to, jak
rozgromiła górnictwo węglowe w swoim kraju, czuję sentyment do Sirimawo
Bandaranaike, która wprowadziła mnie w świat polityki kobiecej, nucąc Don’t
Cry For Me, Argentina myślę, że Evita Perón byłaby lepszą prezydentką niż
Isabel Perón, ale pozostanę w klubie miłośników warszawskiego jazzu. Sapienti
sat!