Maciej Pinkwart
Sport to zdrowie
Kiedyś byłem kibicem, nawet prowadziłem zeszyt z bieżącymi wynikami ważnych
zawodów, wklejałem tam wycinki z fotografiami mistrzów i mogłem wymieniać z
pamięci nazwiska, metry i punkty. Przeszło mi w połowie podstawówki. Jeszcze w
liceum chodziłem do sąsiadów oglądać (my telewizora nie mieliśmy) ważne mecze
hokeja i piłki nożnej – ale co najmniej na szczeblu mistrzostw Europy, świata
czy Igrzysk Olimpijskich. I to dopiero w czasie finałów. Potem zauważyłem, że
nudzi mnie nie tylko piłkarski mecz ligowy, nawet finał Ligi Mistrzów, ale także
hokejowe starcie Rosji z Kanadą.
Być może miał na to wpływ mój parotygodniowy pobyt w szpitalu z zapaleniem
mięśnia sercowego i przeświadczenie, że już na zawsze zostanę cherlakiem, co
zresztą dokumentowało permanentne zwolnienie z wuefu. A może to, że z namowy
kolegów poszedłem kiedyś na mecz piłkarski na stadion KS Jedwabnik w Milanówku,
żeby podziwiać naszego najlepszego piłkarza nazwiskiem Armata. Ale to był
niewypał, nie było co podziwiać i się zniechęciłem.
Gdzieś właśnie w tym czasie przeczytałem Disneyland Stanisława Dygata. I
tam narrator, dobry sportowiec Marek Arens, podzielił się spostrzeżeniem, że
najaktywniejszymi kibicami są zupełne łamagi, dostający zawału po pokonaniu
schodów pierwszego piętra, brzuchaci i dzieciaci, i co ważniejsze sami nie
uprawiający żadnego sportu. Bo współcześni sportowcy to gladiatorzy, którzy za
nas walczą, zdobywają gole, punkty i medale, a my oglądamy to wszystko na
trybunach albo częściej w telewizji, popijamy piwo, pogryzamy chipsy i
komentujemy: Wygraliśmy! Przegraliśmy… Albo, poprzez patriotyczną
synekdochę: Polska przegrała… Polska wygrała…
A to nie my, nie Polska, tylko wygrali albo przegrali ci, którzy biją się,
walczą, kopią czy biegną w naszym zastępstwie, czasem
narażając swoje zdrowie, a nawet życie.
Nasi gladiatorzy, uwielbiani, oklaskiwani i – zazwyczaj – sowicie wynagradzani,
najczęściej przez swoją sławę motywują młodszych do ich naśladowania, a przez
starszych traktowani są jak dobro narodowe – do czasu, aż zaczną przegrywać, co
– jakby nie patrzeć – zdarza się każdemu, a mistrzom w szczególności. Przegrane
przegrywów interesują opinię publiczną tylko wtedy, gdy dotyczą polityków. Ale
przegrany polityk, w przeciwieństwie do przegranego mistrza sportu, ma się
często lepiej niż polityk wygrany, czego przykładów dostarcza nam, niestety,
także i dzień dzisiejszy.
Jednym z nieuchronnych zjawisk, towarzyszących mistrzom, których bronią w każdym
sporcie jest, w ostateczności, nie piłka, narty, rower czy rakieta tenisowa
tylko ich własne ciało – jest kontuzja, przetrenowanie, depresja czy trwałe
kalectwo. Niekiedy – przegrana nie z przeciwnikiem, tylko z własną biologią.
Biogram każdego wielkiego sportowca składa się więc nie tylko z medali, pucharów
i wieńców laurowych, ale z uszkodzeń ciała, niekiedy nieodwracalnych, a
najczęściej sumujących się i po latach czasem przekształcających ideał fizycznej
doskonałości w obwieszonego medalami rencistę, mało mającego wspólnego z
popularnym hasłem Sport to zdrowie.
Powie ktoś – no dobrze, to przypadłości wyjątkowe, dotyczące zawodowych
sportowców, właśnie – gladiatorów, którzy wybrali taką drogę życiową (albo za
nich wybrali ją ich rodzice), świadomych czym ona grozi. Z jednej strony
nieuchronna mordęga ćwiczeń, treningów, diet, higieny fizycznej i psychicznej,
stresów, załamań i złamań, zerwanych ścięgien, naciągniętych mięśni, skręconych
kostek, wywichniętych stawów, połamanych rąk i nóg, uszkodzonych łękotek… Ale z
drugiej – ewentualna droga na szczyty, do sławy, popularności i bogactwa, którym
cieszyć się będzie kilka pokoleń dziedziczących osiągnięcia sportowca.
Pieniądze… Zawsze się zastanawiam, po co zarabiającym miliony miesięcznie
mistrzom jeszcze kilka czy kilkadziesiąt tysięcy za reklamę pasty do zębów czy
napojów izotonicznych… Zawsze w takich okolicznościach przypomina mi się
opowiastka o rybaku-pijaku, który w jeziorze złowił złotą rybkę i miał ją
uwolnić, gdy spełni ona jego trzy życzenia. Spraw – powiada – żeby
całe to jezioro napełniło się wódką. Rybka kręci głową, ale życzenie
spełnia. A drugie? – pyta. – No to niech jeszcze ta rzeka, która do
niego dopływa, zamiast wody ma wódkę. Woda w rzece zmienia się w wódkę. A
trzecie życzenie? – pyta rybka. Ech, męczysz mnie – mówi rybak –
no to daj jeszcze pół litra i będziemy kwita… Ile razy słyszałem ten
żarcik, zastanawiałem się, jak się potem czuła złota rybka, kiedy rybak wypuścił
ją z powrotem do jeziora wódki…
No dobrze, sport zawodowy to raczej realizacja hasła Sport to zdrowie…
stracone. Ale ruch, codzienny jogging, 10 tysięcy kroków, rower, nordic
walking? Nie słyszałem nigdy w mojej okolicy o tym, żeby ci, którym taką
aktywność zalecono, stali się okazami zdrowia. Może zachowują jakąś kondycję,
ale czy to pomaga im coś osiągnąć? Czy Barack Obama został prezydentem dlatego,
że codziennie się joggingował, czy raczej dlatego, że spędzał całe dni w
bibliotece uniwersyteckiej w Columbii czy Harvardzie, a potem w kancelarii
adwokackiej czy biurze senatorskim? Czy Maria Skłodowska-Curie jeździła na
rowerze dlatego, żeby zachować zdrowie i figurę, czy dlatego, że nie stać ją
było na inną komunikację? Czy Wisława Szymborska zaczynała swój twórczy dzień od
10 tysięcy kroków na spacerze, czy raczej od pierwszego papierosa? Oczywiście,
wiemy że to się dla jej zdrowia fatalnie skończyło, ale w sumie Nobla dostała za
niehigieniczne pisanie w niewietrzonym pokoju, a nie za nordic walking.
Kiedy mój lekarz po raz kolejny namawiał mnie do jeżdżenia rowerem,
przypomniałem sobie, jak poruszając się rowerem po ulicy Dębowej w Milanówku w
wieku licealnym, obejrzałem się za jakąś piękną panią i nie zauważyłem wielkiego
kamienia, który leżał przy drodze. Oczywiście wjechałem w niego, przeleciałem
nad kierownicą i pojechałem rękami po chodniku, który akurat w tym miejscu był
wysypany miałem węglowym. A w tym miale płytko zakopana była pęknięta szklana
lufka do papierosów. Na szczęście było to niedaleko od domu, mama była
doświadczoną sanitariuszką po powstaniu warszawskim, więc poczuła się jak u
siebie na Wareckiej, opatrzyła mnie, przetrzepała co trzeba i sprzedała mój
rower.
A po latach uświadomiłem sobie, że nigdy nie widziałem żadnego zdjęcia, na
którym pokazywano by Winstona Churchilla na rowerze, z kijkami, czy na nartach,
choć owszem, grywał w polo (siedząc na koniu), a w młodości uprawiał szermierkę.
Ale uważał, że kiedy człowiek coś zacznie robić na serio, to na sport już nie ma
czasu. Malarstwo – tak, owszem, czemu nie. Ale zdrowie zawdzięczał nie jeździe
konnej, szermierce czy malarstwu, tylko cygarom i hektolitrom alkoholu, który
mieszał w najokropniejszy sposób: whisky, szampan, brandy, koniak. Wygrał wojnę,
przegrał wybory i wypalił parę tysięcy cygar. Dożył 90 lat, a w jego czasach to
nie było zbyt częste. Takie życie to dopiero sport!
Jego królowa, Elżbieta II, uprawiała od dziecka sport hippiczny, ale później już
raczej biernie: w karocy i na wyścigach w Ascot. Uwielbiała oczywiście angielską
herbatę, która jak wiadomo jest indyjską herbatą. Ale prawdę powiedziawszy, im
była starsza, tym herbata robiła się bardziej góralska. Przed lunchem był to
Dubonnet z ginem: 70 % wermutu i 30 % patriotycznego Gordon's London Dry Gin, z
lodem i plasterkiem cytryny. Po lunchu szedł szampan, francuski, często Pol
Roger i klasyczna Wdowa Cliquot oraz wina: biały niemiecki Gewürztraminer lub
alzacki riesling – w końcu pochodziła z niemieckiej saskiej dynastii Wettynów.
Ale nie bacząc na wstydliwą sprawę wojny stuletniej i Joanny d’Arc oraz
niesympatyczne relacje między Napoleonem a księciem Wellingtonem pod Waterloo –
potem szły czerwone wina Château Margaux z regionu Medoc, do deserów słodkie
Château d'Yquem, a po kolacji szklaneczka Porto. W pogodne dni przed snem szedł
jeszcze szampan Maison Bollinger, w chłodniejsze – zwłaszcza w czasie pobytu w
jej szkockiej rezydencji Balmoral niedaleko Aberdeen – zwykła szklaneczka
szkockiej.
Nie żebym uważał, że to podnoszenie niewielkich ciężarów w kieliszkach i
szklaneczkach pomogło jej dożyć 96 lat. Choć, z drugiej strony…
Dla mnie to za dużo i za bardzo pomieszane – mam na myśli oczywiście nie te
lata, tylko te szklaneczki. Nigdy nie paliła papierosów i nawet księcia Filipa
przed ślubem palącego jak smok, zmusiła do rzucenia palenia. Pewno dzięki temu
zmarł dopiero na kilka miesięcy przed setnymi urodzinami...
Na szczęście wszyscy oni nie znali hasła Sport to zdrowie. W Polsce
bardzo się tym przejmowano i zapewne z tego powodu w 1953 roku władze
zadecydowały o wprowadzeniu na rynek tanich papierosów, którym nadano nazwę
Sporty. Żeby to palić, trzeba było mieć zdrowie. Byłem na to za chorowity, więc
wolałem bardziej brytyjsko brzmiące Klubowe, a z wykwintniejszych Rarytasy,
Carmeny i Cara. Ale zaczęło się od podkradania mamie papierosów Nysa z
ustnikami. O innych moich sportach – na przykład o mistrzostwach Warszawy w
parach sportowych w bridża – może innym razem.