Maciej Pinkwart
Ring
5 grudnia 2024
Od pewnego czasu atakują mnie reklamy inteligentnych obrączek. Ponieważ swoją
tradycyjną, a więc nieinteligentną obrączkę straciłem już dość dawno, powoli
daję się uwodzić tym reklamom i przeglądam polskie i chińskie strony
internetowe, rekomendujące tę biżuterię, która założona na palec ręczny ma mnie
informować o stanie mojego tętna, jakości saturacji, liczbie przespacerowanych
kroków (wytykając, dlaczego tak mało), a co najważniejsze – o poziomie mojego
stresu. Obrączka taka nazywa się smart ring. I tą ścieżką dotarłem do
rozważań na temat niezależnego, obywatelskiego kandydata na polskiego
prezydenta.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego zwolennicy obecnie rządzącej Koalicji 15
Października, jak również podobno także niektórzy przedstawiciele Opozycji 13
Grudnia mają za złe obywatelskiemu kandydatowi na urząd prezydenta, który ma za
zadanie zakończenie wojny polsko-polskiej to, że – choć doktorat robił na
uniwersytecie, a nie na Akademii Wychowania Fizycznego – czynnie uprawiał boks i
utrzymywał bliskie znajomości z podejrzanymi typami, czy wręcz zgoła z
osądzonymi przestępcami, z którymi spotykał się w ringu, albo na kawce na
salonach Instytutu Pamięci Narodowej. Uważam, że to nie wada, tylko zaleta
kandydata.
Najpierw w kwestii boksu. Jak wiemy, niezależnego kandydata wybrał w osobistych
prawyborach prezes PiS, a przecież wiemy, jakim pasjonatem sportu jest Jarosław
Kaczyński. Studiując zapewne po nocach podręczniki Clausewitza, doktryny
Napoleona i Krótką Historię WKP (b) daje czasem odpocząć zmęczonym oczom
i ogląda rodeo, a może także inne sporty walki. Rodeo, corrida i inne egzotyczne
dyscypliny przyjmują się w Polsce słabo i jak dotąd jedynie na drogach
publicznych (tu trzeba przypomnieć wielkie zasługi, jakie w tej dziedzinie ma
Antoni Macierewicz, znany skądinąd także z miłości do skoków z wieży do basenów
zazwyczaj wypełnionych wodą), stąd być może zainteresowanie prezesa boksem, a
właściwie bokserem. Dobra praca nóg, wchodzenie w zwarcie i dążenie do pokonania
(przez) KO jest niewątpliwie dla prezesa pociągające. Wiemy też, że jakiś czas
temu usiłował on skłonić do kandydowania niezależnego byłego sprintera, a potem
ministra sportu w rządzie Beaty Szydło – Witolda Bańkę. Ale były minister wybrał
karierę międzynarodową w Światowej Agencji Antydopingowej, więc perspektywy
polskie nie bardzo go interesowały, zatem odmówił ubiegania się o stanowisko
prezydenta RP, zresztą od 2020 roku już jest prezydentem Agencji, no a po co mu
dwie prezydentury w jednym życiorysie?
Zawiedziony prezes PiS jakoś to przeżałował, ale z wybitnego sportowca nie
zrezygnował, pamiętając o tym, że kandydat na prezydenta wszystkich PiS-owców
musi być młody, wysoki, przystojny, okazały, mieć uregulowany status rodzinny,
no i żeby był sportowcem. Kiedyś jeszcze prezes sugerował, że powinien znać
przynajmniej dwa języki, ale oglądając rywalizację Radosława Sikorskiego
(Master
of Arts na Oxfordzie) z Rafałem Trzaskowskim
(anglista i stypendysta Oxfordu, doktor nauk humanistycznych na Uniwersytecie
Warszawskim) z tego warunku zrezygnował. Robert Lewandowski, który za jeden mecz
zarabia prawdopodobnie tyle, co prezydent RP przez całą kadencję, nie wchodził w
grę ze względów ekonomicznych, Iga Świątek nie odpowiadała prezesowi z uwagi na
płeć i sprawy rodzinne, więc pocieszając się westchnął dowcipnie w jedynym
języku obcym, którego uczył się w szkole, że na bezpticzu i żopa saławiej…
Usłużna prasa spekulująca na ten temat więcej niż na temat przyszłości obecnego
prezydenta podpowiadała liczne kandydatury, spośród których – zupełnie nie wiem
czemu – nie wzięto pod uwagę najlepszej, mianowicie Ryszarda Terleckiego:
młodego, okazałego, przystojnego, rodzinnie rozwiniętego (donosił pisemnie o
współpracy swojego ojca z UB, miał dwie żony i Korę) i znającego świetnie język
wypowiedzi prezesa PiS. I wtedy Adam Bielan podsunął doktora historii na
Uniwersytecie Gdańskim Karola Nawrockiego.
Boks wydawał się idealną, choć nie przesadnie dotąd eksponowaną kartą w
życiorysie osoby, nazywanej przez prezesa „doktórem”. Zwłaszcza w sytuacji,
kiedy władze Polski przy poparciu aktualnego prezydenta zamierzają zgłosić
Polskę jako kandydata do organizacji letnich Igrzysk Olimpijskich. Co prawda,
ostatnio władze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego ogłosiły, że zamierzają
z listy olimpijskiej usunąć boks, jako sport nieestetyczny i zbyt brutalny, ale
to akurat nie szkodzi: Polska w razie czego równolegle z oficjalnymi igrzyskami
zorganizuje narodowe mistrzostwa w mordobiciu, freak fightach, walkach w
kisielu, w MMA i MBA. Przeglądając nagrania z walk i sparringów obywatelskiego
kandydata na polskiego prezydenta, każdy niewątpliwie będzie mógł ocenić, czy
prowadzi on walkę fair, czy też interesuje się okolicami poniżej pasa, oraz czy
nie nadużywa lewego sierpowego, zamiast poprzestać na ciosach prawym prostackim.
Dodać też należy, że Karol dr Nawrocki był również zawodnikiem, a nawet
kapitanem drużyny piłkarskiej Ex Siedlce Gdańsk, co niewątpliwie ułatwi mu
ewentualną kohabitację z innym piłkarzem, magistrem Donaldem Tuskiem.
Całkowicie nietrafiony jest też zarzut, że ewentualnemu prezydentowi naszego
kraju nie wypada utrzymywać, z przeproszeniem, stosunków z bandziorami i
skazanymi przez sąd przestępcami. To akurat jest zupełna hipokryzja: o ile
wiadomo, Karol Nawrocki nie przyjmował przestępców w pałacu, będącym symbolem
majestatu Rzeczypospolitej, nie robił dziupli dla przestępców w swoim miejscu
pracy i nie obściskiwał się z nimi z głęboką miłością, tylko wręcz przeciwnie –
z szemranymi kolesiami walił się po gębie, po czym ewentualnie pijał kawkę i
zapraszał ich na imprezy narodowo-patriotyczne, co dowodzi jego wielkiego
humanizmu, którego z pewnością uczył się od swoich autorytetów politycznych w
kręgach żołnierzy wyklętych oraz przyjaciół z pracy na bramce w sopockim Hotelu
„Grand”, nostalgicznie opisywanym przez Agnieszkę Osiecką.
Uważam też, że nieprawdziwe są pogłoski na temat tego, iż Karol Nawrocki, jako
kandydat niezależny (niezależny od innych, poza PiS-em, czynników) występuje na
razie w charakterze przedskoczka i jeśli sparringi i sondaże nie potwierdzą
zwyżkowania jego formy prezydenckiej – to trener z KS „Nowogrodzka” rzuci na
ring ręcznik i zastosuje wariant Kidawo-Błoński, podmieniając specjalistę od
boksu, antylewactwa i żołnierzy wyklętych na specjalistę od heteroseksualnego
rozmnażania się dzików, antylewactwa i żołnierzy wyklętych. Byłby to bardzo zły
ruch. Bo podobno głównym celem prezydentury kandydata niezależnego ma być
zakończenie wojny polsko-polskiej, no a któż to zrobi lepiej, jak były bokser
RKS Stoczniowiec i zwycięzca w Strefowym Turnieju pięściarskim o Puchar Polski
dla juniorów w wadze 91 kg? Niewątpliwie, arbiter elegantiarum Przemysław
Czarnek, charyzmatyczny i porywający elokwencją oraz erudycją Mariusz Błaszczak
czy wielofunkcyjny Mateusz Morawiecki to także doświadczeni bojownicy walki o
pokój w wojnie polsko-polskiej, ale po prowadzonej przez nich pokojowej polityce
jeszcze nie odbudowaliśmy kraju, więc wypada trochę odpocząć, a zatem zanim
zabrzmi gong przed pierwszą rundą, posiedźmy spokojnie na widowni.
Ewentualne sympatie z bandziorami, faszystami i przestępcami z innych dziedzin w
naszym pięknym kraju z pewnością nikomu nie przeszkodzą w zrobieniu kariery
politycznej, przynajmniej wśród 30, a może nawet 45 procent elektoratu. Jak
przypuszcza w „Wyborczej” Jarosław Kurski – większości zwolenników PiS
przeszłość Nawrockiego przeszkadzać nie będzie, a dla Konfederacji być może
stanie się atrakcją nawet większą niż słynna „piątka Mentzena” – czyli dążenie
do Polski bez Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej.
Trzeba też pamiętać, że miłujący pokój naród polski uwielbia pyskówki,
mordobicie, trumpizm i polityczny kick-boxing, zatem istnieje obawa, że będzie
kibicował temu, kto reklamując się jako człowiek z ludu wykaże się umiejętnością
prowadzenia walki klasowej z paniczykami, większą proletariacką brutalnością
oraz niezależnością od kompetencji, samodzielności i umiejętności politycznych.
Bo co jak co, ale niezależność jest u nas walutą najwyżej cenioną.