Maciej Pinkwart
Chamska asertywność
Kurz bitewny przejściowo opadł. Jarosław Kaczyński wygrał wybory prezydenckie w
Stanach Zjednoczonych, Rafał Trzaskowski wygrał prawybory w telefonach,
Przemysław Czarnek w ostatnim tygodniu nawet się ogolił, ale podobno kandydować
nie chciał, więc na szczęście nie musiał i chętnie się posunął, robiąc miejsce
Karolowi Nawrockiemu, zresztą kto by podskoczył okazałemu wybrańcowi prezesa,
skądinąd bezpartyjnemu doktorowi historii i mistrzowi
ringu, Sławomir Mentzen szykuje pipę do lania wyborczego piwa, Szymonowi Hołowni
żona pozwoliła kandydować, Marek Jakubiak zapętlił się na apaszce, a pierwszy
śnieg lada moment przykryje popowodziowy Armagedon w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie
odbudowuje się urny wyborcze i niewiele poza tym. A my powoli zaczynamy oswajać
się z myślą, że jeśli ktoś chce wygrać jakiekolwiek wybory na świecie, to musi
kłamać, obiecywać gruszki na wierzbie, schlebiać najniższym instynktom,
wszystkich, co się z nim nie zgadzają nazywać zdrajcami i sługami piekła,
przedstawiać się jako wysłannik Pana Boga na Ziemi i być skończonym chamem.
Tylko wtedy ma szanse przekonać do siebie większość wyborców, których kłamstwo
oszuka, obietnice zwiodą, pochlebstwa ugłaskają, nienawiść posmaruje im miodem
serca, a chamstwo zostanie uznane za stanowczość i bezkompromisowość. W tej
konkurencji Rafał Trzaskowski zdaje się nie jest faworytem. Czy będzie liczył na
to, że poprą go ludzie kulturalni i przeciwstawiający się chamstwu? Pewno tak.
Ale czy przy pomocy tego elektoratu uda mu się wygrać wybory? Hm…
A my, brzydzący się agresywnym chamstwem – ostatnie
egzemplarze wymierających ptaków dodo – będziemy musieli obserwować, jak w
odbiorze społecznym prawda i kłamstwo są tylko opcjami, równorzędnymi co do
możliwości wyboru, dobro i zło są tak samo akceptowalne, kultura ex
definitione przegrywa z brakiem kultury, a oszczerstwo, pomówienie i
bezczelne groźby są zwyczajnymi elementami życia publicznego. Owszem, być może
wszyscy uwierzymy, że red is bad, ale dla większości równie prawdziwe
okaże się stwierdzenie, że bad is good, pod warunkiem, że to jest nasze
bad.
Nikt
już się nie oburza na publiczne nazywanie przeciwników politycznych zdrajcami,
mordercami, szpiegami Putina, agenturą niemiecką czy ubekami. Nawet wybitni
historycy i socjologowie wzruszają na to ramionami i mówią: No to co? Taki
folklor polityczny. Kaczyński i jego ludzie zawsze tak mówią. A zresztą – dodają
– polityk musi mieć grubą skórę, poza tym jakby o każdą taką bzdurę składać do
sądu pozew o zniesławienie, to politycy nie mieliby czasu zajmować się państwem,
a sądy byłyby jeszcze bardziej zakorkowane niż są.
To, być może, prawda. Ale prawdą w tej sytuacji staje się też to, że ta rzekoma
gruba skóra polityków powoduje to, że ludzie zyskują przeświadczenie, iż
chamskie atakowanie i obrażanie innych jest normą, że nie ponosi się za to
żadnej odpowiedzialności: jeśli Kaczyński może bezkarnie nazywać Tuska
niemieckim agentem i twierdzić, że Putin ma na polskiego premiera jakieś
kompromaty, to dlaczego pan Nowak ma odpowiadać przed sądem za nazwanie pana
Malinowskiego złodziejem, a Jasiu z VI B ma wylecieć ze szkoły za nazwanie pani
od fizyki – użyjmy eufemizmu – pracownicą seksualną?
Mówi się czasem, że teraz żyjemy w czasach postprawdy, a ludzie stali się
bardziej asertywni i mówią to, co myślą, i taka asertywność jest dobra dla ich
stanu psychicznego, no a poza tym to nie komuna i mamy wolność słowa.
Niewątpliwie. Ale postprawda najczęściej nie jest współczesnym obrazem
prawdy, tylko odwrotnością prawdy, czyli kłamstwem. Obelga nie jest środkiem
politycznej walki, tylko obelgą, chamstwo nie jest bezpośredniością, tylko
chamstwem, a z wolnością słowa jest tak, jak z wolnością w ogóle; twoja wolność
kończy się tam, gdzie zaczyna się moja. Inaczej: realizując swoje naturalne choć
ograniczone kodeksowo prawo do wolności nie można dewastować cudzego prawa do
wolności.
Tyle tylko, że wzniosłe slogany i pozytywne myślenie nie na wiele się zdadzą
wobec chamstwa działającego z finezją cepa. Najgorsze, co można by zrobić, to
zejść do tego samego poziomu i podjąć freakfightowe mordobicie w stylu MMA. Z
zawodowcami w tej branży kulturalni politycy nie dadzą rady, a kompromitacja w
tej dziedzinie zawsze równa się wypadnięciu z ringu. Jak się wydaje, poza
naprawdę pracochłonnym mobilizowaniem każdego, kto nie chce popierać
przeciwnika, stronnicy demokracji muszą przyjąć zasadę cierpliwego odpierania
ataków i nazywania kłamstw kłamstwami. Ale nie na zasadzie: a wyście tylko
kradli, kłamali i dzielili Polaków – bo to wyborcy już wiedzą i albo
akceptują, albo nie, poza tym jeśli od lat nazywa się przeciwników politycznych
złodziejami, a żaden z nich za kradzież nie został skazany, to – żeby nie wiem
jak wiarygodnie brzmiał taki zarzut – jest on w świetle prawa pomówieniem. A
nawet przestępstwem – dotąd, dopóki w tej sprawie prawomocnie nie wypowie się
sąd.
Na kłamstwa i insynuacje należy jednak natychmiast i wiarygodnie odpowiadać,
spokojnie i stanowczo: nie jest tak, tylko tak, dlatego, że to i to. Jeśli
Jarosław Kaczyński nazywa Donalda Tuska agentem niemieckim – a nie składa w tej
sprawie doniesienia do prokuratury, to działa tak, jakby akceptował to jedno z
najcięższych przestępstw, więc staje się współsprawcą… A jeśli nie akceptuje, co
jest przestępstwem, to świadomie kłamie, pomawia, zniesławia. Co jest
przestępstwem również. Takie informacje powinny docierać do wszystkich za pomocą
mediów społecznościowych, w postach mających co najwyżej kilkaset znaków.
Trzykolumnowe artykuły w „Wyborczej”, „Polityce” czy „Newsweeku” przeczytają być
może przy porannej kawce ci, którzy chcą to przeczytać, czyli ci, których
przekonywać nie trzeba.
Bo czy się to nam podoba, czy nie, głos w urnie wyborczej ma taką samą wagę bez
względu na to, czy wrzuca go profesor uniwersytecki, czy funkcjonalny
analfabeta. Tym się różni współczesna demokracja od platońskiej idei demokracji,
która w dalszym ciągu jest cieniem, rzucanym na ścianę jaskini.
Brak kultury w sprawach politycznych jest zatem normą, ale może przybrać
wyrafinowane formy. Oto w niemal wszystkich wzmiankach na temat pisowskiego –
pardon, obywatelskiego – kandydata na prezydenta mówi się, że jest nim doktór,
tak go nazwał prezes PiS-u – doktór Karol Nawrocki. A jego głównym przeciwnikiem
jest Trzaskowski. Tego, że kontrkandydat ma imię i także jest doktorem – na
prawicy się nie mówi. Ale jest w tym podziale mocno niestrawny melanż,
zawierający zarazem egalitaryzm (doktór), jak i elitaryzm,
przeciwstawiający Nawrockiego jako chłopaka z gdańskiego podwórka, wiernego syna
klasy robotniczej Trzaskowskiemu, nazywanego paniczykiem, który wszystko miał
podane na tacy przez inteligencką rodzinę, a jego ojciec był w dodatku znanym
jazzmanem, który karierę zrobił w czasach PRL. I pewno rodzicom prezydent
Warszawy zawdzięcza maturę w Liceum im. Reja, studia dziennikarskie,
anglistyczne i europeistyczne, stypendia w USA, w Oxfordzie i w Paryżu, doktorat
politologiczny na temat Unii Europejskiej i znajomość pięciu języków obcych, nie
mówiąc już o byciu posłem i europosłem, ministrem i wiceministrem. To obrzydliwy
i wrogi klasowo w postkomunistycznej nomenklaturze PiS-u prawdziwy paniczyk,
który nie fotografuje się na siłowni i w ringu bokserskim, tylko z książką w
tramwaju.
Aha, no i jeszcze warto mieć cały czas na uwadze to, że tak samo ważny jest głos
nasz jak głosy tych, którym chętnie byśmy go odebrali, bo popierają naszych
przeciwników. Wobec jakiejś jednej trzeciej elektoratu przekonanie tych drugich
do naszych racji się nie uda i gadanie o tym, że jeśli będziemy nijacy,
umizgujący się do wszystkich, tacy przesympatyczni mli-mli to pozyskamy kogoś z
tamtej strony - jest stratą czasu.
Trzeba być szczerym i asertywnym in plus, raczej mówiąc ja tak-i-tak, niż
on nie-i-nie.
Chodzi tylko o to, żeby w urnie znalazło się więcej głosów na naszego kandydata,
niż głosów na jego przeciwnika.
Tylko.