Maciej
Pinkwart
Zbrodnie dżentelmenów
Wiosenny wieczór. Za oknem słychać śpiew słowika, urwany, jakby ktoś nożem
uciął. Przymykasz okno, otwierasz książkę i…
Letnia noc. Nie zaśniesz, dopóki nie przeczytasz następnego rozdziału. W
korytarzu lampka, która miała się palić, zgasła. Nie idziesz sprawdzić, tylko
otwierasz książkę i…
Jesienne, dżdżyste popołudnie. Ciemno, jakby mgła zatarła wszystkie światła
latarni. Obciągasz sweter, owijasz się pledem, za ścianą u sąsiada słychać
hałas, jakby spadło coś ciężkiego. Włączasz ogrzewanie, otwierasz książkę i…
Zimowy świt. Nie zdołałeś zasnąć, mimo że polana w kominku miło trzaskały, a
whisky z lodem miała odpowiednią temperaturę i woltaż. Za oknem skradają się
czarne cienie, pewno to wiatr kołysze drzewami, ale starasz się nie patrzeć w
tamtą stronę. Zostało jeszcze może sto stron. Otwierasz książkę i…
Lubimy się trochę bać, pod warunkiem, że nie jest to strach o nas samych i
naszych bliskich. I że strach jest dozowany zgodnie z regułami dobrego
wychowania, w sposób klasyczny. Najlepiej, jak kryminał opisuje stary angielski
dworek, w którym znalazło się kilka – pięć, dziesięć osób, odciętych od świata
przez niepogodę, przypływ morza, dobre zamknięcie. Jest wśród nich, oczywiście,
ofiara, morderca i detektyw. Starannie dozowane napięcie rośnie i kulminuje w
dwóch momentach – kiedy zostaje popełniona zbrodnia, której wszyscy się
spodziewali, ale nikt – prawie nikt – nie wiedział jak i kiedy nastąpi. I
wówczas, gdy zbrodniarz zostanie zdemaskowany przez detektywa, który przy okazji
ośmieszy nieporadność zawodowej policji. Niech to wszystko odbywa się w
dystyngowanej scenerii, wśród ludzi o nieposzlakowanych manierach, których nie
podejrzewalibyśmy nawet o to, że są w stanie podnieść głos, a co dopiero mówić o
podniesieniu ręki z nożem, pistoletem czy pigułką z trucizną. Klasyczny
kryminał: elegancja, precyzja, logika, dedukcja, demony ludzkiej duszy.
Wszystko to mamy najlepiej podane w ośmiu klasycznych powieściach Joe Alexa. To
jedyna literatura anglosaska, wobec której nie miałem nigdy zastrzeżeń odnośnie
do tłumaczenia na polski: bowiem wszystkie te książki zostały napisane doskonałą
polszczyzną. A ich autor jest rodowitym Polakiem i nazywał się Maciej
Słomczyński. No, może nie do końca rodowitym. W pierwszej wersji, jaką poznałem
– był synem Angielki Marjorie Crosby i Aleksandra Słomczyńskiego, w drugiej – o
której się dowiedziałem całkiem niedawno – Słomczyński był jego ojczymem, a
prawdziwy ojciec był amerykańskim reżyserem i nazywał się Merian C. Cooper.
Ale czy to ma jakieś znaczenie? Kiedy wpadła mi w ręce – już nie pamiętam kiedy
i w jakich okolicznościach – pierwsza książka jego autorstwa, byłem na bank
przekonany, że Joe Alex to Anglik. Był taki british… Z całą tą osobistą
legendą: pilot RAF-u, latający w jednej maszynie z Benem Parkerem, przyszłym
inspektorem Scotland Yardu i Ianem Drummondem, przyszłym profesorem chemii. Ten
bombowiec wracający z misji nad Francją został zestrzelony i z siedmioosobowej
załogi tylko oni trzej zdołali otworzyć spadochrony… I potem te wszystkie
brytyjskie dwory, stosunki w admiralicji, aktorzy z West Endu, lekarze z Harley
Street… I motta, z Szekspira, z Miltona, z Kiplinga, z Ajschylosa czy
Eurypidesa… Agatha Christie mogłaby u Joe Alexa być praktykantką.
Więc nie chciałem uwierzyć, kiedy się dowiedziałem, że to produkcja polskiego
pisarza, który w dodatku nigdy nie mieszkał w Anglii, urodził się w Warszawie,
mieszkał w Łodzi i Krakowie i choć walczył w czasie okupacji jako żołnierz AK,
to nigdy nie był lotnikiem, a w dodatku te kryminały pisał tylko po to, żeby
zarobić pieniądze na życie, w którym najważniejsze były dla niego kobiety
(poznałem jego ostatnią, trzecią żonę, ale nie tak wyobrażałem sobie ukochaną
Joe’go, Karolinę Beacon, młodą archeolożkę) oraz dwóch Anglików – William
Shakespeare i James Joyce. Słomczyński był ponoć jedynym człowiekiem na świecie,
który przetłumaczył wszystkie dzieła Szekspira i choć te przekłady nie są
uznawane za dobre – to jednak jest to spore osiągnięcie. Ulissesa Joyce’a
mam w jego tłumaczeniu, ale to chyba nie jest wina Słomczyńskiego, że przy tym
zasypiam. Oczywiście, że moja.
Pierwszy kryminał Joe Alexa przeczytałem jeszcze w liceum, ale już nie pamiętam,
czy było to Powiem wam, jak zginął (wydane w 1959 r.), czy Jesteś
tylko diabłem (1960), ale zakochałem się w nich natychmiast. Jak tylko mnie
było stać, kupowałem wszystko, żeby mieć zawsze pod ręką, a nie zapisywać się w
kolejce po wypożyczenie z biblioteki. Każda z ośmiu powieści była bodaj z innego
wydawnictwa, w innym formacie i jedno co je łączyło, to siermiężność papieru i
fatalne klejenie. Pamiętam, że kiedyś wyjmowany z wysokiej półki Diabeł
upadł mi na podłogę i potem go zbierałem po całym domu i na balkonie, kartka po
kartce. Było tak, że przynajmniej raz do roku musiałem jednego lub dwa Alexy
przeczytać, aż doszło do tego, że znałem je na pamięć, więc kiedy przestało mnie
ciekawić, kto i dlaczego kogo zabił – rozsmakowywałem się w sposobie i technice
pisania, odkrywałem kolejne pokłady erudycji, te odniesienia do Szekspira,
Marlowe’a czy antycznych Greków. No i odwieczne, wręcz homerycko-szekspirowskie
motywy: miłość, zazdrość, pieniądze, zemsta…
Macieja Słomczyńskiego osobiście poznałem w zakopiańskiej Halamie w 1991 lub
1992 roku. Umówiła nas niezapomniana szefowa ośrodka ZAIKS-u, urocza Katarzyna
Wojakowa. Słomczyński był ważnym działaczem Rottary Clubu i chciałem go zjednać
do zdobycia pomocy dla nowoutworzonej zakopiańskiej szkoły artystycznej.
Musiałem coś napomknąć o mojej wielkiej miłości do Joe Alexa, ale zmarszczył
brwi i napomknął chłodno, że to nic nie warta część jego twórczości, podejmowana
tylko dla pieniędzy. Poczułem się obrażony. Rozmowa szybko się zakończyła.
Rottary Club nam nie pomógł.
Umarł kilka lat później w wieku 78 lat. Był prawie dokładnie rówieśnikiem mojej
Mamy – urodził się kilka dni przed nią, umarł rok wcześniej. Mieliśmy wspólnych
znajomych z rodziny Chwistków i od nich się dowiedziałem, że rzeczywiście uważał
swoje kryminały (a to były nie tylko książki, także filmy i spektakle
telewizyjnej Kobry) za coś gorszego, co więcej – że zakazał ich
wznawiania po swojej śmierci. Na szczęście, tej ostatniej woli – jeśli naprawdę
tak postanowił przed śmiercią – nie zrealizowano.
Czy ma sens pisanie recenzji książek, które ukazały się w latach 1959-1991, a
więc kilkadziesiąt lat temu? Oczywiście, że nie ma. Ale też nie jest to
recenzja. Prawdopodobnie wśród Czytelników tego tekstu jest kilka, może nawet
większość osób, które Joe Alexa nie znają, czytanie kryminałów uważają za fi
donc, a dla wypoczynku porównują Sonety Szekspira w tłumaczeniu
Macieja Słomczyńskiego z tymi w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Cóż, jak tam
uważacie…
No to się przyznam. Na jednej z platform społecznościowych dotarła do mnie
reklama, informująca, że oto wydawnictwo Bukowy Las (bukowy od
book…)
wydało naraz wszystkie osiem powieści Joe Alexa. Elegancko, w twardej oprawie,
nie tanio, ale ładnie. Natychmiast kupiłem. Poprzednie edycje w innych oficynach
były dość byle jakie, a te pierwsze, które miałem, już nie dawały się czytać.
Czy jest to darmowa reklama lub lokowanie produktu? No, a jeśli jest, to
co?
Powiem wam, jak zginął…
Ginie, niestety Ian Drummond, i to niemal na oczach Joe Alexa, który spędza u
niego weekend. Główną podejrzaną jest żona chemika, wybitna brytyjska aktorka,
równie piękna jak utalentowana, która właśnie przygotowuje się do roli
Klitajmestry w sztuce Ajschylosa Oresteja. Klitajmestry, która wraz z
kochankiem Ajgistem zabiła męża Agamemnona, gdy ten wrócił jako zwycięzca spod
Troi.
Śmierć mówi w moim imieniu…
Tu akcja toczy się nie w odosobnionym dworku na prowincji, lecz w sercu Londynu,
ale też w środowisku aktorskim. Śmierć dosięga jednego z aktorów w czasie
premierowego spektaklu Krzeseł Ioneski. A na premierze jest, obserwując
wszystko osobiście Joe Alex, w towarzystwie inspektora Bena Parkera. Przyszli po
prostu obejrzeć sztukę, a stali się świadkami morderstwa, które nie mogło się
zdarzyć – ale się zdarzyło. Bo widzieli na scenie nieboszczyka, który według
lekarza policyjnego już nie żył.
Jesteś tylko diabłem…
– moja ulubiona powieść. No, powiem
prosto: uwielbiam ją. Od pierwszego akapitu: Kątem oka Joe Alex dostrzegł
stojącego w drzwiach nieruchomego Higginsa, który chrząknął cicho. W tej samej
chwili doktor Yamamoto uniósł nóż i skoczył lekko ku przodowi. A potem Joe
Alex musi rozwiązać zagadkę morderstwa – w zasadzie dwóch, bo jedno jest
upozorowane na samobójstwo – które, wszystko na to wskazuje, popełnił osobiście
Diabeł. Ginie bowiem słynny demonolog, potomek w dziesiątym pokoleniu
przeklętego przez rzekomą wiedźmę właściciela okolicznych terenów, który polując
na czarownice powiększał areał swoich gruntów…
Cichym ścigałam go lotem…
W czasie ciepłej, letniej nocy uczony entomolog-amator, a zarazem ważny ekspert
od rządowych finansów wraz z rodziną i asystentem w domu na przedmieściach
Londynu łowi przelatujące właśnie tego dnia nad Anglią ćmy Trupie Główki. Nad
ranem idzie spać – i już się nie budzi. Na oko – popełnia samobójstwo, nawet
zostawia list pożegnalny. Niestety – nie jeden, a dwa… A w zamkniętym szczelnie
pokoju na kotarze siedzi Trupia Główka…
Zmącony spokój Pani Labiryntu…
To kolejny mój faworyt, w dodatku powieść tak klasyczna, że wchodziła w skład
kanonu lektur, jakie narzucałem swoim uczniom na kursie literatury w Szkole
Artystycznej. Niewielka wyspa na Morzu Śródziemnym, gdzie kilkuosobowa grupka
brytyjskich archeologów prowadzi badania, bo Karolina, dziewczyna Alexa,
przetłumaczyła rękopis opisujący, że jest tam miejsce ukrycia ogromnych skarbów.
Ale skarbów zaklętych, bo kto po nie sięgnie – zostanie strącony w przepaść
przez boską Atenę. W odwiedziny do archeologów przylatuje – śmigłowcem – Joe
Alex. Potem zrywa się burza, wyspa zostaje odcięta od świata i znika jeden z
uczestników ekspedycji. A potem ginie jedyny Grek na wyspie – radiotelegrafista.
Nikt nie ma alibi, wszyscy mają motyw…
Gdzie przykazań brak dziesięciu…
Joe z Karoliną przyjeżdżają na weekend do jej stryjecznego dziadka, wielkiego
autorytetu w dziedzinie sztuki azjatyckiej i wielkiego bogacza, który zbił
fortunę na Malajach. Wygląda na to, że jest szantażowany. Dostaje też listy z
pogróżkami. Posiadłość odcięta od świata, burza, kilka nie znoszących się osób,
wierny birmański sługa… Dziadek sporządza testament, w którym zapisuje cały
majątek Karolinie i następnego dnia zostaje zabity – niemal na oczach Alexa,
który nie potrafił go ochronić.
Piekło jest we mnie… Nie za
bardzo lubię tę powieść. Jeśli byście chcieli oszczędzać – pieniądze, wzrok,
czas, to tę książkę możecie sobie darować. Ale to też klasyka jak się patrzy:
rzecz się dzieje w samolocie lecącym z Johannesburga do Londynu, a zamordowany
zostaje gadatliwy i niesympatyczny pasażer, siedzący niemal obok Joe Alexa.
Rozwiązanie dość przewidywalne. Ale nie podoba mi się dlatego, że nie ma tej
specyfiki, tego stylu british. I trochę przypomina Śmierć w chmurach
Agathy Christie.
Cicha jak ostatnie tchnienie…
Znów klasyka: bogacz kupuje średniowieczny zamek, zaprasza ekscentrycznych gości
i urządza zabawę, w czasie której biesiadnicy mają odnajdywać piękną dziewczynę,
ukrytą w jednej z zamkowych komnat, pozorującą kobietę, zamordowaną w
średniowieczu przez zdradzonego mężczyznę i zamurowaną gdzieś w zamkowych
zakamarkach. Poszukiwania są indywidualne. Kto w najkrótszym czasie znajdzie
ukrytą osobę, udającą średniowieczną nieszczęśniczkę – ten wygra. Zamek podczas
przypływu jest niedostępny dla nikogo z zewnątrz. Szansę największą ma
oczywiście Joe Alex, który na podstawie skomplikowanych wskazówek i własnej
dedukcji odnajduje dziewczynę, a ta – choć udaje zabitą – obiecuje mu ciekawą
randkę przy najbliższej okazji. Odnajduje ją – żywą – jeszcze kilka osób, potem
jedna nie odnajduje jej żywej. Bo okazuje się, że dziewczyna naprawdę została
zamordowana, i to na średniowieczny sposób – mieczem…
Wygodna twarda oprawa, ciekawa, choć trochę siermiężna grafika na okładkach,
cena do przyjęcia. Moje stare egzemplarze Alexa idą do ludzi, wkładam na półkę
nowe wydanie ośmiu powieści. I pewno lada dzień znów po którąś sięgnę. Diabeł?
Labirynt? Ćma Trupia Główka? Skalpel na korcie tenisowym? Figura yeti w
Himalajach? Wszystko fascynujące. I tak pięknie nie pasujące do dzisiejszych
chamskich czasów…